Trochę naszych luźnych przemyśleń i nieśmiałych zachęt do wybrania się na "Wyścig"

Byłyście już? Widziałyście? Jak Wam się podobało?

Film "Rush" ("Wyścig") opowiadający o rywalizacji dwóch legend Formuły 1 na ekrany polskich kin wszedł na początku listopada, tak się jednak jakoś złożyło, że "formułowa" część redakcji miała okazję zobaczyć go dopiero w zeszłym tygodniu. Jako, że jest to kino (teoretycznie) sportowe, a na ekranie przewijają się ładni panowie, postanowiłyśmy podzielić się swoją opinią na temat "Wyścigu" oraz (mimo naszych kilku marudzeń) zachęcić do wybrania się na seans.

Lilla My:

Ach te błękitne oczęta Chrisa Hemswortha... i od razu wyprawa na "Wyścig" staje się obowiązkowa.

Ale żeby nie było, że jesteśmy takie powierzchowne - film ma też inne pary oczu zalety. Po pierwsze są świetne ujęcia wyścigów, które ogląda się z zapartym tchem, a nawet pewnego rodzaju zdenerwowaniem, mimo że wszystkie przecież świetnie wiemy, jak to się skończy (a jak ktoś nie wie, to Wikipedia zawsze służy pomocną dłonią).

Po drugie fajnie wypada porównanie tego, jak wyglądała F1 40 lat temu z tym, co mamy obecnie: pit stopy są niczym troszkę bardziej przyspieszona wizyta w wulkanizacji, mechanicy chodzą wokół bolidów, kierowca idzie na kawę gada z inżynierami. Lata świetlne od współczesnych 3 sekund.

Do tego mamy kierowców przechwalających się publicznie, że to akurat oni są najlepsi, a także butelki i papierosy przed kamerami. Wyobrażacie sobie tę nagonkę, która by się rozpętała, gdyby Kimi zechciał dziś udzielić wywiadu z flaszką w ręku, albo gdyby Sebastian powiedział, że wygrywa, bo jest dużo lepszy od np. Lewisa albo Fernando? Niby wiemy, że się pozmieniało na tym świecie, niby o Jamesie Huncie słyszałyśmy to i owo, ale zobaczyć to na filmie to jednak co innego niż poczytać suche fakty.

Z minusów mamy wszechogarniający patos, który przebrzmiewa od pierwszych taktów muzyki i nie kończy się do ostatniego zdania, są też liczne hollywoodzkie zagrywki, a schemat pogania schematem. Niby film na faktach, więc nie powinnyśmy mieć zastrzeżeń do historii, ale na potrzeby popkultury to i owo zostało zapewne podkolorowane, pominięte czy nieco zmienione. Mi osobiście brakowało też czegoś więcej o Laudzie, a dokładniej o jego dokonaniach. Film skupia się na sezonie 1976, który zakończył się zwycięstwem Jamesa Hunta. Miałam wrażenie, że wcześniejszy sezon został potraktowany bardzo zdawkowo i chyba tylko po to, żeby poinformować ewentualnie nieświadomego widza, że Lauda zaczynał sezon 1976 jako broniący tytułu mistrz świata. Zresztą i późniejsze losy obu naszych bohaterów zostają przedstawione w skrócie - dowiadujemy się pokrótce jak skończył James i słyszymy, że Lauda został ponownie mistrzem świata, ale dokonania tego drugiego są gdzieś tam wciśnięte i jakby tracą na ważności, a przecież wygrał w kolejnym roku dla Ferrari, a potem jeszcze raz po powrocie z emerytury, tym razem dla McLarena.

To co przebija w filmie, szczególnie na koniec, to jednak większa uwaga przykładana do Jamesa i jego oczu zmarnowanego nieco talentu. Ale nawet mimo tego, że wszystko to takie troszkę po łebkach i troszkę polukrowane, to narzekać nie będę - co tu dużo mówić, dobrze się w te oczy patrzy to ogląda, więc polecam nie tylko fankom F1.

Ruby blue:

Jeśli ktoś po obejrzeniu filmu zapytałby mnie czy mi się podobało i czy polecam, odpowiedziałabym: tak i tak. "Wyścig" oglądało mi się raczej miło, z większym bądź mniejszym zaangażowaniem w to co dzieje się na ekranie, ale na pewno się nie nudziłam.

ALE:

1) Film jest trochę przegadany, a dialogi miejscami strasznie kwadratowe. Szczególnie te prowadzone przez dwójkę głównych bohaterów. W każdej, absolutni każdej rozmowie widzowi zostaje nawet nie tyle podane, co jest on obrzucony tacą z informacją o tym jaki to Hunt nie jest zblazowany, przebojowy, wyluzowany, a Lauda sztywny, aspołeczny, zasadniczy, nikt go nie lubi i tak dalej. Pojęliśmy to za pierwszym razem, naprawdę. Film miał opowiedzieć o relacji dwóch wielkich rywali, a ja miałam wrażenie, że tak naprawdę niewiele się o niej dowiedziałam (to, że scenarzyści zdecydowali się pominąć fakt, że Niki i James w początkach kariery mieszkali razem w Londynie, raczej nie pomogło).

2) Chris Hemsworth. Tak, wiem, wygląda i chętnie sama bym mu jakąś ranę opatrzyła...

Ale aktorem to on jest jednak trochę drewnianym. Zestawienie tego z kwadratowymi dialogami sprawiło, że James Hunt w jego interpretacji wypadł strasznie jednowymiarowo, a wręcz...antypatycznie! Serio. Gdzieś w połowie filmu przyłapałam się na tym, że "kibicuje" Laudzie, który zdawał się być o wiele bardziej ludzki i, po prostu, interesujący.

Daniel Bruhl z Nickim Laudą poradził sobie za to świetnie, i mówcie co chcecie, ale takim "szczurem" to ja bym nie wzgardziła.

3) "Wyścig" jest jednak filmem robionym perfekcyjnie od foremki hollywoodzkiego hitu. Przyznaje, że nieco mnie to momentami irytowało, ale szybko karciłam się w myślach, że przecież historia Laudy i Hunta taka właśnie była. Okazało się, że moje obawy podzielał sam Lauda, który (co przeczytałam już po obejrzeniu filmu) był pozytywnie zaskoczony brakiem takich właśnie hollywoodzkich sztuczek i upiększeń. Były kierowca, który miał mocny wkład w tworzenie scenariusza, ocenił, że "Wyścig" jest rzetelnym odzwierciedleniem tego co działo się wówczas na torze i w jego życiu.

Dlaczego, mimo wszystko, uważam, że warto? Historia opowiedziana jest w barwny i żywy sposób, nie można się nudzić, cała otoczka i klimat panujący w tamtych latach w padoku oddany jest bardzo fajnie, naprawdę można się poczuć na chwilę jak w latach 70-tych. Sceny wyścigów, mimo, że nieliczne (za mało!), zrealizowane są świetne, trzymają w napięciu, przyznaje, że podczas sekwencji wielkiego powrotu Laudy na tor we Włoszech miałam ciarki na plecach.

Jeśli jeszcze nie widziałyście - wybierzcie się do kin koniecznie. Jeśli już to zrobiłyście, bardzo jesteśmy ciekawe waszych opinii!

Więcej o: