Puchar Konfederacji: Brazylia - yes, they can, Hiszpanie bronią resztek honoru

A już myślałyśmy, że ''Yes, they can'' odnosić się będzie do ojczyzny tego sloganu. Tyle że tym razem Amerykanie zaczęli od milionera, żeby skończyć na pucybucie, a Brazylia postanowiła udowodnić, iż pogłoski o jej śmierci są mocno przesadzone. Wielki wieczór dla Canarinhos, popołudnie dla Hiszpanów.

 

 

Brazylia wciąż wielka Brazylia postanowiła udowodnić, iż pogłoski o jej śmierci są mocno przesadzone Puchar Konfederacji pokazał, że Brazylia wciąż jest wielka. W finale pokonała USA 2:1. Trzecie miejsce w turnieju zajęła Hiszpania, która wygrała z RPA Puchar Konfederacji pokazał, że Brazylia wciąż jest wielka. Zacznijmy od tego mniejszego finału, czyli potyczki RPA z Hiszpanią. Idea meczu o trzecie miejsce jest nadzwyczaj szczytną i godną pochwały ideą, zwłaszcza jeśli pozwala nam raz jeszcze ujrzeć naszych pognębionych Hiszpanów i daje im szansę na rehabilitację. Z wykorzystaniem tej szansy Hiszpanie nieco się ociągali, aż ośmieleni tym ociąganiem reprezentanci RPA postanowili strzelić im bramkę na zachętę. Poskutkowało i oto po 70 minutach bezbramkowia, historia zaczęła dziać się w przyspieszonym tempie. Szarże, zwody, rajdy, bramki, kontry, znów Hiszpania na skrzydłach chwały. Tym razem rycerzami pomsty i gniewu byli Dani Guiza i Xabi Alonso. Ten pierwszy wbił dwa gole w minutę i doprowadził do dogrywki. Aż nadeszła minuta sto siódma, sędzia odgwizdał rzut wolny, do piłki podszedł Alonso i.... gooooooool!!!! Hiszpanie wygrywają 3:2 i kończą na podium turnieju. Emocje dopiero się jednak zaczęły. Pierwszą z nich było rozdrażnienie, gdy nasze kochane TVP spóźniło się z pokazaniem hymnu USA. No cóż, pewnie wyszli z poniekąd słusznego założenia, że każdy go zna, a jeśli nie zna, to od czego jest YouTube. Kolejną dawkę tym razem już czysto sportowych emocji dostałyśmy niecałe 10 minut później i to z najmniej spodziewanej strony. Gola strzelili bowiem Amerykanie. Canarinhos wzięli się więc za przywracanie ładu we wszechświecie i pozbawianie złudzeń krewnych wujka Sama. W 74. minucie wyrównującego gola zdobył znowu Luis Fabiano, a ostateczny cios zadał weteran Lucio, strzelając ostro, przenikliwie i bezlitośnie ze swojej - przyznajmy - niezbyt urodziwej, ale nobliwej głowy. Końcowe minuty meczu to już pokaz cynicznej, frustrującej dla Amerykanów, bezbłędnej brazylijskiej klepanki. Puchar Konfederacji po raz trzeci trafia do Brazylijczyków.

Zacznijmy od tego mniejszego finału, czyli potyczki RPA z Hiszpanią. Idea meczu o trzecie miejsce jest nadzwyczaj szczytną i godną pochwały ideą, zwłaszcza jeśli pozwala nam raz jeszcze ujrzeć naszych pognębionych Hiszpanów i daje im szansę na rehabilitacje. Z wykorzystaniem tej szansy Hiszpanie nieco się ociągali, aż ośmieleni tym ociąganiem reprezentanci RPA postanowili strzelić im bramkę na zachętę. Poskutkowało i oto po 70 minutach bezbramkowia, historia zaczęła dziać się w przyspieszonym tempie. Szarże, zwody, rajdy, bramki, kontry, znów Hiszpania na skrzydłach chwały. Choć, niestety, tym razem rycerzami pomsty i gniewu nie byli Villa i Torres (no bo, sorry, dziewczyny - Torres i gniew?), ale niespodziewani jak hiszpańska Inkwizycja Dani Guiza i Xabi Alonso. Ten pierwszy wbił dwa gole w minutę i doprowadził do dogrywki. W tym momencie wszystkie nasze paznokcie łącznie z tymi u stóp były już mocno nadgryzione (wiecie, wcześniej siatkarze grali z Brazylią) i musiałyśmy co rusz sięgać do barku po wsparcie. Waleriany oczywiście. Aż nadeszła minuta sto siódma, sędzia odgwizdał rzut wolny, my zastygłyśmy w bezruchu, wpijając palce w wyimaginowane ramię Davida Beckhama, do piłki podszedł Alonso i.... gooooooool!!!! Hiszpanie wygrywają 3:2, i kończą na podium turnieju.

 

 

 

 

Nie skończyły się jednak emocje, bo przecież miały się dopiero zacząć. Pierwszą z nich było rozdrażnienie, gdy nasze kochane TVP spóźniło się z pokazaniem hymnu USA. No cóż, pewnie wyszli z poniekąd słusznego założenia, że każdy go zna, a jeśli nie zna, to od czego jest YouTube. Kolejną dawkę tym razem już czysto sportowych emocji dostałyśmy niecałe 10 minut później i to z najmniej spodziewanej strony.

 

 

 

 

Kilkanaście minut później uwierzyłyśmy w American Dream:

 

 

 

 

I wierzyłyśmy w niego aż do początku drugiej połowy. Wtedy to, gdy wujek Darek nie skończył opowiadać jeszcze swoich historyjek o jedzeniu żaby, metodzie w szaleństwie i zamierzchłych czasach, znienacka uderzył Luis Fabiano:

 

 

 

 

Kolejne bramki były już tylko kwestią czasu. Canarinhos wzięli się za przywracanie ładu we wszechświecie i pozbawianie złudzeń krewnych Wujka Sama. W 74. minucie wyrównującego gola zdobył znowu Luis Fabiano, a ostateczny cios zadał weteran Lucio, strzelając ostro, przenikliwie i bezlitośnie ze swojej - przyznajmy - niezbyt urodziwej, ale nobliwej głowy.

 

 

 

 

Końcowe minuty meczu to już pokaz cynicznej, frustrującej dla Amerykanów, bezbłędnej brazylijskiej klepanki. Puchar Konfederacji po raz trzeci trafia do Brazylijczyków. Szkoda tylko, że nasza TVP ucięła nam tak szybko pokaz brazylijskiej radości, choć skądinąd widok modlących się zwycięzców był jakże poruszającą odmianą od tradycyjnej wymiany koszulek.

 

rybka