Antyciacho wszechczasów: Howard Webb, wróg publiczny numer jeden

Dzisiaj nie zaserwujemy Wam zwyczajowego Ciacha dnia ani Eurociacha, nie będzie bohaterów i pieszczoszków. Z przykrością stwierdzamy, że nasi piłkarze na to nie zasłużyli. O perfidnych Chorwatach i nieudolnych Niemcach nie mamy nawet ochoty myśleć. Jest jednak jeden człowiek, który - mimo naszych najgorętszych starań - nie pozwala o sobie zapomnieć. Ten sam człowiek, który wczorajszego wieczora pozbawił nas wszelkich złudzeń, nie tylko odnośnie dalszego udziału Polaków na Euro 2008, ale także w kwestii bezstronnego, obiektywnego sędziowania. Oto arbiter, który dokonał zamachu na naszego ducha narodowego, a zdaniem niektórych, także i poważnej grabieży na tym, co się Polakom należało - panie i panowie, przed Wami Howard Webb.

 

 

Nie ma to, jak podyktować "jedenastkę" w 92. minucie meczu, w którym biorą udział przegrywający przez całe prawie spotkanie gospodarze imprezy. Nie ma to, jak podyktować ten karny po powtórzonym z nie do końca jasnych powodów rzucie wolnym. Nie ma to, jak szukanie dziury w całym i walka o wypromowanie jednej drużyny do ostatniej sekundy przed gwizdkiem. To zapewnia sławę na lata - jedno nie ulega wątpliwości, pan Webb przejdzie do historii. Szkoda tylko, że przez jego zapędy do wielkości (tudzież inne, nieznane nam powody, których nawet nie chcemy odgadywać) miliony Polaków przez długi czas będą miały załamane serca i dożywotnio gorzkie wspomnienia. Ten facet pogrzebał nasze nadzieje.

 

Webb jest Anglikiem i podobno do tej pory brał już udział w spotkaniach na najwyższym poziomie, o najwyższe stawki - zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Premiership. Oprócz zawodu sędziego, Brytyjczyk wykonuje także drugą profesję - jest policjantem w stopniu sierżanta w Yorkshire. Nic nie wiemy o jego życiu prywatnym i rodzinie, ale może to i dobrze, bo straszne pomysły mogły by wpaść nam nagle do głowy.