No i koniec. Mundial w Brazylii bez nas

Niby się tego spodziewałyśmy, niby byłyśmy na to przygotowane, a jednak smutek jest.

Smutek jest, bo nie chodzi nawet o to, że Polacy przegrali z Ukrainą na wyjeździe, z Ukrainą, której towarzyszył dodający skrzydeł doping publiczności (srsly, ten hymn śpiewany przez chór kobiecy, w wersji dla nas przypominał kolędę, ale w wersji dla nich... ciary), ale o to, że co by pan Borek nie mówił o "dyscyplinie taktycznej" i "szukaniu dobrej gry przez długą piłkę", Polacy ani przez chwilę (no dobrze, może zaledwie przez chwil kilka), nie pokazali, że im zależy. Na czymkolwiek. Już nawet nie na mundialu, ale choćby na udowodnieniu kibicom, że nie mają ich... same wiecie gdzie.

Ale przecież odpadliśmy już dawno temu, remisami z Czarnogórą i Mołdawią, porażką u siebie z Ukrainą... Wygrać potrafiliśmy w dwumeczu tylko z San Marino, raz sztuka ta udała się nam z Mołdawią.

Smutek i czarna rozpacz, ale też bezsilna złość, bo przecież mamy naprawdę zdolne pokolenie piłkarzy. Najzdolniejsze od lat. Bo przecież kiedy ostatnio było tak, że niemal każdy powołany był podstawowym graczem solidnego europejskiego teamu? Ba, niektórzy są nawet gwiazdami znanymi na całym kontynencie. I co z tego, skoro po przyjeździe do Polski zamieniają się w jakąś no... ten tego... gąbczastą amebę. Marnujemy ten potencjał. Więc może w końcu ktoś się obudzi, działacze przyjmą ten od dawna kapiący na ich głowę zimny prysznic z pokorą i jako bodziec do działania, może znajdą nam trenera, który będzie potrafił wykorzystać potencjał Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, Krychowiaka czy (zdrowego) Piszczka.

A że w Brazylii nas nie będzie? To smutne i nie pocieszą nas argumenty, że i tak wrócilibyśmy do domu po trzech meczach. Mundial to jednak mundial. Z drugiej strony w RPA też nas nie było, a było fajnie. Prawda? Na razie jeszcze szukanie jasnych stron odpadnięcia wydaje nam się tańcem na grobie, nad którym tańczyć nie chcemy, mamy tylko nadzieję, że osiągnęliśmy już to dno, od którego się odbijemy.