Oto jest Dzień, czyli Chelsea vs Liverpool

Jak gdyby samo zwykłe ligowe spotkanie Chelsea i Liverpoolu nie pretendowało nigdy do miana Bitwy o Anglię, Dnia Gniewu, Gorzkich Żniw, Srogiej Pomsty, Wojny Światów, Armagedonu, Apokalipsy, Szarży Lekkiej Brygady i Boju o Prawdę, Dobro i Piękno, to teraz dochodzi do niego jeden, ale za to ultymatywnie ekscytujący podtekst. Czy Wy też nie mozecie już się doczekać?

Jakby mało było emocji związanych ze zmianą czerwoengo na niebieski przez jednego, pięnego Hiszpana, to jeszcze Złośliwy Los uosobiony w postaci terminarza ligowego, postanowił bardzo szybko skonfronotwać nowy nabytek Chelsea z jego starym klubem. Czerwoni przyjeżdżają na Stamford Bridge z zamiarem... no właśnie, my chyba na ich miejscu przyjechałybyśmy z zamiarem rekonkwisty, pojamania, odbicia a potem srogiego ukarania Fernando Torresa w opustoszałej szatni, aczkolwiek gdybyśmy miały się zacząć zastanawiać nad szczegółami tej kary to prawdopodobnie nie napisałybyśmy już dzisiaj ani słowa, więc może poprzestaniemy na tym, że Cara, Stevie i koledzy chcieliby raczej udowodnić Dzieciakowi, jak doskonale sobie bez niego radzą, co zaś chciałby udowodnić Dzieciak - tego nie wiemy.

Znając bowiem jego dobre serce i rozkoszny uśmiech nie zdiwiłybyśmy się, gdyby cały mecz trzymał się w okolicah koła srodkowego, a zaskoczony podaniem od Lamprada oddałby z konieczności strzał prosto w ręce Pepe Reiny, a potem zabrał go na lody i watę cukrową. No chyba, że mógłby się zdenerwować tym, jak fani Liverpoolu traktują koszulki z jego nazwiskiem, chociaż zdenerwowany Torres to jest jednak trochę oksymoron tygodnia. Tymczasem fani The Blues honorują go muzyczno-wokalnie, o czym donoszą nam mylovevilla i Justyna.

<object width="640" height="390">

I chociaż zazwyczaj, kiedy nastawiamy się na Starcie Tytanów i walkę po ostatni nieoddany guzik, na tablicy wyników błyszczą szyderczo dwa wielkie zera, to chyba tym razem możemy być pewne, że emocji nie zabraknie. No i przede wszystkim - komu będziecie kibicować?


PS. Na zakończenie lub podkręcenie emocji mamy dla Was list od teejejdynej, która pragnie się podzielić z Ciachową Społecznością przemyśleniami na temat całego zamieszania wokół przenosin Torresa do Liverpoolu:

Torres i Chelsea? Jakoś nadal dziwnie mi to brzmi. Odkąd zobaczyłam pierwszą wzmiankę na temat
transferu, byłam w szoku. Nie wiedziałam, co myśleć, jak się czuć. Źle? Dobrze? Wspaniale?
Tragicznie? Samej trudno mi to określić. To dzięki niemu wszystko się zaczęło. Euro 2008. Finał. 33.
minuta meczu i jego piękna bramka. Nie wiedziałam, kim jest, nie wiedziałam, w jakim klubie gra, nie
wiedziałam, co to football. Zobaczyłam go i byłam w szoku. Myślałam: „Kim on jest, żeby strzelać
takiego gola i być tak ślicznym?”. Otworzył mi oczy na ten inny świat. Świat sportu i kibicowania.
Dowiadywałam się powoli o nim coraz więcej, poznawałam jego klub, przeszłość i karierę. Starałam
się zrozumieć jak to wszystko wygląda. A teraz? (...)

Liverpool bez Torresa? Ale jak to? Przecież jeszcze niedawno mówił,
że się nigdzie nie wybiera, a teraz taka zmiana? Dziwiłam się każdemu, kto rzucał w jego stronę
niewiadomo, jakie obelgi i obrzucał go wyzwiskami. Pomyślałam nad tym wszystkim spokojnie i go
zrozumiałam. The Reds nie radzili sobie ostatnio, więc gdy zobaczył, że interesuje się nim inny klub
postanowił spróbować. Co z tego, że kilka dni przed zamknięciem okienka transferowego, przecież to
nie jego wina, że The Blues złożyli ofertę tak późno. Chelsea nie oszukujmy się, radzi sobie w tym
sezonie trochę lepiej niż LFC, choć jest trochę bardziej rozkopany. Z jednaj strony myślałam, że to
dobrze. Wreszcie zmieni klub, rozwinie się i wróci do lepszej dyspozycji. Ale z drugiej, gdy widziałam,
te wszystkie komentarze, opinie innych „kibiców”, byłam rozdarta. Jak ktoś, kto jeszcze kilka dni
temu niesamowicie go cenił i uważał za legendę, teraz pali jego koszulkę i uważa za zdrajcę? Ja
dziękuję mu za wszystko, co zrobił. Każdą bramkę, każdą akcję, każdą asystę, każdy mecz. To, co robił
było wyjątkowe i na to powinniśmy teraz zwracać uwagę. Gdy czytałam te pretensje i wylewki
różnych ludzi na ten temat, aż chciało mi się płakać. Przecież to tylko zmiana klubu, może i nie w
normalny sposób, no ale . Fakt mnie samej wydaje się, że to wygląda jak ucieczka, wyjście tylnymi
drzwiami, by tylko nikt nie zaczepił i nie zapytał, dlaczego to robi. Myślałam, że będzie mi łatwiej to
wszystko przyjąć, ale myliłam się. Minęło kilka dni, a ja nadal nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć.
Czuję, że mnie zranił, wybrał Chelsea zamiast Liverpoolu, no ale miałam nadzieję, że to aż tak nie
zmieni mojego stosunku do niego. Chciałam kibicować i The Reds i jemu, ale gdy wczoraj wygrali nie
umiałam się cieszyć. To jednak bardzo na mnie wpłynęło, a nie spodziewałam się tego. Najgorszy
będzie ten najbliższy mecz i to wszystko co się będzie w jego czasie działo. Może kibice nie będą aż
tak straszni, po jego ostatnim wywiadzie, w którym wyjaśnił wszystko, co miało miejsce w ostatnich
dniach. Powiedział, że nigdy nie całował herbu Liverpoolu i że wiele mu zawdzięcza, ale jedynym
najważniejszym klubem jest Atlético, bo to zespół któremu oddany jest od dzieciństwa. I zgadzam się
z nim całkowicie. Jest Hiszpanem, dlatego nigdy angielska drużyna nie będzie dla niego całym
światem. Football to biznes, przede wszystkim biznes. Potem dalej jest kibicowanie i inne sprawy.
Wielu ludzi o tym zapomina, a szkoda. Może to pomagałoby zrozumieć im tego typu sytuacje. To
wszystko jest trudne, ale z czasem się przyzwyczaję i jakoś to zrozumiem. Dla niego zrobię wszystko
co tylko mogę. Poznałam dzięki niemu coś, co stało się dla mnie najważniejsze, ważniejsze niż inne,
bezwartościowe rzeczy. Sama chcę tylko by on był szczęśliwy, a skoro tam tak się czuję, to muszę to
zaakceptować. Pozostanę z nim choćby nie wiem co. Trzymam kciuki i jestem z Tobą całym
serduchem. /Mój Torres <3 <3 <3 ;*** Od zawsze na zawsze tylko Ty! ;***

taajedyna