Emile Heskey, prawdziwy pechowiec

W reprezentacji Anglii nie rozegrał żadnego meczu od blisko trzech lat. Ostatni raz wybiegł na boisko w narodowej koszulce w trakcie portugalskich mistrzostw w 2004 roku. Ale w końcu wrócił, pokazał się z bardzo dobrej strony w spotkaniu przeciwko Izraelowi, świetnie prezentując się u boku Michaela Owena, a teraz... znowu wypadnie ze składu.

 

 

Nie dlatego, że trener Anglików Steve McClaren nie widzi dla niego miejsca w drużynie, ale z powodu poważnej kontuzji, jakiej nabawił się w miniony weekend w meczu ligowym przeciwko Fulham. Napastnik Wigan prawdopodobnie wypadnie z gry na 6 tygodni, bo lekarze podejrzewają u niego złamanie kości śródstopia. O grze w meczach eliminacyjnych do Euro 2008 z Rosją i Estonią może na razie pomarzyć.

 

Sam Emile jest załamany. - Czuję się tak, jakby ktoś złamał mi serce. Ciacha potrafią to zrozumieć. Facet zdążył znowu poczuć atmosferę meczów w barwach drużyny narodowej. Po spotkaniu z Izraelem publiczność żegnała go owacją na stojąco. To musiało zrobić na nim wrażenie. Zwłaszcza, że wcześniej ludzie raczej nie doceniali jego umiejętności trochę się z niego śmiejąc. Znana była na Wyspach piosenka: ''If Heskey can play for England, so can I''(czyli po prostu ''Jeśli Heskey może grać w reprezentacji, to i ja mogę''). Mając taką opinię, trudno czuć się komfortowo. A teraz został doceniony i nawet w obliczu powrotu do zdrowia Wayna Rooneya mógł mieć nadzieję, że jednak będzie występował w podstawowym składzie.

 

Przykra sprawa, bo jeszcze kilkanaście godzin wcześniej piłkarz w rozmowie z jednym z dziennikarzy, zapowiadał, że zrobi wszystko, by zostać w drużynie ''Synów Albionu'' jak najdłużej...

 

Ale może jeszcze nie wszystko stracone?