Sport.pl

A co tam słychać u naszego ulubionego Dżolero?

A no nic, takie tam sesje, przenoszące słowo "dżolerowatość" na, jakby to powiedział Mateusz Borek "jakiś zupełnie inny poziom".

Tęsknimy za Davidem Villą, tęsknimy, choć może tego nie okazujemy. No ale dlaczego tęsknimy, skoro jest tuż obok nas, w tej samej Primera Division, ba, w zespole, który własnie pokonał Real? Skoro wciąż ma przecinek, zawadiacko-rozczulający uśmiech, hektolitry żelu na lśniącoczarnych,  miglancowatych włosach i całą swoją, jedyną w swoim rodzaju Villusiowatość? No nie wiemy, jakoś tak się składa, może to fakt, że jego główna idolka, adoratorka i piewczyni, czyli red. marina przebywa na erasmusowym wygnaniu, a może kwestia tego, że ciągle nie wkręciłyśmy się jeszcze w nowy sezon, nie ważne, ważne, że teraz jest najlepsza pora, żeby sobie o Davidzie przypomnieć, bowiem strzelił on sobie kilka wartych dostrzeżenia i skomentowania foci w magazynie XL Semanal, jak na przykład ta:

Dżinsowa koszula? Zamszowa kamizelka? Dżinsowe, połatane spodnie ściągnięte z nóg farmera środkowoamerykańskiego czasów wielkiego kryzysu? Jesteśmy w dżolerowatym niebie!

A może wolicie anturaż: chłopak z gitarą, czarna marynarka i czerwone wiosło mocy? Proszę bardzo!

Ale o co chodzi, czyżby gitara była "Passion secreta" naszego Villusia?

Chyba, ale jakoś nie miałyśmy siły wrzucać całego wywiadu z Davidem i Danim Martinem do translatora. Tak na oko wygląda na to, że David i Dani Martin, hiszpański piosenkarz, poznali się pewnego razu na koncercie/po koncercie i zapałali do siebie wielką sympatią. A Dani Martin jest też przyjacielem Fernando Torresa, no przecież, Nando nawet wystąpił mu w teledysku, pamiętacie?

O Jezu, młody Nando, dajcie nam chwilę, musimy dojść do siebie.

Więcej o: