Formułowe podsumowania ciachowe: gorączka niedzielnego poranka

Kto nie wstał, niech żałuje, kaja się, biczuje. I koniecznie czyta naszą relację.

 

 

Formułowe podsumowanie Kto nie wstał, niech żałuje, kaja się, biczuje. I koniecznie czyta naszą relację Button próbował udowodnić, że mistrzem świata w 2009 r. nie został przypadkiem - dojechał pierwszy. I tak w GP Australii najwazniejsze było 2. miejsce Kubicy Kiedy chcemy oddać w słowach to, czego dokonał w niedzielę Robert, uświadamiamy sobie, jak ubogi w przymiotniki jest nasz słownik. To było trochę tak, jakby jadący na bal swoją dynią prowizorycznie zamienioną w karocę Kopciuszek wyminął po drodze kilku podróżujących kabrioletami książąt. Ostatecznie lepszy okazał się tylko Sir Jenson, który z godną podziwu determinacją chce udowodnić, że mistrzem świata w zeszłym roku nie został wcale przypadkiem i że nie jeździ w Team Hamilton. Ale i tak nie jego zwycięstwo, a fenomenalny start Kubicy będziemy pamiętać z tego wyścigu. W Australii oglądaliśmy pojedynki jak za starych dobrych czasów. Przez jadących spojler w spojler Massę, Alonso i Hamiltona jedna z nas nie zjadła śniadania w niedzielę. Do tego cały czas znienacka wyskakiwał Mark Webber, który pod koniec wyścigu wyskoczył tak, że oboje z Hamiltonem wylądowali na żwirku. Sam Lewis zaś zrujnował zupełnie świeżo zbudowaną na i tak jałowych podwalinach sympatię tej samej z nas, która przez niego nie zjadła śniadania, stwierdzając po wyścigu, że on sam pojechał fantastycznie, a wszystkiemu winny jest zespół, który źle dobrał mu strategię. Ciachowi debiutanci watch: Nico Hulkenberg, Bruno Senna, Witalij Pietrow i Lucas di Grassi, w takiej właśnie kolejności, solidarnie pożegnali się z wyścigiem raczej w jego fazie początkowej niż końcowej. Uwagę realizatora na dłużej udało się przyciągnąć jedynie Jaime Algersuariemu, który debiutantem może nie jest, ale ciachem już na pewno, swoją dzielną acz nieskuteczną walką o ostanie punktowane miejsce z samym Schumacherem. John Travolta watch: Tak, tak. To właśnie słynny aktor dostąpił zaszczytu pomachania czarno-białą flagą na mecie wyścigu w Melbourne. On również wręczył Robertowi trofeum za drugie miejsce. Bobby, stay cool!

 

 

 

 

 

 

Kiedy chcemy oddać w słowach to, czego dokonał wczoraj Robert, uświadamiamy sobie jak ubogi w przymiotniki jest nasz słownik. To było trochę tak, jakby jadący na bal swoją dynią prowizorycznie zamienioną w karocę Kopciuszek wyminął po drodze kilku podróżujących kabrioletami książąt. Ostatecznie lepszy okazał się tylko Sir Jenson, który z godną podziwu determinacją chce udowodnić, że mistrzem świata w zeszłym roku nie został wcale z przypadku i że nie jeździ w Team Hamilton. Ale i tak nie jego zwycięstwo, a fenomenalny start Kubicy i takową obronę przed Lewisem i Bejbim w trakcie, będziemy pamiętać z tego wyścigu. A skoro już o starcie mowa, gdybyście miały to nieszczęście jego przegapienia, w ramach wizualizacji podpowiemy, że wyglądał on mniej więcej tak:

 

 

 

 

 

 

Hamilton&Weber Show

 

 

 

 

 

 

W Australii oglądaliśmy pojedynki jak za starych dobrych czasów. Przez jadących spojler w spojler Massę, Alonso i Hamiltona jedna z nas nie zjadła śniadania w niedzielę. Do tego cały czas z nienacka, szaleńczej pogoni i konopi wyskakiwał Mark Webber, który pod koniec wyścigu wyskoczył tak, że oboje z Hamiltonem wylądowali na żwirku. Sam Lewis zaś zrujnował zupełnie świeżo zbudowaną na i tak jałowych podwalinach sympatię tej samej z nas, która przez niego nie zjadła śniadania, stwierdzając po wyścigu, że on sam pojechał fantastycznie, a wszystkiemu winny jest zespół, który źle dobrał mu strategię. Lewis, milcz jak do nas mówisz.

 

 

 

Ciachowi debiutanci watch

 

 

 

No to się naoglądałyśmy. Nico Hulkenberg, Bruno Senna, Witalij Pietrow i Lucas di Grassi, w takiej właśnie kolejności, solidarnie pożegnali się z wyścigiem raczej w jego fazach początkowych niż końcowych. Uwagę realizatora na dłużej udało się przyciągnąć jedynie Jaime Algersuari'emu, który debiutantem może nie jest, ale ciachem już na pewno, swoją dzielną acz nieskuteczną walką o ostanie punktowane miejsce z samym Schumacherem. Jest nadzieja.

 

 

 

John Travolta watch

 

 

 

Tak, tak. To właśnie słynny aktor dostąpił zaszczytu pomachania czarno-białą flagą na mecie wyścigu w Melbourne. On również wręczył Robertowi trofeum za drugie miejsce, co naszego ulubionego komentatora wprawiło w ekscytację jeszcze chyba większą niż sama bytność Bobby'ego na podium.

 

 

 

 

 

 

Ups, to nie to.

 

 

 

 

 

 

 

I tylko Sebastiana Vettela (znowu!) żal.

 

 

 

 

 

 

ruby blue