Liga Mistrzów: czas na starcia ostateczne

Dobra, wiemy, że takiej retoryki używamy średnio co dwa tygodnie, ale tym razem to już naprawdę, dni się wypełniły, Armagedon jest blisko, rzeki zawracają w biegu, a żywa ryba płynie pod prąd.

Liga Mistrzów: Starcia ostateczne Dni się wypełniły - rzeki zawracają w biegu, a żywa ryba płynie pod prąd Dobra, wiemy, że takiej retoryki używamy średnio co dwa tygodnie, ale tym razem naprawdę dni się wypełniły, rzeki zawracają w biegu, a żywa ryba płynie pod prąd Dobra, wiemy, że takiej retoryki używamy średnio co dwa tygodnie, ale tym razem to już naprawdę, dni się wypełniły, Armagedon jest blisko, rzeki zawracają w biegu, a żywa ryba płynie pod prąd. Bo o ile w przypadku meczu Szachtara z Barceloną możemy liczyć chyba jedynie na zaciśnięte zęby i zaciekłą walkę o honor i śmierć z podniesionym czołem, o tyle w przypadku starcia Manchesteru United z Chelsea nic nie jest rozstrzygnięte, wszystko jest możliwe. I oto struchlałe i oniemiałe ze zgrozy stajemy na baczność przed fenomenem historii. Och, przepraszamy - Fenomenem Historii. I choć niektórzy próbują przekonywać, że Szachtar nie jest na zupełnie straconej pozycji i choć my same liczymy na jakiś remis lub skromne, pocieszające zwycięstwo Szachtaru, to sprawa awansu Barcelony jest już na 99,99% przesądzona i założymy się, że Pep miast o Mircea Lucescu myśli już raczej o meczu z Realem. Jednym z pięciu. Wielki znak zapytania rysuje się natomiast na zasnutym ciężkimi chmurami niebie nad Old Trafford. Bo przecież mimo wszystko 1:0 w pierwszym meczu jest "jak na deszczu łza" i nie znaczy niic, ooooo niiiiiic, ale jednak z drugiej strony: This is Spartaaaaaaaaa (czytaj: Old Trafford), a na Old Trafford się w tym sezonie nie wygrywa. Nawet jeśli się jest Chelsea Londyn. Wszystko to sprawia, że na koniec meczu oglądać będziemy to samo, co na początku, czyli dwa okrąglutkie zera na tablicy wyników, takie są jednak brutalne prawa współczesnego futbolu. Ale też nie miałybyśmy nic przeciwko temu, żeby się mylić. I żeby było 4:4. Albo 12:10. Albo żeby zamiast grać w piłkę chłopcy urządzili sobie konkurs na największego bicepsa, albo żeby zaczęli tańczyć walca.

Bo o ile w przypadku meczu Szachtara z Barceloną możemy liczyć chyba jedynie na zaciśnięte zęby i zaciekłą walkę o honor i śmierć z podniesionym czołem, o tyle w przypadku starcia Manchesteru United z Chelsea nic nie jest rozstrzygnięte, wszystko jest możliwe, i oto struchlałe i oniemiałe ze zgrozy stajemy na baczność przed fenomenem historii. Och, przepraszamy - Fenomenem Historii.

I choć niektórzy próbują przekonywać, że Szachtar nie jest na zupełnie straconej pozycji, i choć my same liczymy na jakiś remis kub skromne, pocieszające zwycięstwo Szachtaru, to sprawa awansu Barcelony jest już na 99,99% przesądzona i założymy się, że Pep miast o Mircea Lucescu myśli już raczej o meczu z Realem. Jednym z pięciu. My zaś, możemy się bez większych stresów rozkoszoważ zbiorowym katalońskim biczfejsem (podziękowania dla carmen90):

Ibrahim Afellay, Victor Valdes, David Villa

...tudzież zbiorową barcelońską radością (dzięki kasi):

Wielki znak zapytania rysuje się natomiast na zasnutym ciężkimi chmurami niebie nad Old Trafford. Bo przecież, mimo wszystko 1:0 w pierwszym meczu jest "jak na deszczu łza" i nie znaczy niic, ooooo niiiiiic, ale jednak z drugiej strony: This is Spartaaaaaaaaa (czytaj: Old Trafford) a na Old Trafford się w tym sezonie nie wygrywa. Nawet jeśli się jest Chelsea Londyn. Wszystko to sprawia, że na koniec meczu oglądać będziemy to samo, co na początku, czyli dwa okrąglutkie zera na tablicy wyników, takie są jednak brutalne prawa współczesnego futbolu. Ale też nie miałybyśmy nic przeciwko temu, żeby się mylić. I żeby było 4:4. Albo 12:10. Albo żeby zamiast grać w piłkę chłopcy urządzili sobie konkurs na największego bicepsa, albo żeby zaczęli tańczyć walca. Nago.

No dobrze. Ponieważ artykuł ten zmierza w coraz bardziej niebezpiecznym kierunku, to może po prostu go zakończymy i zapytamy Was o zdanie: kto wygra mecz?