Najlepsze fotki z Pucharu UEFA: ćwierćfinały

Bo nie samą Ligą Mistrzów człowiek żyje. Mamy też parę słów do powiedzenia - jak zawsze.

 

 

Po ligomistzrowych emocjach wczoraj juz nieco mniej pobudzone zasiadłysmy przed telewizorami, by w pełnym skupieniu podziwiać piękno męskiego ciała grę Manchester City z HSV Hamburg. Wypadło całkiem fajnie i mimo nadal niższego prestiżu rozgrywek Pucharu UEFA (wszak grają tam zespoły przynajmniej teoretyczniegorsze) było niemal tak przyjemnie, jak przy okazji co poniektórych spotkań Champions League. Śledząc przebieg tego meczu i (foto)relacje z innych zauważyłyśmy, co następuje:

 

1. Mladen Petrić fascynuje nas niezmiennie silnie, o ile nie silniej z meczu na mecz. Jego twarz (a przede wszystkim te oczy, te oczy!) nosi zanmiona doskonałości.

 

2. Torsetn Frings działa na nas prawie równie mocno - inaczej, ale bardzo intensywnie (silna budowa i gąszcz długich włosów dodają mu roku pramężczyzny).

 

3. Udienese, pogromcy naszego Lecha, zostali rozgromieni przez Werder Bremę, ze wspomnianym Fringsem w składzie. Wbrew pozorom, jest nam przykro, że tak się stało. Wolałybyśmy, żeby kaci poznabniaków odpadli jednak jak najpóźniej - lepiej czułybyśmy się ze świadomością, że pogrążył nas nie byle kto.

 

4. Manchester City pod wodzą szejków jednak jest lekko przereklamowany. Żaden Robinho ani inne petrodolarowe zdobycze nie są w stanie udowodnić, że angielski futbol to nie tylko drużyny z Wielkiej Czwórki.

 

5. A może to nie wina Manchesteru, a potęgi Bundesligi w Pucharze UEFA. Coś nam się widzi, że to właśnie jedna z niemieckich ekip siegnie w tym roku po to najwyższe trofeum. Tylko która: Petrić czy Frings?

 

6. A może żaden z nich, a pomarańczowy Szachtar Donieck? Byłoby to tym korzystniejsza opcja, że w ukraińskim zespole nadal grywa Mariusz Lewandowski. W końcu tak lubimy, kiedy naszym rodakom, nawet do spółki z wielką grupą współpracowników, udaje się osiągnąć coś wielkiego. Szachtar zrobił wczoraj kolejny duży krok ku trofeum, pokonując Olympique Marseille 2:0.

 

7. A z kolei Olympique też nam żal - z powodu kapitana Lorika Cany, do którego pałamy pożądaniem symaptią i ze wzgledu na całą francuską Ligue 1, która nie bardzo ma się czym (oprócz zabójczo atrakcyjnych zawodników z gatunku Yoanna Gourcuffa i Karima Benzemy) pochwalić.

 

No i to by było na tyle dziś. Za tydzień kontynuacja - aż zacieramy nasze wypielęgnowane rączki z uciechy.

 

olalla