Półmetek US Open - ulubiony zawodnik?

Za nami - w zależności od gracza - pierwsze trzy/cztery rundy turnieju US Open. Na razie, w przypadku mężczyzn, obyło się bez większych niespodzianek, nie brakowało jednak rozczarowań: standardowe, a więc i spodziewane, ale nie mniej bolesne odpadnięcie Marata Safina już w drugiej rundzie rozgrywek, pożegnanie Jamesa Blake'a i Davida Ferrera wkrótce potem, a dziś jeszcze porażka Agnieszki Radwańskiej (nie to, żeby Ciacha miały teraz pisać o dziewczynach, ale klęska boli bardziej ze względu na solidarność płciową). Nadeszła więc pora, byśmy dokonały przeglądu tego, co na kortach Flushing Meadows jeszcze pozostało - zanim wszyscy się wykruszą.

 

 

Rafael Nadal - obecnie numer jeden światowego tenisa (tak, tak, drogie fanki R-Feda, nareszcie nadszedł długo oczekiwany przez nas moment!), ale o mięsistym Hiszpanie, podobnie jak o naszej do niego słabości, wiecie już tak dużo, że nie warto chyba, żebyśmy bardziej ten temat wałkowały. Po prostu Rafa króluje.

 

 

Mardy Fish - niedługo rywal Nadala w ćwierćfinale, a jak na razie jeden z większych niezbadanych i zaskakujących punktów tegorocznego turnieju. Na swojej drodze do sukcesu nierozstawiony Fish pokonał między innymi swojego rodaka Blake'a (nieładnie!) i Francuza Gaela Monfilsa. Choc cenimy wysoce jego uśmiech, to jednak w Amerykaninie jest coś z tandetnego amanta i to na pewno nie jemu będziemy kibicować w dalszych bojach.

 

 

Juan Martin Del Potro - ten pan na pewno jest teraz na fali. 13 lipca wygrał swój pierwszy turniej ATP, a w ciągu miesiąca wyczyn ów powtórzył jeszcze trzykrotnie. Czy to jednak wystarczy, by pokonać następnego przeciwnika na liście, czyli tryumfującego dziś nad Stanislem Wawrinką Andy'ego Murray'a? Gdyby brać pod uwagę facjaty, naszym zdaniem szanse byłyby mniej więcej równe. Choć Brytyjczyk Murray czasem bywa rozkoszny, to jednak częściej oglądanie jego kościstego ciała i ostrych rysów nie napawa nas błogą przyjemnością.

 

Del Potro

 

 

Andy Murray

 

 

Dziś jeszcze w czwartej rundzie (czyli jeszcze dalej od finału, niż powyżej wymienieni panowie) zmierzą się ze sobą cztery pary: Amerykanin Andy Roddick i Chilijczyk Fernando Gonzalez, który podpadł nam w nieelegancki sposób pokonując Jamesa Blake'a na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie (niezwykle ważny punkt w czasie meczu zawodnik z Ameryki Południowej zdobył wówczas w bardzo kontrowersyjny sposób ). Z powodu tego właśnie wydarzenia w konfrontacji nasze kciuki będą zaciśnięte w imię roddickowego sukcesu, choć wszechobecna bejsbolówka Amerykanina już dawno zaczęła nas irytować.

 

 

 

Tommy Robredo, pogromca Marata Safina, dumnie obnoszący się ze swoim quasi-hitlerowskim wąsikiem, versus Novak Djoković, jeden z naszych największych (oczywiście, dłuuuuuuugo po Safinie, ale jednak) ulubieńców. Hm, wybór jest ciężki, wręcz "niemożliwy". Ale chyba jednak Djoko - pod warunkiem, że zdejmie z siebie czym prędzej te seledyny (upodobanie do jaskrawych kolorów z góry wybaczamy tylko Maratowi).

 

 

 

Nikołaj Dawidienko versus Gilles Muller - łysiejący Rosjanin czy...no właśnie, kto? Tenisista z Luksemburga grywał już takim dinozaurem jak Andre Agassi, kiedyś udało mu się pokonać nawet Nadala i, w aurze sensacji zresztą, Andy'ego Roddicka. Nam jednak Muller jakoś do tej pory umykał, a szkoda. Pewnie niedługo, niezauważony przez nikogo, skończy sobie po cichu karierę, ale na razie życzymy mu takiej przewagi nad Dwidienką na korcie, jaką ma pod względem ilości owłosienia.

 

Dawidienko

 

 

Tymczasem doszłyśmy już do ostatniej czwartorundowej dwójki. Wielki Roger Federer, który pomimo powoli gasnącego blasku zachowuje najwyższą klasę i szyk, kontra Igor Andriejew, człowiek, który wyeliminował chętnie się obnażającego i bez wątpienia gorętszego Fernando Verdasco. Wybór zależy więc od Was, wygrana od umiejętności, a my, jak to my, wiemy swoje.

 

Federer

 

 

 

 

 

Andriejew

 

Z czujnością będziemy śledzić na bieżąco poczynania wyżej Wam dziś przedstawionych gwiazdorów "białego sportu". Wszelkie nowinki oczywiście przekażemy z radością. O ile nie będą dotyczyły niepowodzeń naszych pupilków, a na przykład tak ważkich tematów, jak kształtna pupa Federera. Obiecujemy.

 

 

 

 

***Można narzekać, że główne zdjęcie mylące, bo Marat już dawno w turnieju nie ma, ale chyba nie sądzicie, że po tak długim czasie tworzenia dla Was nie uodporniłyśmy się na wszelką krytykę?