Wtorek z Ligą Mistrzów: grad goli..samobójczych

A do tego powódź niespodzianek. Brzmi katastroficznie, ale dla widowiskowości poszczególnych spotkań wczorajsze wydarzenia miały jak najkorzystniejszy wpływ. Dlaczego? Sprawdźcie poniżej.

 

 

LM: grad goli A do tego powódź niespodzianek We wtorkowych spotkaniach Ligi Mistrzów padł grad goli samobójczych: trzy w meczu pomiędzy Glasgow a Urziceni, jeden w konfrontacji Interu z Dynamem Brzmi to katastroficznie, ale dla widowiskowości poszczególnych spotkań wtorkowe wydarzenia miały jak najkorzystniejszy wpływ. Dlaczego? Sprawdźcie poniżej. Po pierwsze: samobóje. Powiedzcie same, drogie Panie, to nie zdarza się co dzień. Trzy gole do niewłaściwych bramek w jednym meczu - pomiędzy Glasgow a Urziceni, jeden w konfrontacji Interu z Dynamem. Takie kurioza nie tylko jednak sprawiają, że ze zdziwienia łapiemy się za nasze słodkie główki, ale i podnoszą nam ciśnienie, a tym samym - poziom emocji w spotkaniach. O ile nie strzelają ich biedni Gruzini. Po drugie: przegrane (lub remisy) faworytów. Nie wierzymy, że oprócz garstki kibiców Kazania w naszym kraju i najżarliwszych miłośniczek niewinnej buzi Murawskiego, był we wtorek w Polsce ktoś, kto podejrzewał, że Barcelona może przegrać z rosyjską ekipą. 1:1 pomiędzy Arsenalem a Alkmaarem? 2:2 pomiędzy Interem a drużyną z Kijowa? No i nie do końca nieprzewidziana, ale i nieoczywista porażka Liverpoolu z Lyonem. Po trzecie: zatrzęsienie bramek. Siedem goli w węgierskim Debreczynie to cyfra, która sprawia, że 31 trafień w zaledwie ośmiu spotkaniach praktycznie nie robi już na nikim wrażenia. Po czwarte: pech Liverpoolu. Nie dość, że przez kontuzję zbyt długo nie pograł biedny Gerrard, to jeszcze ''The Reds'' przegrali po bramce w doliczonym czasie gry. Odkąd na boisko wtargnęła złowieszcza piłkowata mara, w tym zespole nic już nigdy nie było tak samo. Po piąte: Polacy rządzą i dzielą. Murawski zatrzymał całą Barcelonę (no dobrze, może ''tylko'' Iniestę), Żewłakow też pograł chwileczkę w meczu, w którym jego klub pokonał Standard Liege (tak, siedlisko oprawcy Marcina Wasilewskiego), takowoż tym weselej jest nam patrzeć na wtorkowe rezultaty. Oby wesołość nie opuszczała nikogo.

Po pierwsze: samobóje. Powiedzcie same, drogie Panie, to nie zdarza się co dzień. Trzy gole do niewłaściwych bramek w jednym meczu - pomiędzy Glasgow a Urziceni, jedna w konfrontacji Interu z Dynamem. Takie kurioza nie tylko jednak sprawiają, że ze zdziwienia łapiemy się za nasze słodkie główki, ale i podnoszą nam ciśnienie, a tym samym - poziom emocji w spotkaniach. O ile nie strzelają ich biedni Gruzini.

 

Po drugie: przegrane (lub remisy) faworytów. Nie wierzymy, że oprócz garstki kibiców Kazania w naszym kraju i najżarliwszych miłośniczek niewinnej buzi Murawskiego, był wczoraj w Polsce ktoś, kto podejrzewał, że Barcelona może przegrać z rosyjską ekipą. 1:1 pomiędzy Arsenalem a Alkmaarem? 2:2 pomiędzy Interem a drużyną z Kijowa? No i nie do końca nieprzewidziana, ale i nieoczywista porażka Liverpoolu z Lyonem. Oby i dziś takich mocnych wrażeń nie zabrakło.

 

Po trzecie: zatrzęsienie bramek. Siedem goli w węgierskim Debreczynie to cyfra, która sprawia, że 31 trafień w zaledwie ośmiu spotkaniach praktycznie nie robi już na nikim wrażenia.

 

Po czwarte: pech Liverpoolu. Nie dość, że przez kontuzję zbyt długo nie pograł biedny Gerrard, to jeszcze ''The Reds'' przegrali po bramce w doliczonym czasie gry. Odkąd na boisko wtargnęła złowieszcza piłkowata mara, w tym zespole nic już nigdy nie było tak samo.

 

Po piąte: Polacy rządzą i dzielą. Murawski zatrzymał całą Barcelonę (no dobrze, może ''tylko'' Iniestę), Żewłakow też pograł chwileczkę w meczu, w którym jego klub pokonał Standard Liege (tak, siedlisko oprawcy Marcina Wasilewskiego), takowoż tym weselej jest nam patrzeć na wczorajsze rezultaty. Oby wesołość nie opuszczała nikogo i dziś, czego życzymy Wam, sobie i panom z Fiorentiny.