Sport.pl

Formułowe podsumowania ciachowe: Kubica rządzi!

To był nasz weekend. To znaczy Roberta Kubicy. Czyli nasz.

 


Kubica rządzi To był nasz weekend. To znaczy Roberta Kubicy. Czyli nasz Po pechowym starcie Kubica jechał jak oszalały, dobijając do mety jako trzeci. Na trzecim okrążeniu z kolei w kłębach dymu z wyścigiem pożegnał się Button To był nasz weekend. To znaczy Roberta Kubicy. Czyli nasz. Drżałyśmy o pozycję Roberta w trakcie wyścigu, już od dość pechowego startu trzęsłyśmy się niczym przednie skrzydło na szykanie przy kościele czy innym hotelu, którego 50-letnią historię przedstawił nam Andrzej Borowczyk. Kilkakrotnie. Po stracie przyszły ekscytacje licznymi wyjazdami i zjazdami samochodu bezpieczeństwa oraz pasjonująca walka o dościgniecie Sebastiana Vettela. Ale nie tylko Robert Kubica zatroszczył się o nasze niedzielne rozrywki. Już na trzecim okrążeniu w atmosferze dymu i niespodzianki przez błąd ekipy z wyścigiem pożegnał się Jenson Button. Doceniamy spektakularność, ale w zupełności wystarczyłoby nam ściągnięcie kombinezonu i oblanie się szampanem po koszulce na podium. Naprawdę. Awans Fernando Alonso z ostatniej na szóstą pozycję imponowałby bardziej, gdyby nie ograniczył się do sprytnej zmiany opon w trakcie pierwszej wizyty samochodu bezpieczeństwa na torze na samym początku wyścigu, wyprzedzenia kilku najsłabszych bolidów i cierpliwego oczekiwania na pit stopy reszty stawki. Gapiostwo Hiszpana w końcówce ukarał zresztą okrutnie - choć jak się później okazało, nie do końca legalnie - Michael Schumacher, toteż obwieszczanie kierowcy Ferrari bohaterem wyścigu byłoby mocno przesadzone. Bo jak dla nas bohater Monako jest tylko jeden. Nawet jeśli nie skacze do basenu tak fajnie, jak kierowcy Red Bulla. Zgadzamy się w tej kwestii?

Prawda, że procesja na zwykłym torze, a procesja na torze ulicznym to dwie różne rzeczy? Oraz, że procesja ze stawką przewidywalną do bólu jest zła na tylu poziomach, a procesji z Bobbym w czołówce najchętniej założyłybyśmy  grupę  fanowską na Facebooku?

 

Co nie oznacza, że nie drżałyśmy o pozycję Roberta w trakcie wyścigu, bo już od dość pechowego startu trzęsłyśmy się niczym przednie skrzydło na szykanie przy kościele czy innym hotelu, którego 50-letnią historię  przedstawił nam Andrzej Borowczyk. Kilkakrotnie. Po stracie przyszły ekscytacje licznymi wyjazdami i zjazdami samochodu bezpieczeństwa oraz pasjonująca walka o dościgniecie Sebastiana Vettela. Lubiłyśmy to!

 

Ale nie tylko Robert Kubica zatroszczył  się o nasze niedzielne rozrywki. Już na trzecim okrążeniu w atmosferze dymu i niespodzianki przez błąd ekipy z wyścigiem pożegnał się Jenson Button. Doceniamy spektakularność, ale w zupełności wystarczyłoby nam ściągnięcie kombinezonu i oblanie się szampanem po koszulce na podium. Naprawdę. Awans Fernando Alonso z ostatniej na szóstą pozycję imponowałby bardziej, gdyby nie ograniczył się do sprytnej zmiany opon w trakcie pierwszej wizyty samochodu bezpieczeństwa na torze na samym początku wyścigu, wyprzedzenia kilku najsłabszych bolidów i cierpliwego oczekiwania na pit stopy reszty stawki. Gapiostwo Hiszpana w końcówce ukarał zresztą okrutnie, choć jak się później okazało, nie do końca legalnie, Michael Schumacher, toteż obwieszczanie kierowcy Ferrari bohaterem wyścigu byłoby mocno przesadzone. Bo, jak dla nas, bohater Monako jest tylko jeden. Nawet jeśli nie skacze do basenu tak fajnie, jak kierowcy Red Bulla.

 

 

 

Zgadzamy się w tej kwestii?

 

ruby blue

 

Chrup Ciacha też na Facebooku - zostań fanką!

Więcej o: