Ranny Messi, radosny Fabregas i czuły Rooney, czyli kilka fotek z Ligi Mistrzów

Po serii wczorajszych meczy, pożegnałyśmy się z czteroma zespołami, którym udało się dotrzeć do 1/8 finału Ligi Mistrzów. wśród nich był, niestety, Celtic z Arturem Borucem. Z tego powodu w dalszych fazach rozgrywek nie zobaczymy już prawdopodobnie żadnego Polaka. Chyba że stanie się cud i na murawę zostanie wpuszczony na przykład Kuszczak lub Fabiański. Ale raczej nie powinnyśmy się łudzić.

 

 

Najbardziej emocjonujące, mimo braku jakichkolwiek uwielbianych przez nas gwiazd, okazało się spotkanie pomiędzy tureckim Ferenbahce a Sevillą, ostatecznie wygrane przez tych pierwszych w karnych (3:2). Szkoda tylko, że żadnej z tych drużyn nie kibicujemy, bo mogłybyśmy sie wręcz podekscytować. Niczym latający bramkarz Turków.

 


Drugi z meczy to łatwe i pewne zwycięstwo Machesteru United nad Olympique Lyon (z najlepszym strzelcem ligi francuskiej, Karimem Benzemą) 1:0. Bramkę strzelił oczywiście Ronaldo (30. gol w sezonie). Naszym zdaniem po to, by po raz kolejny odwrócić uwagę świata od kiepskiego uczesania. Nie umniejszyło to radości Wayna Rooney, który, jak zwykle, w przypływie entuzjazmu obejmował Portugalczyka z miłością, której nigdy nie zuważyłyśmy w oczach Anglika w obecności narzeczonej.

 

Trzeci mecz to własnie Celtic z Barceloną. Szkocki klub od początku był spisywany na straty, tym bardziej, że pojedynek miał miejsce na Camp Nou. No i wszystko przebiegło bez niespodzianek - zawodnik katalońskiej drużyny Xavi pokonał Boruca (kiedy wreszcie Polak okaże się nieomylny i będziemy mogły być z niego jeszcze bardziej dumne?), Ronaldinho miał powody do radości, my trochę mniej. Tym bardziej, że przez najbliższy czas nie zobaczymy w akcji Leo Messiego, który doznał wczoraj ciężkiej kontuzji. Serca nam się krajały, gdy Argentyńczyk łkając schodził z boiska.

 

 

 

 

I otatnie starcie: Arsenal - Milan. Pato czy Bendtner? Kaka czy Fabregas? Same nie wiedziałyśmy, komu kibicujemy, tak więc wynik spotkania jednocześnie wprawił nas w zachwyt i załama. No, może nie do końca. Włoska piłka to jednak nie to samo, co futbol z wysp. Tak czy inaczej, bardzo nam się podobało.