John Arne Riise: od superciacha do antybohatera, czyli kilka fotek z Ligi Mistrzów (cz.1)

To, co przeżyli wczoraj gracze i kibice Liverpoolu, nie wystarczy chyba określić słowami "szok", "zgroza" "wściekłość" i "skrajne rozczarowanie". Niemal pewna wygrana z Chelsea w półfinałowym meczu Ligi Mistrzów została bowiem w jednej chwili, a konkretnie w ostatniej, 95. minucie spotkania, obrócona w niwecz. I to przez samego zawodnika The Reds - Johna Arne Riise. Ten żółtorudy piłkarz (fatalny kolor jest, naszym zdaniem, wynikiem fryzjerskiej pomyłki związanej z nadużyciem utleniacza - czyżby to miało wpływ również na umiejętność główkowania?) został wczoraj obwołany przez wielu - wliczając nas - największym nieudacznikiem Champions League. Z jednej strony współczujemy katastrofalnego błędu i jego konsekwencji, z drugiej - czegoś takiego nie można wybaczyć.

 

 

Tym bardziej, że tryumf był w zasięgu ręki - "Niebiescy" nie grali wczoraj porywająco, a wręcz porażali brakiem skuteczności, podopieczni Rafaela Beniteza wyraźnie dominowali poprzez całe spotkanie, a Riise przez 2/3 czasu grzecznie siedział na ławce. Cóż z tego, liczy się przecież tylko końcowy wynik - remis (1:1, pierwsza bramka autorstwa liverpoolczyków została zdobyta przez Dirka Kuyta), a ten w lepszej pozycji stawia Chelsea, które następne półfinałowe spotkanie rozegra na własnym stadionie.

 

Nasz ukochany Fernando Torres dwa razy oddał fantastyczne strzały na bramkę - tym razem jednak żaden z nich nie zakończył się zdobyciem gola, a szkoda.

 

A Tobie, Johnie Riise, życzymy zmiany fryzjera i zmiany klubu. Być może brzmi to niczym zanadto kategoryczny osąd, ale tak naprawdę to przestroga: jeśli okaże się, że to właśnie ten niefortunny strzał zamknął "The Reds" drogę do finału Ligi, nie zaznasz Ty spokoju w Liverpoolu.