Sport.pl

Lukas Podolski przedstawia: selfie weekendu, czyli co się działo w Premier League

Możesz iść do domu, Ellen.

Swoją drogą, czy któś by mógł wymyślić wreszcie jakieś dobre polskie określenie na "selfie"? "Słitfocia" nie do końca oddaje sprawę (na przykład w powyższej fotografii nie ma zbyt wiele "sweet", jest za to wiele ściekłej radości, triumfu i szaleństwa), "samojebka" jest po prostu brzydka, a "focia z rąsi" za długa. No ale zostawmy te językowe dywagacje i ponapawajmy się krzykiem Szczęsnego, Poldiego, Szczęsnego i Gobssa, oraz kawałkiem oka Mertesackera.

Za pomocą cyfrówki, czy raczej jakiegoś smartfono-ajfona panowie świętowali zwycięstwo w derbach Londynu, jak nas zresztą instruuje podpis w pięciu (sześciu?) językach.

Zwycięstwo było skromne (1:0 po golu Rosiciego w 2. minucie!), ale cenne - Arsenal utrzymał kontakt z liderem (cztery punkty straty do Chelsea) i zajmuje trzecie miejsce w tabeli. A nasz Wojtuś, choć cieszy się pięknie, powinien chyba postawić kolegom z obrony duże piwo z pączkiem, za to, że dwukrotnie uratowali go po nienajlpeszych, łagodnie mówiąc, interwencjach. No ale trzy punkty są, słitfocia (no już niech bedzie) jest, wynik poszedł w świat.

Zanim Arsenal wygrał derby, Liverpool wygrał klasyk, czyli spotkanie z Manchesterem United. Kibicujące Manchesterowi redaktorki już dawno nie mają łez i w zasadnie to trzymały nawet po cichu kciuki za Gerarda strzelającego kolejne karne, albowiem, co powtarzamy już od wielku kolejek - David Moyes musi odejść, a im szybciej to nastąpi, tym lepiej dla MU.

Jak widać balowanie graczom The Reds nie zaszkodziło, Gerrard prawie skompletował hat-tricka z rzutów karnych (stzrelił dwa, trzeciego już nie), a bramkę na 3:0 dołożył od siebie Luis Suarez. Inna sprawa, że tego trzeciego karnego, jak i czerwonej kartki dla Vidicia nie powinno być, ale nie zmienia to za bardzo słabej postawy Czerwonych Diabłów. Ech, na co nam przyszło?

Przynajmniej szatniowa fotka celbracyjna fajna:

No i Stevie całujący kamerę też fajny:

A biedny Daniel Agger skończył całą imprezę z paskudnym siniakiem. I to wcale nie łokcie Phila Jonesa czy innego Nemanji Vidicia mu go zafundowały, ale bramkarz Liverpoolu Simon Mognolet. "With friends like this who needs enemies?" zapytał retorycznie Daniel na Twitterze.

Pisałyśmy na początku, że Arsenal utrzymał kontakt z liderem, ale to też trochę dlatego, że lider poczekał, czyli mówiąc wprost - stracił punkty. Chelsea przegrała na wyjeździe 0:1 z Aston Villą, w dodatku kończąc mecz w dziewiątkę. Z boiska wyleciał Willian (niesłusznie) i Ramires (słusznie). Co po tym wszystkim miał do powiedzenia The Special One?

Więcej o: