Londyn 2012. Jan Mela: Czasem nawet proteza nie pomoże. Ważne, by nie czuć się ofiarą

- Czekało mnie życie kaleki, człowieka zepchniętego na ubocze, który czego by nie zrobił, to wiele nie osiągnie, bo już ma przekichane. Ktoś odgórnie ustalił, że twoja praca jest nieważna, twoje życie jest nieważne, nic nie osiągniesz. Można powiedzieć sobie: jesteś życiową ofiarą. Ale można też inaczej. Można żyć na maksa - powiedział Sport.pl Jan Mela, który w sobotę 21 lipca pobiegł w Londynie z ogniem olimpijskim.
W 2002 roku Jan Mela, mając 13 lat, uległ ciężkiemu wypadkowi. Schronił się przed deszczem w niezabezpieczonym budynku stacji transformatorowej - poraził go prąd o napięciu 16 000 V. W wyniku porażenia lekarze zdecydowali o amputacji lewego podudzia i prawego przedramienia. Polska poznała Jana Melę w 2004 roku, kiedy wraz z Markiem Kamińskim zdobywał obydwa bieguny. Został najmłodszym i jedynym niepełnosprawnym na świecie, który tego dokonał. Później zdobył szczyt Kilimandżaro i Elbrusu oraz przebiegł nowojorski maraton. W 2008 roku założył fundację ''Poza horyzonty'', która pomaga osobom niepełnosprawnym. W Londynie, dzięki wsparciu Samsunga, pobiegł w 26 osobowej polskiej grupie, która niosła ogień olimpijski.



Czym dla ciebie jest bieg z pochodnią?

Jan Mela: Możliwość przyjechania w tym czasie do Londynu, spotkania się z ludźmi z bardzo różnych bajek to coś niesamowitego. Mamy tutaj pisarkę i podróżniczkę - Beatę Pawlikowską, mamy osoby z showbiznesu, które są na pierwszych stronach gazet, czyli Martę Żmudę-Trzebiatowską i Michała Żebrowskiego. Mamy sportowców jak Artur Partyka i Mariusz Czerkawski, dziennikarza Przemysława Babiarza. Mamy osoby z konkursu facebookowego. Ja lubię obserwować, więc dla mnie to niesamowita sprawa. Sam bieg daje nam możliwość pokazania siebie. Ludzie wymyślają różne rzeczy, by zapaść w pamięć. Ktoś pół dnia obmyślał jakie ruchy wykonać. Uśmiechnąć się, czy pomachać, a może zrobić salto? Ktoś biegnie zamyślony, spoglądając w środek siebie. Każdy z nas udziela wywiadów do telewizji lokalnych i międzynarodowych. Każdy ma coś do przekazania. Ja chcę pokazać innym, że bez względu na swoje życiowe doświadczenia i położenie, trzeba być optymistą, bo to nam dodaje masę energii. Trzeba wierzyć w siebie i iść do przodu, bo jeżeli mi po wypadku i stracie ręki i nogi udało się zrobić dużo fajnych rzeczy, to znaczy, że każdy może spełniać swoje marzenia. Ja uważam, że mając 23 lata dopiero zaczynam swoje życie. Ważne, by nie czuć się ofiarą.

Pamiętasz ten dzień 8 lat temu kiedy przyjechałeś z bieguna?

Było dziwnie. Miałem 15 lat i nie spodziewałem się tego zamętu. W ogóle nie wiedziałem, czy uda się zdobyć ten biegun, bo było strasznie ciężko. Najbardziej optymistyczna wersja - zdobywamy biegun, wracamy do Polski i pójdzie jakaś notka prasowa, o tym, że zdobyli, Kamiński z kimś tam. Tymczasem na lotnisku czekała masa ludzi, masa reporterów, telewizja. Wróciliśmy pod koniec kwietnia i cały dzień byliśmy w Warszawie. Cały dzień nagrań, dla TVN-u to, dla Polsatu tamto, dla TVP coś innego. Szok. Ja taki gówniarz, a z drugiej strony stoi wielu reporterów i każdy mnie słucha. Pierwszy dzień uświadomił mi, co może się dziać dalej.

I co zaczęło się dziać?

Wywiadów było coraz więcej. Zapraszano mnie do szkół, do szpitali. Na początku były to spotkania na zasadzie - posłuchajcie naszego gościa, który gdzieś tam był. Potem zobaczyłem, że to, czego naprawdę pragnęli ludzie, to nie fakty. Nie ważne było dla nich ile miałem lat, jak wysoka była góra, ile dni, ile godzin trwała wyprawa. Chcieli słuchać o moich uczuciach. Jak sobie dawałem radę z przeciwnościami losu, jak sobie poradziłem z niepełnosprawnością. To były intymne rzeczy. Wtedy zrozumiałem, że wszystko kręci się wokół nadziei, energii do życia. Ludzie są w podobnych sytuacjach, choć niekoniecznie są niepełnosprawni. Z jakiegoś powodu są odepchnięci od swojego celu i potrzebują, żeby ich popchnąć. Zobaczyłem, że mam taką możliwość. To doświadczenie, które z początku traktowałem jako coś złego, okazało się wartościowe. No i zacząłem to wykorzystywać jako narzędzie do pracy.

Założyłeś fundację.

Na ten pomysł wpadłem dawno temu. Wiedziałem, że chciałbym wykorzystywać moje doświadczenia w głębszy sposób. Pierwszy krok został postawiony. Spotkania na których gość opowiada o biegunach, lubimy to, jest fajnie. Potem zobaczyłem, że można iść krok dalej. Z biegunów jako celów geograficznych można zrobić symbole pokonywania swoich słabości. I dalej. Skoro spotkałem osoby niepełnosprawne, które potrzebowały narzędzia do spełnienia swoich marzeń, trzeba było zrobić coś konkretnego. Dlaczego nie zacząć zbierać pieniędzy, wejść we współpracę z firmami protetycznymi, szukać sponsorów? Potrzebna była fundacja.

Miałeś 19 lat i nie znałeś się na tym.

Spotykałem się z wieloma osobami, które robiły to od lat. Z Owsiakiem, Dymną...Przywykłem szybko do tego, że gdziekolwiek się znajduję, zawsze jestem najmłodszy. Zdaję sobie sprawę, że jestem postrzegany stereotypowo, jako ten, który na czymś się nie zna, nie ma doświadczenia. Kiedy spotykam się ze sponsorem to wygląda to tak: pierwsze moje zadanie polega na pokazaniu, że nie jestem tak gówniarski i niedoświadczony, jak się wydaje na początku. Dopiero potem, przechodzimy do właściwej rozmowy. Nie jestem po trzydziestce, nie lubię garniturów, koszul zapiętych na ostatni guzik, krawatów. Nie ubieram się tak. Więc kiedy przychodzę luźno ubrany, mając 23 lata, wyglądając na 17, to robię słabe wrażenie i muszę włożyć dużo pracy, by to zmienić. Wiem o czym mówię i próbuję przekonać.

Fundacja działa od 4 lat. Co przez ten czas zrobiliście?

Przez te lata udało się pomóc ok. 30 niepełnosprawnych osobom - tak od początku do końca. Rozumiem przez to pomoc finansową, prawną i psychologiczną. Każda z nich jest ważna. Ja po wypadku, kiedy miałem 13 lat, czułem się jak człowiek, który stracił życie. Czekało mnie życie kaleki, człowieka zepchniętego na ubocze, który czego by nie zrobił, to wiele nie osiągnie, bo już ma przekichane. Ktoś odgórnie ustalił, że twoja praca jest nieważna, twoje życie jest nieważne, nic nie osiągniesz. Można powiedzieć sobie: jesteś życiową ofiarą. Ale można też inaczej. Żyć na maksa, robić rzeczy ekstremalne. Zauważyć co się ma, a nie to, co się traci. Bo to szczegóły. Jeden człowiek nie ma ręki i nogi, drugi jest leniwy, ale tego się nie zauważa. Nie mam pół ręki - każdy to widzi. Nie masz pół mózgu - to się tak od razu nie rzuca w oczy. Fundacja pomaga teraz ok. 50 osób, ale nie możemy pomóc wszystkim, bo nie mamy tylu środków.

Wybierasz komu pomóc?

Muszę. Rozdzielamy pieniądze pojedynczo. Nie ma dobrego sposobu na to, żeby ułożyć jasne kryteria przydzielania pieniędzy. Kim ja jestem, żeby powiedzieć: ty dostaniesz protezę, a ty nie? Większość protez, to sprzęt sprzed epoki. To protezy za 2-3 tysiące złotych, które dają możliwość chodzenia godziny dziennie. Taka proteza ma straszną wagę i jest w ogóle nie podobna do nogi. Ja mam protezę za 40 tysięcy złotych i mogę sobie pozwolić na chodzenie cały dzień. Jak mam długie spodnie to nawet nie widać, że to proteza. Biegam, skaczę, wspinam się, przebiegłem maraton. Zapominam, że nie mam nogi. Ale jeśli ktoś nie ma takiej protezy, to nie może o tym zapomnieć. Osoby, które się do nas zgłaszają, potrzebują protezy by pójść do pracy, pójść na studia, bo w najtańszej protezie po godzinie obciera ci nogę i jesteś wyłączony z codziennego życia. A więc wiele z tych osób potrzebuje protezy, by żyć normalnie. Taka proteza kosztuje od ok. 20 do 100 tysięcy złotych. Ale nie ma się co oszukiwać - nawet proteza nie pomoże, gdy człowiek ciągle narzeka. Ja wolę się uśmiechać.

Ruszaj Pomagać!

Z okazji Igrzysk Olimpijskich Samsung przygotował specjalną aplikację na smartfony - Hope Relay, dzięki której każdy kilometr przebyty przez korzystającą z niej osobę pomaga dzieciom z SOS Wiosek Dziecięcych wyjechać na wakacje. Jak to działa? W skrócie - instalujesz aplikację (kliknij tutaj), zakładasz profil, wciskasz start, ruszasz się i zarabiasz pieniądze!