Na dobry początek dnia: Kim Clijsters wygrywa US Open

Dla odmiany: nie siatkarze, nie ciacha, nie mężczyźni nawet, ani nie siatkarze. Zamiast tego - wielka eksplozja radości 26-letniej belgijskiej tenisistki , która po dwuletniej przerwie w sporcie, poświęconej wychowaniu córeczki Jade, w wielkim stylu powróciła na kort - od razu tryumfując w wielkoszlemowym turnieju! Takie rzeczy nie zdarzają się na co dzień, takie kobiety (i kobiety w ogóle) nie zdarzają się na Ciachach. Świat -pod wpływem dzikiej radości zapewne - wywrócił się do góry nogami.

 

 

Dziewczyny, mamy więc nowy wzór kobiety sukcesu  i przykład do naśladowania. Spełniona matka, oddana żona (która, nawiasem mówiąc, w chwilę po wygranej po ustawionej w pobliżu kamerze wspięła się na trybuny, by dołączyć do ukochanego męża i namiętnie go pocałować), a do tego wybitna, ciężko pracująca na wyniki sportsmenka. Zazdrościmy determinacji i hartu ducha, ale w pozytywny sposób, mając przy tym nadzieję, że same wyciągniemy z wczorajszej lekcji jakąś naukę.

 

Dzisiaj wieczorem natomiast finał panów - w ostatecznej rozgrywce zmierzą się  Roger Federer i niespodziewany pogromca Rafaela Nadala, Juan Martin Del Potro, który pokonał naszego ulubionego hiszpańskiego tenisistę w momencie, gdy my ekscytowałyśmy się naszymi ''Złocieńcami'' (tak na marginesie: YES! YES! YES!). W normalnych warunkach zaczęłybyśmy biadolić nad odpadnięciem ciachowego faworyta, ale w taki dzień, jak dziś (i taki tydzień, jak w tym tygodniu; i gdy czujemy się tak mistrzowsko, jak tylko po tych mistrzostwach) odpuszczamy sobie wszelkie marudzenie. Zdolne jesteśmy tylko wszystkim - Kim, córeczce Kim, mężowi Kim, R-Fedowi, Juanowi, kortom, publiczności na kortach -  gratulować. A zatem: gratulujemy!

 

olalla