Sport.pl

Z cyklu - Prawdziwe historie: Adriano Most Wanted

Bo niegrzeczne ciacho musi czasem narozrabiać.

 

 

Adriano należy do tego grona piłkarzy, z którymi po prostu nie można się nudzić. Brazylijczyk co rusz dostarcza wszystkim szeroko pojętej rozrywki, a to pojawiając się w stanie wskazującym na spożycie na treningu, a to będąc bohaterem kolejnej imprezy albo, jak jak i w tym wypadku, zapadając się pod ziemię na kilka dni. Adriano widocznie musiał stwierdzić, że wykonał kawał dobrej roboty w meczu kadry narodowej z Paru (3:0) i że co jak co, ale po spędzeniu całego spotkania na ławce rezerwowych należy mu się odpoczynek.  

 

Piłkarz postanowił udać się więc na w pełni zasłużone, wymarzone, a co najważniejsze pełnopłatne wiosenne wakacje. I aby nie nadkładać zbytnio drogi i przy okazji zaoszczędzić trochę pieniędzy (5,5 mln euro rocznie to przecież ledwo na waciki wystarczy!) postanowił zatrzymać się w rodzinnym Rio de Jeneiro. 

 

Żeby było jeszcze ciekawiej, jeszcze bardziej dramatycznie Brazylijczyk zwyczajnie zapomniał o tym wspomnieć komukolwiek. Nawet Jose Mourniho. Piłkarz po prostu zapadł się pod ziemię, nie odbierał telefonów od agenta, od matki i nie dawał żadnego znaku życia. Tak więc nieświadomy banalnej prawdy świat udał się na poszukiwanie piłkarza i wszyscy głowili się, co też tak strasznego mogło się przydarzyć zwykle "odpowiedzialnemu" Adriano, że zaniedbał treningi. Prasa mówiła o jak najbardziej prawdopodobnym uprowadzeniu dla okupu, Ciacha podchwyciły tę wersję z tą różnicą, że w roli porywacza (a raczej porywaczki) obsadzałyśmy owładniętą rządzą przedstawicielkę płci pięknej, a domniemane porwanie wcale nie odbyło się w celu wyłudzenia okupu. 

 

Prawda, niestety, okazał się aż nadto przyziemna. Nieoficjalna jest taka, że tuż po meczu "Canarinhos" piłkarz udał się imprezę, której organizatorem był gang narkotykowy. Na dodatek, łobuz nie chce się przyznać do zarzucanej winy i uparcie twierdzi (i to jest ta oficjalna wersja!), że jego przedłużony pobyt w ojczyźnie spowodowany jest ni mniej nie więcej, tylko chęcią obejrzenia derbów Rio de Jeneiro...Tak, dobrze słyszycie.

 

I tak sobie myślimy, że chyba nie chciałybyśmy być w skórze tego, kto przekazał tę radosną nowinę "The Special One", a już na pewno nie chciałybyśmy być Adriano, kiedy już łaskawie raczy zjawić się w Mediolanie. Mamy maleńkie wątpliwości, jakoby Jose miał niemały problem z docenieniem atrakcyjności widowiska jakim są mecze pomiędzy Flamengo i Fluminese. A już na pewno nie będzie zadowolony, kiedy z tych wszystkich kłopotów wychowawczych  w zespole na jego głowie pojawi się kolejny już, zupełnie not speszial, siwy włos (na przyszłość polecamy Jose herbatkę z melisy). Nic więc dziwnego, że Brazylijczykowi do powrotu wcale się nie spieszy - najpierw mówiono, że ma pojawić się jeszcze przed świętami, potem, że dopiero po świętach, a teraz mówi się, jakoby jego powrót na San Siro miał się odbyć dopiero w czerwcu, gdzie już po sezonie będzie pozamiatane. Tak więc radzimy mu już teraz szukać przyszłego nowego pracodawcy, ewentualnie napisanie autobiografii o chwytliwym tytule: "Jak schrzaniłem świetnie zapowiadającą się karierę". A Ciacha tylko ciężko wzdychają i jedyna refleksja, jaka przychodzi na teraz na myśl to: no to się porobiło - o ile tak głębokie myśli można nazwać refleksjami.

 

Adriano mógł chociaż z czystej przyzwoitości przesłać Mourniho kartkę pocztową z wakacji z serdecznymi pozdrowieniami i całusami. 

 

 Marina

Więcej o: