Ten tekst miał się nazywać "Bieg She Runs The Night przez różowe ciachookulary"

...ale impreza była sama w sobie tak różowa, że nawet nie trzeba było dodawać jej bardziej kobiecego odcienia.
Historia o tym jak nadworna malkontentka Ciach red. Lilla My biegnie w biegu zdawałoby się skrojonym na nasze potrzeby i....

...nie jest zadowolona.

Zanim ten kobiecy bieg się w ogóle odbył, musiał pokonać niejedną przeszkodę - w wyznaczonym terminie na Warszawę spadł gniew boży w postaci urwania chmury, zalewając skutecznie większość stolicy, topiąc samochody i zmuszając organizatorów do odwołania zawodów. Kataklizmu tego nie uznano jednak za niechybny znak, że kobiety biegać nie powinny i bieg zorganizowano trzy tygodnie później. Bo my gorsze nie jesteśmy i biegać też umiemy.

po burzy

 

 

I tylko trochę się wszystkim rozczarowałam. Bo widzicie. obiecali mi mega atrakcje, cuda i niewidy. I wszystko niby było, ale jakoś tak w okrojonym zakresie. W końcu jeśli na 6000 uczestniczek w "spa paznokci" pracują 3 (trzy!) manicurzystki to wiadomo, jak łatwo się do nich dostać. A ja się tak nastawiłam na pomalowanie paznokci w "kolorze biegu"! Wyobrażałam sobie je już piękne mieniące się co najmniej wszystkimi barwami tęczy, która potem okazała się co prawda litym różem, ale co to dla mnie za różnica, skoro i tego różu nie dostałam. No i po co zmywałam w domu od rana lakier? (Różowy!).

 

Ale zapomnijmy o tych nieszczęsnych paznokciach. Dostałam kawę za darmo, skorzystałam z hotspota, wrzucając zdjęcia na fejsa (jak lans to lans) i jeszcze najadłam się batoników, którymi wypchałam sobie wszystkie kieszenie (jak dają, to grzech nie skorzystać.). No i poszłam do stylistki (tak!), która na stoisku z odzieżą sportową wybrała mi ubrania, w których będę jej zdaniem najlepiej wyglądać. Trzy minuty wcześniej wybrałam sobie dokładnie ten sam zestaw. Może zmienię profesję? Mam teraz zdjęcie z polaroidu na ściance w swojej stylizacji (szał, nie?).

 

Przejdźmy jednak do samego biegu. jako przedstawicielka najbardziej różowego sportowego portalu w tym kraju powinnam być zachwycona. A jednak. cały czas nie mogłam pozbyć się wrażenia, że traktuje się mnie jak, nie przymierzając, głupka, który nie ma zielonego pojęcia o bieganiu. Zupełnie jakby bieganie było dostępne tylko dla mężczyzn, a tu nagle my dziewczyny otrzymujemy szansę zobaczenia, co to w ogóle jest. Najlepiej te moje odczucia podsumował tekst pana konferansjera: "Pamiętajcie, żeby się nie przemęczać. Musicie być piękne nie tylko przed biegiem, ale i po". A ja co? Nie byłam piękna nawet przed - dres, buciory do biegania, włosy w kucyk ściągnięte. Żadnego makijażu, żadnych kwiatów we włosach, żadnej spódnicy, żadnych balerinek, żadnego pudelka na smyczy do towarzystwa (wszystko true story). Uboga krewna, mówię Wam.

 

SRTN

 

W końcu udało nam się ruszyć na trasę z jedynie półgodzinnym opóźnieniem, bo zanim ruszyłyśmy, trzeba było zrobić falę meksykańska, pomachać ręką, podskoczyć, pomachać nogą, krzyknąć i wykonać milion innych poleceń, okazując swój entuzjazm (który nota bene w moim wypadku znacznie osłabł na skutek niekończącego się oczekiwania na start). Koniec tego malkontenctwa jednak - bieg był naprawdę fajny, choć cały dystans pokonywałam w tłoku, który trochę utrudniał zadanie. Poza przepisowymi 5 km chętne mogły zaliczyć dodatkowe trzy pętle - pętlę energii, na której grano nam na bębnach, pętlę światła z fajnym podświetleniem murów na warszawskiej starówce i chińskimi lampionami (szkoda tylko, że nie podświetlono garbów na ulicy, bo, jak część z Was pewnie wie, ulice na starówce pokryte są kocimi łbami, a jak na tych kocich łbach są dodatkowo porobione garby, a ty biegniesz w tłoku to o potknięcie nietrudno. Koniec narzekania, przysięgam!) oraz pętlę przyspieszenia zakończoną sprintem na 60 metrów. Łącznie z pętlami bieg wydłużył się do 6,5 km, a zakończył na czerwonym dywanie, za którym czekali na nas panowie w garniturach i muszkach (i obuwiu sportowym), z którymi można było się sfotografować - na ściance oczywiście. Wszystko w końcu odbywało się pod hasłem "Każda z nas jest gwiazdą" (taki napis znajduje się na plecach mojej koszulki i co tu dużo ukrywać - skutecznie odstrasza mnie od biegania w niej na co dzień) i tylko ja niemądra nie skusiłam się na zdjęcie z przystojniakiem.

 

Może jednak w głębi serca wcale nie jestem taka różowa.