Meczowy Ciachomierz: Finał LM: Manchester United - FC Barcelona

"Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy" pisała nasza polska poeta, ale jej słowa od soboty straciły brutalnie na ważności. Nie mamy jej jednak tego za złe, pisząc te słowa na pewno nie brała pod uwagę geniuszu Messiego i koronkowych podań Iniesty. I naprawdę, ale to naprawdę nie mogła znać futbolowej definicji słowa "kosmiczna".
Finał LM: Manchester - Barcelona Niedzielnego ranka obudziłyśmy się z przeczuciem, że coś na zawsze się zmieniło FC Barcelona dobitnie, acz w poetyckim stylu udowodniła Manchesterowi, że na podróże w kosmos dla niego za wcześnie i odebrała czwarty w historii Puchar LM "Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy" pisała nasza polska poetka, ale jej słowa od soboty straciły brutalnie na wartości. Nie mamy jej jednak tego za złe, pisząc te słowa na pewno nie brała pod uwagę geniuszu Messiego i koronkowych podań Iniesty. I naprawdę, ale to naprawdę nie mogła znać futbolowej definicji słowa "kosmiczna". Niedzielnego ranka obudziłyśmy się z tym dziwnym, niepokojącym przeczuciem, przeczuciem, że coś nieodwracalnie się zmieniło, planety są nie w tej kolejności co trzeba, ziemia krąży w zupełnie innym kierunku, a nas bardzo boli głowa i nie przestawałyśmy się nad tym zastanawiać wspominając nasz piękny sen/straszny koszmar z Abidalem podnoszącym Puchar Europy/ zalanym łzami Rooneyem. Dopiero potknięcie się o szklane pozostałości naszej alko-gry zdało nam sprawę, że to nie był tylko epicki sen/budzący gęsią skórkę koszmar. I, że ktoś musi wreszcie powstrzymać redaktorkę Marinę, która mniej więcej od soboty od godziny dwudziestej trzeciej z butelką szampana w ręce wykonuje dziki taniec radości na swoim różowym biurku i nie planuje przestać. Fakty są jednak takie, że FC Barcelona niezwykle dobitnie, acz w poetyckim stylu udowodniła Manchesterowi, że na podróże w kosmos jeszcze dla niego za wcześnie i odebrała czwarty w swojej historii Puchar Ligi Mistrzów. Z samego meczu niewiele pamiętamy, czy to przez zaślepiające ogromne emocje, nasz pierwszy raz z alko-grą i bardzo, ale to bardzo utrudniające widoczność łzy wzruszenia/smutku w oczach. Po sobotnim wieczorze jedne z nas z bólem serca/drugie między kolejnymi podskokami "na Pique" musimy szczerze przyznać - FC Barcelona jest KOSMICZNA.

Niedzielnego ranka obudziłyśmy się z tym dziwnym, niepokojącym przeczuciem, przeczuciem, że coś nieodwracalnie się zmieniło, planety są nie w tej kolejności co trzeba, ziemia krąży w zupełnie innym kierunku, a nas bardzo boli głowa i nie przestawałyśmy się nad tym zastanawiać wspominając nasz piękny sen/straszny koszmar z Abidalem podnoszącym Puchar Europy/ zalanym łzami Rooneyem.

Dopiero potknięcie się o szklane pozostałości naszej alko-gry zdało nam sprawę, że to nie był tylko epicki sen/budzący gęsią skórkę koszmar. I, że ktoś musi wreszcie powstrzymać redaktorkę Marinę, która mniej więcej od soboty od godziny dwudziestej trzeciej z butelką szampana w ręce wykonuje dziki taniec radości na swoim różowym biurku i nie planuje przestać.

LONDON, ENGLAND - MAY 28:  Eric Abidal (R) of FC Barcelona lifts the trophy and celebrates with teammates after victory in the UEFA Champions League final between FC Barcelona and Manchester United FC at Wembley Stadium on May 28, 2011 in London, England.  (Photo by Jasper Juinen/Getty Images)

Fakty są jednak takie, że FC Barcelona niezwykle dobitnie, acz w poetyckim stylu udowodniła Manchesterowi, że na podróże w kosmos jeszcze dla niego za wcześnie i odebrała czwarty w swojej historii Puchar Ligi Mistrzów. Z samego meczu niewiele pamiętamy, czy to przez zaślepiające ogromne emocje, nasz pierwszy raz z alko-grą i bardzo, ale to bardzo utrudniające widoczność łzy wzruszenia/smutku w oczach. Na szczęście po kilku próbach odtworzenia wydarzeń udało nam się przypomnieć kilka najważniejszych szczegółów, które zaś w skrócie prezentują się tak:

CIACHA NA TAK:

+ czerwona róża w klapie marynarki sir Alexa Fergusona - bo zawsze z otwartymi ramionami witamy wszelkie nowości w modzie trenerskiej, nawet jeśli Jose do teraz ma przez nią dreszcze. No dobrze, naszą pierwszą naszą reakcją też było "Heloł, proszę pana, sala weselna na prawo i do końca korytarza", ale z każdą minutą meczu, kiedy ów piękny kwiat na naszych oczach tracił na siłach, zaczęłyśmy dostrzegać jego piękno i iście romantyczny charakter.

Manchester United manager Alex Ferguson reacts at the end of the UEFA Champions League final football match FC Barcelona vs. Manchester United, on May 28, 2011 at Wembley stadium in London.Barcelona won 3 to 1. AFP PHOTO / CARL DE SOUZA (Photo credit should read CARL DE SOUZA/AFP/Getty Images)

+ MVP, czyli proszę wstać, schylić głowy, nadchodzi prawdziwy geniusz, najbardziej zabójcze trio we współczesnym futbolu, które nie mogło skuteczniej uciszyć głosów o głębokim kryzysie swoich dwóch trzecich. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, która bramka była piękniejsza, która była zdobyta najlepszą techniką, przy której piłka leciała najszybciej, ale jeśli Barcelona jest kosmiczna, to trójka tych panów jest słońcem, wokół którego kręci się reszta planet.

+ łzy szczęścia w oczach Pepa Guardioli. O mamo. Choć to nie pierwsze publiczne okazanie emocjonalnej strony Pepa to w momencie, kiedy zobaczyłyśmy jego zaczerwienione oczy, których szklistość sprawiała, że odbijały się w nich stadionowe reflektory zostałyśmy całkowicie rozłożone na łopatki. Od teraz nie znamy bardziej wzruszającego widoku.

Barcelona's coach Pep Guardiola reacts during their Champions League final soccer match against Manchester United at Wembley Stadium, London, Saturday, May 28, 2011. (AP Photo/Sang Tan)

+ No dobra, znamy - wzruszająca radość Davida Villi. I nie tylko dlatego, że niżej podpisana kocha go nad życie i wciąż chce wziąć z nim ślub w Las Vegas, ale dlatego, że dwa dni temu najprawdopodobniej był najszczęśliwszym człowiekiem w, tak, musimy to napisać, kosmosie. A przynajmniej tak wyglądał poczynając od cieszynki z dzikim rykiem i biegiem "na Pepa", aż po taniec z pucharem, przytulanie wszystkiego co znalazło się na jego drodze, skakanie, śpiewanie i zakładanie pucharu na głowę.

Barcelona's Spanish forward David Villa (foreground) celebrates at the end of the UEFA Champions League final football match FC Barcelona vs. Manchester United, on May 28, 2011 at Wembley stadium in London.Barcelona won 3 to 1. AFP PHOTO / FRANCK FIFE (Photo credit should read FRANCK FIFE/AFP/Getty Images)

Barcelona's David Villa, right, and Pedro Rodriguez Ledesma celebrate with the trophy following their Champions League final soccer match against Manchester United at Wembley Stadium, London, Saturday, May 28, 2011. (AP Photo/Matt Dunham)

David Villa

+ gol Rooneya, który oprócz tego, że był ze spalonego (co widziałyśmy nawet gdy nasza alko-gra już się nieźle rozkręciła) i niezwykłej urody, pozwolił na chwilę radości promanchesterskiej części radości i sprawił, że zażegnałyśmy rozczarowującą wizję wyniku 1:0, który zwykł nas prześladować we wszystkich NAJ-ważniejszych spotkaniach.

+ Przekazanie opaski kapitańskiej Ericowi Abidalowi i oddanie w jego ręce honoru jakim jest historyczne wzniesienie pucharu nad wiwatującym tłumem. To..to...to...był tak niesamowicie piękny i poruszający gest ze strony Katalończyków, że nawet fanki Manchesteru zmuszone były do nadprogramowego mrugania, a nasze wrażliwe serce potrzebuje długiej rekonwalescencji. I chyba już nie napiszemy nic więcej, bo nasza klawiatura źle znosi bliskie spotkanie z potokiem łez.

Eric Abidal

+ fakt, że w dzisiejszych wydaniach gazet nie krzyczą do nas nagłówki w stylu; "Dramat! Manchester okradziony przez sędziego!" albo "Guardiola podaje do sądu ogrodnika na Wembley - bo trawa była za długa" lub "Barcelona zabiła futbol!!" czy "Specjalnie dla nas Ryan Giggs, dlaczego nie żałuje połamania nóg Messiemu i Villi". Po pierwsze: sędzia oprócz tego, że był przystojny miał również dobry wzrok i szybki refleks. Po drugie: żadnej z drużyn nie pomyliły się futbol z zapasami, bądź murawa z deskami teatru. Cytując klasyka: "To było prawdziwe święto futbolu"

+ Chicharrito, który nie tylko przez całe dziewięćdziesiąt minut chciał podbić nasze serce pacholęcym spojrzeniem brązowych ocząt, ale i swoim zaangażowaniem i jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało-wolą walki. Kiedy nawet nasz Waleczny Wayne zdawał się zwątpić w sukces całego przedsięwzięcia nasz malutki, debiutujący w tym sezonie w LM, "Zielony Groszek" sprawiał wrażenia jakby w pojedynkę chciał przeciwstawić się jedenastce Barcy.

Manchester United's English forward Wayne Rooney (L) conforts Manchester United's Mexican forward Javier Hernandez aka Chicharito (R) at the end of the UEFA Champions League final football match FC Barcelona vs. Manchester United, on May 28, 2011 at Wembley stadium in London.Barcelona won 3 to 1. AFP PHOTO / CARL DE SOUZA (Photo credit should read CARL DE SOUZA/AFP/Getty Images)


CIACHA NA NIE:

- brak Messilli. Czy to jakieś ochłodzenie stosunków? Chwilowa separacja? Chęć ukrycia przed światem prawdziwego uczucia? Rozłąka dla podniesienia temperatury w związku? Ciche dni? Jeszcze nie wiemy, ale podczas celebracji na Camp Nou zamierzamy się dowiedzieć. Na razie strasznie nie podoba nam się, że gdy po końcowym gwizdku operator pokazywał rozentuzjazmowanego Villę, a my krzyczałyśmy "Przytul Messiego! Przytul Messiego!", on ani trochę na nie posłuchał.

- fakt, który dotarł do nas, gdy przeglądałyśmy się rano w lustrze - już nigdy nie będziemy wyglądać jak Puyol. Nigdy. I o ironio, to wina samego Puyola, a raczej jego kolana, z powodu którego kontuzji nie wyszedł na boisku w pierwszej jedenastce, a przynajmniej jedna trzecia z nas zaczęła sobie wyrywać włosy z głowy powtarzając "o Boże, o Boże, to się źle skończy!!!".

Barcelona's Spanish captain Carles Puyol (R) and Barcelona's Spanish midfielder Xavi Hernandez (L) celebrate at the end of the UEFA Champions League final football match FC Barcelona vs. Manchester United, on May 28, 2011 at Wembley stadium in London.Barcelona won 3 to 1. AFP PHOTO / FRANCK FIFE (Photo credit should read FRANCK FIFE/AFP/Getty Images)

- łzy Rooneya - widział kiedyś ktoś coś takiego? Nie, nie, nie, tych wzruszających momentów jak na jeden finał Ligi Mistrzów było zdecydowanie za dużo, z tą różnicą, że szyby w oczach Rooneya, spadła na nas znienacka, powaliły na kolana i nie pozwalały wstać przez bardzo długi czas. No bo jak to? Płaczący bad-boy? Łkający chuligan Wayne? On najprawdopodobniej nie płakał nawet, gdy prosił o wybaczenie żonę za zdrady z prostytutkami. I ten obrazek tak jakby trochę złamał nam serce.

Wayne Rooney

-  przegrana Manchesteru, bo jest też spora część z nas, która poprzednią noc spędziła na wypłakiwaniu się w swoją poduszkę we wzór w zakola Berbatova i która dziś pewnie miała mdłości czytając ten tekst oraz miliony innych pojawiających się właśnie w internecie. I choć Marina sama nie wierzy, że przechodzi to przez jej klawiaturę, to ewentualna wygrana Manchesteru jakkolwiek niespodziewana by nie była, byłaby również niezwykle piękna, potwierdzająca romantyczną duszą piłki nożnej.

Manchester United's English forward Wayne Rooney (R) and teammates react at the end of the UEFA Champions League final football match FC Barcelona vs. Manchester United, on May 28, 2011 at Wembley stadium in London.Barcelona won 3 to 1. AFP PHOTO / CARL DE SOUZA (Photo credit should read CARL DE SOUZA/AFP/Getty Images)

Nie ma co jednak zastanawiać się "co by było gdyby". Finał Ligi Mistrzów a.d. 2011 przeszedł już do historii, a wraz z nim Barcelona prowadzona przez Pepa Guardiolę, o której będziemy opowiadać naszym dzieciom i pisać liczne prace naukowe, w tym między innymi o wpływie garniturów noszonych przez trenera na sukces drużyny. Wszystkie emocje opadną z nas najpewniej dopiero za kilka tygodni, a gol Messiego śnił się będzie jeszcze przez liczne noce.

The Barcelona team throw coach Pep Guardiola in the air after winning the Champions League final soccer match against Manchester United at Wembley Stadium, London, Saturday, May 28, 2011. (AP Photo/Alastair Grant)

Teraz zaś nie pozostaje nam nic innego i, czy tego chcemy czy nie, czy nasz limit tego słowa na jeden tekst został już podwójnie przekroczony, czy wydaje ono się już tak wyświechtane jak "cóż to był za mecz", to po sobotnim wieczorze jedne z nas z bólem serca/drugie między kolejnymi podskokami "na Pique" musimy szczerze przyznać - FC Barcelona jest KOSMICZNA.

P.S. I nie wiemy jak w tym udział ma fakt, że jej trener potrafi róbić tak:

Pep Guardiola

marina