Ciacha na Gortacie

A także Gortat na Ciachach. I wszyscy razem w Łodzi - czyli jak za naszym wielkim gwiazdorem NBA, jeszcze wczoraj potencjalnie prawie podstawowym graczem Dallas Maveircks, a dzisiaj znów już tylko rezerwowym Orlando Magic, biegałyśmy po Arenie Łódź. Przeczytajcie relację dwóch urzeczonych korespondentek.

 

 

Wielkie ciacho w Łodzi - Mój syn to jest wielkie ciacho! - stwierdziła dobitnie Alicja Gortat - Mój syn to jest wielkie ciacho! - stwierdziła dobitnie Alicja Gortat, mama słynnego Marcina. W końcu redakcji Ciach udało się ustalić kluczowe fakty Na wiadomość o tym, że do Polski przyjeżdża Marcin Gorat, Ciacha bez chwili zastanowienia porzuciły redakcyjne biurka, przywdziały swoje najpiękniejsze różowe sukienki i wyruszyły do Łodzi, gdzie odbywała się druga edycja Marcin Gortat Camp. Do rodzinnego miasta Marcina Gortata przybyłyśmy w momencie, gdy koszykarz rozpoczynał trening w towarzystwie czegoś, co na oko wyglądało jak około setka dzieci. Te małe, szalenie ruchliwe stworzenia okazały się być uczestnikami Gortat Camp, obozu szkoleniowego dla bardzo młodych, ale i bardzo perspektywicznych przyszłych koszykarzy. Na boisku jednak Marcin zwracał się do nich jak do równych sobie, doskonale się w chmarze rozkrzyczanych malców bawiąc, i gdyby nie to, że o jakieś 150 cm górował nad drugim najwyższym zawodnikiem na boisku oraz wyróżniał się zarostem, to pewnie nie zauważyłybyśmy, że on to on. Wiele wówczas byśmy straciły - na przykład nieznikający z jego twarzy uśmiech, dystans do siebie i luz. O ciachowatości nie wspominając. Marcin Gortat Camp to impreza, podczas której nasz kochany olbrzym odsłania przed zafascynowanymi nim dziećmi tajniki i arkana gry w koszykówkę. Ponieważ nasz plan podszycia się pod owe dzieci spalił na panewce, pozostało nam tylko podziwianie Marcina z perspektywy trybun. Nagle jednak wzrok nasz przyciągnęła pewna różowa bluzka - któż mógł ubrać się w najbardziej gustowny kolor świata? Okazało się, że ów ciachowy symbol wdzięku i elegancji nosi na sobie nie kto inny jak mama Marcina, czyli była reprezentantka Polski w siatkówce Alicja Gortat. Mama Gortat głośno i wyraźnie podkreśliła jakże bliski naszym sercom aspekt: - Mój syn to jest wielkie ciacho! - stwierdziła dobitnie pani Alicja, dowiadując się, że rozmawia z Ciachami. Jesteśmy zadowolone, że udało nam się ustalić kluczowe fakty.

Na wiadomość o tym, że do Polski przyjeżdża Marcin Gorat, Ciacha bez chwili zastanowienia porzuciły redakcyjne biurka, przywdziały swoje najpiękniejsze różowe sukienki, wsiadły w swój różowy samochód i z bijącym sercem wyruszyły do Łodzi, gdzie odbywała się druga edycja Marcin Gortat Camp.

 

Do rodzinnego miasta Marcina Gortata przybyłyśmy w momencie, gdy koszykarz rozpoczynał trening w towarzystwie czegoś, co na oko wyglądało jak około setka dzieci. Te małe, szalenie ruchliwe stworzenia okazały się być uczestnikami Gortat Camp, obozu szkoleniowego dla bardzo młodych, ale i bardzo perspektywicznych przyszłych koszykarzy. Na boisku jednak Marcin zwracał się do nich jak do równych sobie, doskonale się w chmarze rozkrzyczanych malców bawiąc, i gdyby nie to, że o jakieś 150 cm górował nad drugim najwyższym zawodnikiem na boisku oraz wyróżniał się zarostem, to pewnie nie zauważyłybyśmy, że on to on. Wiele wówczas byśmy straciły - na przykład nieznikający z jego twarzy uśmiech (szczególnie po zakończeniu zabaw psychoruchowych z młodzieżą), bijące z daleka życzliwość i ciepło, dystans do siebie i ogólny luz. O ogólnym stopniu ciachowatości nie wspominając.

 

 

Marcin Gortat Camp to impreza, podczas której nasz kochany Olbrzym odsłania przed zafascynowanymi nim dziećmi tajniki i arkana gry w koszykówkę. Ponieważ nasz plan podszycia się pod owe dzieci spalił na panewce (że niby to nie jest obuwie sportowe) pozostało nam tylko wzdychanie i podziwianie Marcina z perspektywy trybun. Nagle jednak wzrok nasz przyciągnęła pewna różowa bluzka - któż mógł ubrać się w najbardziej gustowny kolor świata? Okazało się, że ów ciachowy symbol wdzięku i elegancji nosi na sobie nie kto inny jak Mama Marcina, którą miałyśmy również olbrzymia przyjemność spotkać w Łodzi, czyli była reprezentantka Polski w siatkówce - Alicja Gortat.

 

 

 

Mama Gortat głośno i wyraźnie podkreśliła jakże bliski naszym sercom aspekt: - Mój syn to jest wielkie ciacho! - stwierdziła dobitnie pani Alicja, dowiadując się, że rozmawia z Ciachami. Zadowolone, że udało nam się ustalić kluczowe fakty, przeszłyśmy do kluczowych kwestii: jakim dzieckiem był mały Marcinek (oczywiście, wspaniałym, energicznym i uwielbianym przez wszystkich) oraz, uwaga, uwaga, jaka żona byłaby idealną synową według pani Alicji? W skrytości ducha nastawione na truizmy w stylu: ładna, mądra, kochająca, czuła i opiekuńcza, zdziwiło nas nieco gdy  okazało się, że potencjalna WAG powinna być drobniutka, malutka, spokojna i uwaga... gospodarna. Najlepiej w stylu Evy Longorii Parker. Pokrzepione faktem, że co najmniej połowa redakcji Ciach odpowiada temu opisowi, a smażenie kotletów nie może być przecież takie trudne, w doskonałym humorze udałyśmy się na konferencję prasową.

 

Wcześniej jednak mogłyśmy doświadczyć przerażających scen w momencie, gdy podżegane przez Gortata dzieci milionem małych piąstek i całkiem dużych piłek zaatakowały Bogu ducha winną łódzką maskotkę, bizona Mieszka. Figiel Marcina jednak na nim się zemścił - już chwilę potem, pod naporem małych ciał i żądnych autografów dziecięcych rąk, sam miał problemy z wydostaniem się z sali, którą wreszcie opuścił raczej wycofując się rakiem niż wychodząc.

 

Na konferencji potwierdziło się to, co i tak już wiedziałyśmy: Marcin, nie dość, że ciacho, to jeszcze równy chłopak. Na pytania odpowiadał szeroko i epicko, w duchu najlepszych sienkiewiczowskich tradycji, a uśmiechał się przy tym tak uroczo, że nasze wzruszone serca, mocniej biły pod różowymi sukienkami. Również pod wpływem towarzyszących Marcinowi kolegów-specjalistów od wizerunku i dysponowania czasem, takich jak (siedzący po lewicy Marcina) Filip Kenig, ciacho pierwszej klasy:

 

 

Niestety, najbardziej uroczo Marcin czerwienił się i jąkał, gdy opowiadał o "pewnej osobie", której personaliów nie chciał ujawnić, mimo naszych szczerych zapewnień, że nic jej przecież nie zrobimy. Uspokajamy jednak: nie ma powodów do paniki. Gortat jasno oświadczył, że na chwilę obecną nie wyobraża sobie żadnych dziecięcych kwileń i nocy zarwanych nad kołyską, jeśli musi rano iść na trening, a niekwestionowaną królową jego serca jest i zawsze pozostanie Pani Koszykówka. 

 

 

Na zakończenie upojnego dnia z Gortatem nie mogłyśmy odmówić mu przyjemności podpisania się na naszej koszulce? "Przez "ch"?" - zapytał, a my zapragnęłyśmy, by czas się zatrzymał. Niestety, bodyguardzi Marcina już popychali go w stronę fleszy, sławy i napiętych punktów harmonogramu...

 

 

 

Z drżącymi wargami i w szaleńczym tempie bijącymi sercami żegnałyśmy Łódź i Marcina, w rękach dumnie jednak dzierżąc  koszulkę, która już wkrótce stanie się nagroda w wielkim ciachowym konkursie dotyczącym Gortata. Zostańcie więc z nami i pilnie obserwujcie dalszy bieg zdarzeń.

 

Już w piątek, w Warszawie - drugie spotkanie z NASZYM CZŁOWIEKIEM W NBA. Kto wie, może tym razem uda nam się bardziej do niego zbliżyć? Czego wam i sobie gorąco życzymy.

 

rybka & olalla