Mamy mistrza świata!

W ostatnim czasie Ciacha zainteresowały się gimnastyką sportową. Jak nie trudno się domyślić tą w wykonaniu panów szczególnie. Znowu miałyśmy chyba jakieś przeczucie, bo choć pisałyśmy o gimnastykach zagranicznych o Polakach nie wspominając, to niejako wywołałyśmy ich do tablicy.

 

Może nie ''ich'', jednego, Leszka Blanika, brązowego medalistę Igrzysk Olimpijskich z Sydney, o którym świat ponownie usłyszał na mistrzostwach świata w Stuttgarcie. Polak wywalczył złoty medal w swojej koronnej konkurencji - skoku, zostawiając w tyle Daniela Popescu z Rumunii oraz Koreańczyka z Północy - Se Gwang Ri.

 

 

Sukces ogromny a tym cenniejszy, że dzięki zwycięstwu Blanik uzyskał kwalifikację olimpijską i już za rok, pomimo 30 lat na karku, może być w Pekinie jedną z ''polskich medalowych szans''. Tym bardziej, że cztery lata temu do Aten nie pojechał z powodu faworyzującego najsilniejsze federacje systemu kwalifikacji, co do dzisiaj uważa za swoją największą sportową porażkę.

 

Leszek to bardzo utytułowany sportowiec, o czym może mało kto wie (cóż, niestety, ale gimnastyką pasjonujemy się raz na cztery lata, licząc, że może chociaż w tej dyscyplinie uda się biało - czerwonym zamieszać i coś wygrać). Był już wicemistrzem Europy w skoku przez konia, dwukrotnym srebrnym medalistą mistrzostw świata - raz w 2002 również w skoku przez konia oraz dwa lata temu w skoku, ma też na swoim koncie złoto mistrzostw świata z 2006 (oczywiście w skoku).

 

Co ciekawe, jest pierwszym polskim zawodnikiem, którego nazwę nosi jeden z elementów gimnastycznych. ''Blanik'', czyli skok - przerzut (podwójne salto w przód w pozycji łamanej), zapisany został przez Międzynarodową Federację Gimnastyczną pod numerem 332.

 

Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec. Jego idolem jest - o dziwo żaden gimnastyk, a nieżyjący już kierowca formuły 1, Brazylijczyk Ayrton Senna. Najchętniej trenuje w rytm muzyki zespołu Bon Jovi, kierując się zasadą: ''Aby osiągać to, co możliwe, trzeba sięgać po to, co niemożliwe''.