Sport.pl

Ebiuchna nasz kochany

Czyli o spotkaniu z San Marino słów jeszcze kilka.

 

 

Ebi znów w akcji Cudowny powrót Ebiego Smolarka - w meczu z San Marino strzelił cztery gole Ebi został najskuteczniejszym strzelcem w środowym meczu Polski z San Marino. Spośród 10 strzelonych bramek Smolarek był autorem aż czterech. Wśród narodowej euforii, która wybuchła po masakrze, jaką zgotowali drużynie San Marino nasi piłkarze, warto zwrócić uwagę na cudowny powrót Ebiego Smolarka. Po wspaniałych eliminacjach do Euro 2008 wszyscy byli dumni z najskuteczniejszego strzelca naszej reprezentacji. Niestety kryzys dopadł go najpierw na Euro, później w Hiszpanii, następnie poszukiwał nowego klubu i na koniec dopadła go niemoc w Boltonie. Wszystko to sprawiło, że Ebi coraz częściej zamiast grać, bezradnie przyglądał się zmaganiom swoich kolegów z ławki rezerwowych, aż w końcu - na pamiętnym meczu w Belfaście - okazało się, że nawet tam nie ma dla niego miejsca i grę musiał oglądać z trybun. I był to chyba moment przełomowy - Ebi, udzielając później wywiadów, nie krył nawet złości, jaką wywołała u niego ta decyzja Beenhakkera, ale też być może to właśnie zmobilizowało go tak bardzo, że cztery dni później był nie tylko wyróżniającym się zawodnikiem, ale okazał się najskuteczniejszym strzelcem meczu. Ile bramek dokładnie strzelił, sam nie potrafił się doliczyć - i do dziś głowią się nad tym obserwatorzy. Niektórzy uważają, że trzy, ale FIFA uważa, że cztery (czwartą okazał się gol wcześniej uznany za samobójczy). W każdym razie jest to więcej, niżby ktokolwiek mógł sobie wyobrazić kilka tygodni wcześniej.

Wśród narodowej euforii, która wybuchła po masakrze jaką, ironią losu (?) w Prima Aprilis właśnie, zgotowali Sanmarińczykom nasi piłkarze, uciekł nam cudowny comeback Ebiego Smolarka. Po wspaniałych eliminacjach do Euro 2008 wszystkie wzdychałyśmy do najskuteczniejszego strzelca naszej reprezentacji - oklejałyśmy ściany plakatami z jego zdjęciem, by w bezsenne noce godzinami móc się w niego wpatrywać, wertowałyśmy internet w poszukiwaniu wszelkich wiadomości na jego temat i biegałyśmy za naszą kadrą w nadziei na zdobycie jego autografu. Aż do owego feralnego dnia gdy, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wstrząsająca wiadomość - Ebi ma dziewczynę. I nic już nie mogło odwrócić fatalnej kolei rzeczy - najpierw wyjątkowo nieszczęśliwym dla nas Euro, później kryzys Ebiego w Hiszpanii, poszukiwanie nowego klubu i znowu niemoc w Boltonie. Wszystko to sprawiło, że Ebiuchna nasz kochany, coraz częściej zamiast grać, bezradnie przyglądał się zmaganiom swoich kolegów z ławki rezerwowych, aż w końcu - owego pamiętnego meczu w Belfaście - okazało się, że nawet tam nie ma dla niego miejsca i mecz musiał oglądać z trybun.

 

I był to chyba moment przełomowy - Ebi, udzielając później wywiadów, nie krył nawet złości, jaką wywołała u niego ta decyzja Beenhakkera, ale też być może to właśnie zmobilizowało go tak bardzo, że cztery dni później był nie tylko wyróżniającym się zawodnikiem, ale okazał się najskuteczniejszym strzelcem meczu. Ile bramek dokładnie strzelił, sam nie potrafił się doliczyć - i do dziś głowią się nad tym obserwatorzy. Nam wydawało się, że trzy, ale FIFA na przykład uważa, że cztery (czwartą okazał się gol wcześniej uznany za samobójczy). W każdym razie jest to więcej, niżby ktokolwiek mógł sobie wyobrazić jeszcze pięć dni temu.

 

Mamy zatem nadzieję, że tendencja ta się utrzyma i jak dawniej będziemy mogły oglądać popisy Ebiuchnowych umiejętności. Takich jak ostatnio.

 

 

 

 

bint

Więcej o: