Sport.pl

Łysy znowu na językach, czyli środa z Ligą Mistrzów

Posłuchajcie łabędziego śpiewu Ciach po przedostatnim meczu tegorocznej edycji LM, podważcie nasze kompetencje, skrytykujcie nasze obserwacje, a przede wszystkim - pooglądajcie, co tam się wczoraj na Stamford Bridge działo.

 

 

"Łysy" znowu na językach Środowy mecz piłkarski Chelsea-Barcelona wzbudził wiele kontrowersji Po pierwsze, nazwijcie nas populistkami, posądzajcie o hipokryzję, oskarżajcie o wymyślanie teorii spiskowych, ale będziemy stały przy swoim: inaczej by ten mecz wyglądał, może i nawet mniej ciekawie, gdyby sędziowanie było przynajmniej poprawne. Nie wiemy, czy arbiter był po prostu sympatykiem Barcy, jej tajnym agentem, opłacanym przez nieznane moce zabójcą ducha Chelsea, czy tez po prostu nieudacznikiem, ale nie ulega wątpliwości, że pan Tom Ovrebo w znaczący sposób wpłynął (lub umyślnie, a wbrew zasadom nie wpłynął) na losy tej potyczki. Tym samym, zepsuł nam całą radość ze zwycięstwa Barcelony, z pięknego, jak by nie było, gola Andresa Iniesty, z awansu hiszpańskiej drużyny do finału. Bo to, że za Chelsea byśmy i w każdych innych okolicznościach płakały, to akurat oczywiste.

Po pierwsze, nazwijcie nas populistkami, posądzajcie o hipokryzję, oskarżajcie o wymyślanie teorii spiskowych, ale będziemy stały przy swoim: inaczej by ten mecz wyglądał, może i nawet mniej ciekawie, gdyby sędziowanie było przynajmniej poprawne. Nie wiemy, czy arbiter był po prostu sympatykiem Barcy, jej tajnym agentem, opłacanym przez nieznane moce zabójcą ducha Chelsea, czy tez po prostu nieudacznikiem, ale nie ulega wątpliwości, że pan Henning Ovrebo w znaczący sposób wpłynął (lub umyślnie, a wbrew zasadom nie wpłynął) na losy tej potyczki. Tym samym, zepsuł nam całą radość ze zwycięstwa Barcelony, z pięknego, jak by nie było, gola Andresa Iniesty, z awansu hiszpańskiej drużyny do finału.Bo to, że za Chelsea byśmy i w każdych innych okolicznościach płakały, to akurat oczywiste.

 

Po drugie, nerwy. Te Drogby - jak najbardziej tym razem uzasadnione, te nietypowe zwykle opanowanego Pepa Guardioli, te komiczne Michaela Ballacka (sorry, Misiek, to chyba miało przestraszyć, a spełniło rolę wręcz odwrotną). No i te nasze - nie licząc okresu od około 47. do 92 minuty, kiedy rozkosznie przysypiałyśmy.

 

 

 

 

Po trzecie, wreszcie udokumentowano uśmiech Guusa Hiddinka. Niestety, okazało się, ze Holender hollywoodzki błysk zębów zarezerwował na nieodpowiednią chwilę. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, pamiętajcie o tym, drodzy.

 

 

 

Po czwarte, stopień irytacji, do jakiego doprowadził nas Dani Alves, sięgnął chyba zenitu. Brazylijczyk za kartki nie zagra w finale, co akurat nas nie smuci, jako że limit tolerancji wobec notorycznego przewracania się, prób wymuszenia fauli, arogancji i pretensjonalnego gestykulowania rękami oraz kiwania głową u nas już się wyczerpał. Inna sprawa, że wczoraj Alves nie zachwycał. Jest spora szansa, że Barca poradzi sobie bez niego.

 

 

Po piąte - Thierry Henry (plus za niezwykle gustowny strój trybunowy - czapeczka urzekająca!) zdradza Krkicia z Messim! Widocznie nie ma co liczyć, na wieloletni, oparty na oddaniu i wierności związek w stylu JT&FL .

 

 

 

 

Po siódme: co Malouda miał na głowie???

 

 

 

Po szóste, wypluwszy wszystkie powyższe uwagi, nie zawsze pełne ukontentowania, nie zawsze jak miód słodkie, dodamy jeszcze, że...już nie możemy doczekać się finału! Osiemnasty ciachowy zmysł mówi nam, żerzymska bitwa zaplanowana na 27 maja może przynieść zdecydowanie więcej atrakcji, niż to miało miejsce do tej pory. Odliczamy dni: 20.

 

olalla

 

 

 

 

 

 

 

Więcej o: