GloBall 2012. Jezioro Malawi

Od miesiąca jesteśmy non-stop w drodze. Ekstremalne warunki, 10 meczów, pora deszczowa, tropik, pustynia, skoki temperatury od 15 do 45 stopni w cieniu, różnice wysokości od zera do ponad 2000 metrów n.p.m., robale, 6000 kilometrów Afryki, atak wściekłego szakala, stresy i konflikty w zespole, usterki i awarie maszyn, kurz, okrutne drogi, tęsknota za rodzinami, ciągła praca nad filmem, relacjami i zaopatrzeniem
Ludzie dla których to robimy są wspaniali, robota potrzebna, ale to wszystko to siła dobrego na jednego - GloBall'a, nawet jedenastoosobowego. Oczywiście wszystko równoważy Afryka. Ale kiedyś trzeba choć na chwilę odsapnąć.

Dlatego po przekroczeniu granicy Tanzanii, pędzimy na jeden dzień nad jezioro Malawi. Jeden dzień na pranie, suszenie, wyspanie się, chwilę prawdziwego relaksu. Malawi jest niesamowite - to część wielkiego rowu afrykańskiego, chyba największej takiej formy tektonicznej na świecie. Ciągnie się ona przez kilka tysięcy kilometrów, a to jezioro ma jakieś 600 kilometrów długości. Słodka, ciepła woda po horyzont, piaszczysta plaża, brak insektów - żyć, nie umierać.

Ale z granicy jest tam kawał drogi. Dojeżdżamy w nocy, po prawdziwym Paryż-Dakar, podczas którego pomagamy kolejnej załodze rozbitego na wertepach motocykla. Tym razem tylko potłuczenia, więc po chwili jedziemy dalej. Wszyscy są strasznie zmęczeni, w żartach ustalamy, że camping "Crazy Crocodile", do którego zmierzamy, na pewno po afrykańsku okaże się nieczynny.

To samospełniająca się przepowiednia. Po ciemku dojeżdżamy do szlabanu, na którym wisi kartka "today is closed". Sorry, ale dziś nie przyjmujemy tego do wiadomości. Dzwonimy do "mistera" (właściciel campingu, nieobecny na miejscu Niemiec). Afrykański personel jednak wpuszcza nas na teren. Rozbijamy obóz i od razu się kąpiemy. To nasze pierwsze, i pewnie ostatnie już w Afryce, pływanie. Jest bosko.

Trochę boję się to pisać, bo w Polsce każdy przejaw naszego relaksu lub zabawy bywa odbierany "antymisyjnie". Ale co tam - to jest Social Travelling, a nie klasztor samobiczujących się sadomasochistów. Mamy prawo do chwili wypoczynku.

Ciąg dalszy artykułu znajdziesz na GloBall.pl »