Przedsezonowce - Manchester nie zna litości, Liverpool gromi, zemsta Josego jest słodka, Król Artur znowu bez skazy

W gorącym, amerykańskim trójkącie Chelsea - Milan - Inter, to chyba jednak Milan bierze na siebie rolę zdradzanego męża, czy porzuconego kochanka. Jakby nie było - robi się tam gorąco, i to nie tylko ze względu na klimat.

 

 

Sceną dramatu był tym razem z pozoru chłodny i zrównoważony Boston, jednak intrygi i spiski, jakie się tu rozgrywały, były równie gorące, jak piaski Kalifornii.

 

Oto mroczny i ponury Don Jose - najspecjalniejszy Don świata, został przed kilkoma dniami okrutnie upokorzony przez niejakiego Don Carletta. Don Carletto wiódł kiedyś prym i szczęśliwe życie w księstwie zwanym Serie A, dopóki nie pojawił się tam Don Jose, ze swoim Mrocznym Szalikiem Zagłady. Odebrał on Don Carletto wszelkie nadzieje na głowę smoka i rękę królewny, także ten salwował się ucieczką do dalekiego, zamorskiego kraju, gdzie poślubił piękną księżniczkę Czelsię. O, meandry losu - wszak Czelsia  była niegdyś ukochaną Don Josego, z którą spędził on swoje najpiękniejsze dni, a z którą rozłączył go jej okrutny ojciec - kniaź Roman. I wtedy stała się rzecz straszna: Don Carletto i Czelsia na białych rumakach, z Sir Frankiem i Sir Drogbusem na czele, starli w proch i pył serieańskie hufce Don Josego.

 

Don Jose, pognębiony i straszny, lizał rany w ukryciu, szykując straszliwą zemstę. Gdy tylko nadarzyła się okazja, zdradziecko zaatakował i bezlitośnie pokonał księżną Milanę - porzuconą córkę Don Carletta, oddaną w opiekę młodego i pięknego księcia Leonarda.

 

 

 

 

Tak oto dzieci płacą za grzechy swoich ojców, a kluby za swoich trenerów. Ale dosyć tego, napięcie staje się nie do zniesienia - do tego wątku powrócimy więc w następnym odcinku.

 

Tymczasem za siedmioma górami, za siedmioma lasami, pięćdziesięcioma rzekami, jednym oceanem i mnóstwem kilometrów - angielskie zespoły dzielnie szykowały się do wyzwań nowego sezonu.I tak Czerwone Diabły na stadionie Żółtego Smoka rozgromiły zespół o wdzięcznej nazwie ''Hangzhou Greentown'':

 

 

 

 

Zaś nieco dalej (albo bliżej, zależy, z której strony patrzeć), ich równie czerwoni koledzy z Liverpoolu nie dali szans reprezentacji Singapuru. Bramki zdobywali: Andriej Woronin, Albert Riera, Krisztian Nemeth (dwukrotnie) i Feeeeernandoooo Tooooresss!!!

 

 

 

 

Na zakończenie naszych opowieści o zdradzieckich donach, pięknych księżniczkach, dzielnych rycerzach i przedsezonowych turniejach pozostaje nam opowiedzieć przygodę Króla Artura, który wraz ze swoim dzielnym księstwem zdobył świętego Grala, czyli trofeum Wembley Cup. No dobra, zrobił to siedząc na ławce, to znaczy obserwując bitwę ze wzgórza, a swoje obowiązki powierzając dzielnemu Sir Załusce, ale i tak nie zmienia to faktu, iż jest nieskazitelnym królem, tudzież kowbojem:

 

 

 

 

rybka

 

P.S. A Ronaldo znów kiepsko, niestety. O tyle dobrze, że Real i bez jego wątpliwej jakości pomocy jakoś zremisował 1:1 z drużyną z Arabii Saudyjskiej na Santiago Bernabeu. Ale czy to sukces na miarę oczekiwań Realu i Pereza?