MUNDIALOWE CIACHO: Dzień 17. - Kevin Prince-Boateng

Troszkę orientalnej urody, szczypta nie przewidywalności,jedna odpowiednio wczesna bramka, dwie podgolone brwi plus jeden piękny mężczyzna w dwóch osobach - oto przepis na dzisiejsze ciacho.

 

 

Na szczęście, dziś mamy okazję pisać o nim z innego powodu, niż rodowe waśnie, a chęcią (lub bez niej) to robimy, bo...:


olalla: Nie to, że ten gol miał jakieś olbrzymie dla Ghany w owej chwili znaczenie, bo po czwartej minucie, jak doskonale wiemy na podstawie historycznie znanych przypadków, wszystko zmienić się może milion dwieście tysięcy razy. Prawda jest jednak taka, że Książę Kevin, nazwijmy go tak roboczo, to niezły przystojniak, a na pewno największy ze strzelców z tego właśnie meczu. Mroczny trochę, i wzrok ma przeszywający. I to się ceni. Szkoda tylko, że chyba się z bratem nie dogaduje - byłaby podwójna przyjemność...

 


Marina: Cóż ja poradzę na to, że od zawsze pociągali mnie ci źli, niewłaściwi chłopcy ? A, że przy okazji ten "zły, niewłaściwy chłopiec" ma rozkładające na łopatki czekoladowe spojrzenie i strzela gola już w piątej minucie 1/8 finału zdecydowanie uważam, że powinien nieco przerobić swe imię i przedstawiać się jako Kevin- "Czyż nie jestem seksowny?" Boateng. Dla dobra świata i ludzkości, żeby żadna kolejna Marina nie żyła przez pół mundialu w nieświadomości, że w szeregach Ghany biega takie ciasteczko.

 

 


rybka: Że coooo? Ja mam opiewać przymioty człowieka, który wyeliminował z Mundialu mojego Ballacka? Nigdy w życiu! Żadna siła nie zmusi mnie do przyznania, że owszem, ma intrygujące kości policzkowe, niczego sobie klatę i jakieś egzotyczne, niepokojące piękno w spojrzeniu, i że co z tego, skoro i tak wszystko psuje imagem a la Puff Diddy, a ja nie przepadam za gangsta rapem...