All-Star Game w NBA

Światła jupiterów, niezwykły gwar, szalone tempo gry, niezliczona liczba niesamowitych, zapierających dech w ciachowych piersiach akcji. Do tego dużo luzu i uśmiechu oraz, co istotne z naszego punktu widzenia, kilogramy mięśni. Coroczne spotkanie drużyn gwiazd ze wschodniej i zachodniej konferencji NBA odbyło się w ostatni weekend w Nowym Orleanie. W starciu zwyciężyła drużyna ze Wschodu, ale to nie tryumf w spotkaniu był najważniejszy. Ważne, że zabawy, jak zwykle, było co nie miara, a my, podekscytowane kibicki koszykówki, mogłyśmy oglądać pojedynki największych obecnie w amerykanśkiej lidze. Było warto. I niech zczubaki sobie mówią, co chcą.

 

 

Mecze gwiazd NBA to przede wszystkim wielkie spektakle i strzeleckie festwiale, które niezmiennie przypominają, dlaczego kochamy tę grę. Maestria zagrań jak zawsze rzuca na kolana. Spektakularne wsady sprawiają, że szczęki opadają nam z wrażenia. A ci faceci...wielcy, męscy, rewelacyjni. Pociągający. Przez jeden weekend w roku ma się wrażenie, że cały testosteron tego świata kumuluje się w tej garstce zawodników.

 

Najbardziej wartościowym graczem spotkania ogłoszono Le Brona Jamesa z Cleveland Cavaliers, który zdobył 27 punktów. LeBronowi mówimy zdecydowane "tak". Nawet jednak ci, którzy w grze nie brali udziału (patrz: Kevin Garnett, jakże seksowny w swoim doskonale skrojonym garniturze) lub prawie nie brali udziału (patrz: Kobe Bryant i jego nieco ponad dwuminutowy występ oraz niezbyt seksowny dodatek w postaci opatrunku na ręce) bez wątpienia emanowali jakimiś niesamowitymi fluidami. Koszykarze, a szczególnie najlepsi koszykarze świata, są po prostu najlepsi.

 

I nieważne, że z reguły umieramy z zachwytu nad piłkarzami. Ten jeden weekend w roku...