Andy Murray przesiada się na gokarty

Bo i po co ganiać po korcie, skoro i tak wiadomo, że wygra Roger Federer.

 

 

Zresztą  przegrać tylko z królem tenisa nie byłoby żadną ujmą. Problem jednak w tym, że Andy'emu dotrwać do pojedynku z Rogerem nie było nawet dane. Na nic zdał się doping tysięcy fanów (a właściwie fanek) zgromadzonych na (i przed) wimbledońskim kortem. Na drodze do szczęścia stanął bowiem zły Andy (Roddick - nie mylić z ''dobrym'' Andy'm, czyli Murray'em), który, nie mając za grosz sumienia, wyeliminował faworyta gospodarzy - Murray'a - już w półfinale turnieju. Cóż więc było robić? Andy, rzuciwszy rakiety w kąt, postanowił choć odrobinę złagodzić gorzki smak tej porażki i nieco odreagować. My pewnie wybrałybyśmy boks, ale Murray wybrał coś subtelniejszego. Biorąc zatem przykład ze swojego odnoszącego sukcesy rodaka, Jensona Buttona, zasiadł za kierownicą...może jeszcze nie bolidu, ale przynajmniej gokarta. Wraz grupą znajomych wybrał się więc na tor w pobliżu swojego domu w Surrey, gdzie urządzili sobie mały wyścig. Niestety, tym razem też zwycięstwo nie było Murray'owi dane. Czyżby jakieś fatum, jakiś zły los uwziął się na biednego Andy'ego? Oby nie, bo zawsze miło jest oglądać go w dobrym nastroju - zwłaszcza gdy robi takie rzeczy .

 

Wierzymy zatem, że to tylko chwilowa niedyspozycja i Murray pokaże jeszcze wszystkim, na co naprawdę go stać.

 

bint