Coś Ty Kanonierom uczynił, Robinie?

Jeden dzień, jeden gol, a w życiu jakby smutniej. To znaczy, komu smutniej, temu smutniej, niektórym pewnie weselej. Czyli Manchester pokonuje Arsenal w hicie kolejki.

O ile Arsenal, co już pisałyśmy wielokrotnie, przeżywa jakiś przedłużony miesiąc miodowy, o tyle Manchester United, po odejściu Sir Alexa Fergusona, radzi sobie, tak jak wszyscy się spodziewali, że radził sobie będzie, czyli mocno tak sobie. No i co do spodziewania właśnie, to spodziewać mozna się było, że w tej sytuacji Arsenal przyjedzie na Old Trafford po formalnościowe trzy punkty, a fani Kanonierów znów będą mogli zaśpiewać same wiecie co.

No ale przecież mówimy tu o Arsenalu, Manchesterze, Old Trafford i lidze angielskiej, nic nie mogło więc pójść zgodnie z planem. A cios przyszedł z najmniej, a może własnie, paradoksalnie, najbardziej spodziewanej strony czyli od Robina van Persiego, który dopuścił się freudowskiego mordu na ojcach, w tym przypadku personifikowanych za pomocą Wojtusia Szczęsnego. Dobra, może nie wchodźmy w szczegóły tej nienajszczęśliwszej matafory, bo robi się dziwnie. W każdym razie gol był jeden jedyny, po stałym fragmencie gry (co przynajmniej niektóre z nas, jako fanki MU dość mocno martwi), zwycięski:

RVP nie widział zaś nic niestosownego w tym, żeby po bramce odstawić dziki popis radości.

My nie winimy go, ani nie osądzamy, ale jego byli koledzy z drużyny już chyba tak:

 

No cóż.

Arsenal grał zresztą przez cały mecz bardzo ładnie i przyjemnie dla oko, Manchester zresztą też, ale wiecie drogie dziewczęta, to jest ten moment, w którym przywołujemy na pomoc stare wyświechtane zwroty komentatorskie, takie jak np: "tu nie ma ocen za styl", albo "liczy się to co w sieci". No a poza tym oglądało się bardzo przyjemnie, z wyjątkiem mrożącego krew w żyłach momentu, gdy Phil Jones skacząc do piłki (do piłki? Hmm...) zderzył się z głową Wojtusia, ten zaś padł bez ruchu na murawę.

Naprawdę zrobiło nam się w tedy dość strasznie, na szczęście Szczęsny podniósł się i dograł cały mecz do końca. Końca, którego nadejście, niczym za starych dobrych czasów, bardzo ucieszyło pewnego starszego pana na trybunach...