Pech Bode Millera, fatalna pomyłka Svena Kramera i burza emocji

12. dzień igrzysk olimpijskich z całą pewnością nie należał do naszych ciachowych ulubieńców. Obydwaj panowie, wcześniej hołubieni przez Ciacha i noszący zaszczytny tytuł ''Olimpijskich Ciach Dnia'', wczoraj nie popisali się i w kiepski sposób przegrali rywalizację w swoich konkurencjach. Jak do tego doszło?

 


Burza emocji Pech Bode Millera, fatalna pomyłka Svena Kramera Pech Bode Millera, pomyłka Svena Kramera. 12. dzień igrzysk nie należał do naszych ciachowych ulubieńców. Obydwaj przegrali rywalizację w swoich konkurencjach. 12. dzień igrzysk olimpijskich z całą pewnością nie należał do naszych ciachowych ulubieńców. Obydwaj panowie, wcześniej hołubieni przez Ciacha i noszący zaszczytny tytuł ''Olimpijskich Ciach Dnia'', nie popisali się i w kiepski sposób przegrali rywalizację w swoich konkurencjach. Jak do tego doszło? (Czyli krótka rozprawa o tym, że ''ładny'' jednak nie zawsze znaczy ''najlepszy''). We wtorkowym slalomie gigancie Bode Miller, który może się obecnie pochwalić najwyższą od lat formą, miał powalczyć o swój trzeci krążek w Vancouver. Miało być pięknie, a Ciacha oczami wyobraźni już widziały podium zasnute oparami testosteronu niezwykle urodziwego Amerykanina. Niestety, nadzieje nasze i innych fanek Bode na całym świecie prysły już w czasie pierwszego przejazdu, kiedy to ten jeden z głównych faworytów do medalu wypadł z trasy. Nielepiej powiodło się i pomarańczowemu królowi łyżwiarskich torów, Svenowi Kramerowi, który był niepodzielnie typowany na zwycięzcę w swojej kategorii. Jak się jednak okazuje, nawet najlepszym zdarzają się dziecinnie głupie błędy i uleganie zwodniczym wpływom. Oto trener Holendra popełnił pomyłkę i zamiast po zewnątrz, kazał podopiecznemu jechać po wnętrzu toru. Była to jednak nieprawidłowość, którą automatycznie kwalifikuje się do dyskwalifikacji. Rozemocjonowany Sven najpierw nakrzyczał na trenera i w złości daleko cisnął okularami, a potem rozpłakał się na konferencji prasowej. W tym wypadku męskie łzy jednak dopuszczamy: stracić olimpijskie złoto nie ze swojej winy i zmarnować miesiące przygotowań - to musi dokuczliwie boleć.

(Czyli krótka rozprawa o tym, że ''ładny'' jednak nie zawsze znaczy ''najlepszy'').

 

We wczorajszym slalomie gigancie Bode Miller, który może się obecnie pochwalić najwyższą od lat formą, miał powalczyć o swój trzeci krążek w Vancouver. Miało być pięknie, a Ciacha oczami wyobraźni już widziały podium zasnute oparami testosteronu niezwykle urodziwego Amerykanina. Niestety, nadzieje nasze i innych fanek Bode na całym świecie prysły już w czasie pierwszego przejazdu, kiedy to ten jeden z głównych faworytów do medalu wypadł z trasy. Telepatycznie go wspierającym obserwator(k)om pozostało łkać w poduszkę, patrząc na te obrazki...

 


 

Nielepiej powiodło się i pomarańczowemu królowi łyżwiarskich torów, Svenowi Kramerowi, który był niepodzielnie typowany na zwycięzcę w swojej kategorii. Jak się jednak okazuje, nawet najlepszym zdarzają się dziecinnie głupie błędy i uleganie zwodniczym wpływom. Oto trener Holendra popełnił pomyłkę i zamiast po zewnątrz, kazał podopiecznemu jechać po wnętrzu toru. Była to jednak nieprawidłowość, którą automatycznie kwalifikuje się do dyskwalifikacji.

 


 

Rozemocjonowany Sven najpierw nakrzyczał na trenera i w złości daleko cisnął okularami, a potem rozpłakał się na konferencji prasowej. W tym wypadku męskie łzy jednak dopuszczamy: stracić olimpijskie złoto nie ze swojej winy i zmarnować miesiące przygotowań - to musi dokuczliwie boleć. I co na to kibice?

 


 

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło: i Sven, i Bode bowiem, zwalniając miejsce na piedestale, pozostawili po sobie całkiem godnych następców. Ale kim oni byli i jak wyglądali - przeczytacie później w ciągu dnia w kolejnym artykule z serii ''Olimpijskie Ciacha'' .