Sport.pl

Becks i Henry ponownie w Anglii?

Czyli Premier League kusi swoim niezrównanym urokiem.

 

 

Mistrzowskie tytuły w większości europejskich lig rozdane, szampan rozlany, a kac zażegnany, zatem włodarze klubów uznali sezon 2008/2009 za oficjalnie zakończony i zamiast ekscytować się nadchodzącymi tygodniami urlopu, czy przebierać nogami ze zniecierpliwienia w oczekiwaniu na finał Champions League, już szykują grube portfele i ciepłe posadki w swoich skromnych progach na przybycie nowych twarzy.  

 

W oczekiwaniu na otwarcie letniego okienka transferowego najbardziej zniecierpliwione wydają się Chelsea i Arsenal, które chyba zaprzysięgły sobie, że wreszcie zakończą hegemonię Manchesteru i już czwartego tytułu z rzędu nie pozwolą "Czerwonym Diabłom" zdobyć, gdyż zamierzają wystawić do walki broń największego kalibru, ściągając do siebie ciacha największego formatu.  

 

"The Blues" pożegnają swojego tymczasowego trenera, "zawsze uśmiechniętego", "pogodnego" Guusa Hiddinka i prawie pewne jest, że jego miejsce zajmie rozstający się po ośmiu owocnych latach z Milanem, Carlo Ancelotti. To jednak nie wszystkie zmiany na Stamford Bridge, a ta o wiele ważniejsza i hucznie przepowiadana przez media to to, że w pakiecie ze szkoleniowcem z Mediolanu do Londynu trafi nie kto inny jak...David Beckham. A nie mówiłyśmy Victorio, że przeprowadzka do Włoch to zbyt pochopna decyzja? Sam Becks podobno idealnie pasowałby do koncepcji zespołu Ancelottiego, który naszego ulubieńca darzy wielką sympatią, co można było zauważyć po jego heroicznej walce o pozostanie Davida w Milanie. Ciacha tymczasem zastanawiają się czy wytrzymają ładunek seksapilu i ciachowatości w jednej "małej" drużynie piłkarskiej. Ballack, Lampard, Terry, Drogba, Deco i jeszcze teraz Becks? Roman Abramowicz powinien bezdyskusyjnie zostać uhonorowany Ciachowym Orderem dla prezesa z najlepszym gustem i wyczuciem smaku.

 

Arsenal jednak, w przeciwieństwie do Ciach, nie zamierza stać bezczynnie i patrzeć na ewentualne popisy Becksa w barwach Chelsea, lecz planuje zrobić mu na boiskach Premier Leaue poważną konkurencję. Czyżby Arsene Wegner wreszcie dodał dwa do dwóch, czyli zrozumiał, że ostatnie znaczące sukcesy Arsenalu przypadają na 2005 i 2006 rok, a że całkiem przypadkiem są to jedne z ostatnich lat obecności niejakiego Thierry Henry'ego w klubie przed odejściem do Barcelony i być może ma to ze sobą niemały związek? Bardzo prawdopodobne, dlatego Francuz wierzy, że kiedy wróci Thierry wrócą i sukcesy - chce podobno sprowadzić rodaka z powrotem na Emirates Stadium. Jak sam zresztą twierdzi, nie będzie to znowu taka całkiem "mission impossible", gdyż, cytujemy: - Cały czas rozmawiamy. Henry często śledzi nasze losy w telewizji. Ogląda nawet mecze rezerw. Co oznacza, że wcale nie jest obojętny los byłych kolegów drużyny, którą ma nadal w sercu. Co do finalizacji owego transferu Ciacha mają już jednak niemałe wątpliwości - właśnie w tym sezonie Francuz wreszcie odnalazł się w Barcy, z którą już w środę zagra o tytuł najlepszej drużyny w Europie i z całym szacunkiem dla ciebie, Arsene, ale nasza niezawodna kobieca intuicja podpowiada nam, żebyś prędzej niż za kilka lat, może nawet tuż przed odwieszeniem przez Thierry'ego butów na kołek, nie spodziewał się go w Londynie.

 

A jeśli jednak, mimo wszystkich przeszkód, dojdzie do tych spektakularnych transferów, będzie to już ostateczny sygnał dla tych z Was, które mają jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że to Premier League jest tą najlepszą i najbardziej ciachową (!) ligą na świecie. Natomiast nam pozostaje tylko żałować, że nie jesteśmy, choć w małym stopniu, tak atrakcyjnie dla piłkarzy, jak angielska liga. Szkoda.

 

Marina

Więcej o: