Marcin Gadziński: A mnie jest żal

Marcin Gadziński: A mnie jest żal

Piszę w imieniu mniejszości, ludzi, którzy po drugim skoku Małysza w środę westchnęli: "Niestety!", i nie dołączyli do podskakującej w euforii większości.

W Wiśle na ulice wyległy tłumy. Tańczono, szampanem świętowano srebro Małysza. W mediach euforia, cała Polska się cieszy. Sam Małysz jest "niezwykle szczęśliwy" i mówi, że nie zamieniłby swoich dwóch medali na jeden złoty. W sondażu portalu "Gazety" ponad 70 proc. kibiców uważa, że srebro i brąz Adama to większy sukces niż złoto Wojciecha Fortuny z Sapporo.

Dlaczego wśród tych milionów, które ogarnęła euforia, są tacy jak ja, którzy oprócz radości, że udało się po 30 latach zdobyć wreszcie medale na zimowych igrzyskach, czują też niedosyt? Dlaczego byłem rozczarowany srebrem i brązem?

Adam Małysz wywołuje w nas ogromne emocje, a każda uwaga na jego temat, w której nie roi się od zachwytów i komplementów, jest traktowana niemal jak narodowa zniewaga. Znamy to doskonale w redakcji "Gazety". Większość naszych komentarzy, i słusznie, wychwala jego postawę, zagrzewa do walki. Ale kiedy pojawi się choć jedno zdanie, które jest "nie po linii", natychmiast odbieramy całą masę listów, telefonów i maili z pretensjami. Gdy Zdzisław Ambroziak, zakochany przecież w Małyszu po uszy, ośmielił się napisać, że Adaś przegrał z "19-letnim dzieciakiem ze Szwajcarii", odezwała się lawina oburzonych głosów, że Ambroziak deprecjonuje sukces bohatera.

A przecież nie jest tak, że my, "wątpiący", źle życzymy Małyszowi, nie chcemy jego sukcesów. Może nawet jest odwrotnie - po prostu chcemy ich troszeczkę bardziej niż inni. I chcemy, by te sukcesy były jak największe, by przeszły do historii.

- Aby przejść do historii, nie wystarczą same medale. Liczy się cała kariera. Wojtek Fortuna do dziś jest bohaterem jednego skoku. Potem nic już nie zdobył. A ja nie chcę być skoczkiem jednego konkursu - powiedział wczoraj Małysz.

Ale bardzo się myli. Jest dokładnie odwrotnie. Fortuna jest żywą legendą polskiego sportu. Za 30 lat, gdy "Gazeta" będzie przygotowywać dodatek przed kolejnymi igrzyskami zimowymi, nadal będziemy przypominać złoty skok Fortuny. Właśnie złoty, a nie srebrny czy brązowy. Strasznie się boję, że te następne 30 lat nie zmieni faktu, że to Fortuna jest jedynym polskim złotym medalistą zimowych igrzysk. I gdy urodzi nam się, daj Boże, jakiś nowy Małysz, znowu będziemy marzyć o olimpijskim złocie. Tak jak marzyliśmy przed Salt Lake City. O złocie, a nie o srebrze czy brązie.

Przed tymi igrzyskami mieliśmy ogromne oczekiwania. Małysz jechał do Salt Lake City jako aktualny mistrz świata, obrońca i lider Pucharu Świata, zwycięzca ostatniego konkursu PŚ przed igrzyskami. Jako Polak Roku 2001, zwycięzca wszelkich plebiscytów, człowiek, który wyniósł cały polski sport na poziomy zainteresowania, o jakich ten sport przez lata nawet nie mógł pomarzyć. Wierzyłem, że właśnie w Salt Lake City Fortuna przestanie być sam w olimpijskim panteonie. Że na szczycie Olimpu - zarezerwowanym wyłącznie dla złotych medalistów - będziemy mieli już nie tylko pewnego szczęściarza z Zakopanego, który nigdy potem nie zbliżył się do swojego wyczynu. Liczyłem, że na ten Olimp wedrze się prawdziwy mistrz, sportowiec, któremu nikt nigdy nie będzie mógł zarzucić, że oddał w życiu tylko jeden skok, a na dodatek pomógł mu wiatr. Małysz byłby takim mistrzem. Ale nie udało się. Stąd chyba właśnie ten niedosyt.

- Dla mnie każdy medal jest ważny. Czy ten z mistrzostw świata, olimpiady czy mistrzostw Polski - powiedział Małysz po ceremonii wręczania medali. Gdy tego słucham, mam wrażenie, że na złocie Małysza zależało bardziej nam niż samemu Małyszowi?

Ammann zaryzykował w drugim skoku i wygrał, jest dla mnie, wojownikiem, którzy przechodzą do historii sportu. Hannawald też postawił wszystko na jedną kartę. Przegrał - taki jest sport. Ale nikt mu nie zarzuci, że nie zrobił wszystkiego, by zdobyć złoto. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Niemiec i Szwajcar tego złota chcieli po prostu troszkę bardziej. A w olimpijskim finale, mogło to mieć decydujące znaczenie.

I tego "troszkę" wszyscy - tu już nie dzielimy się na mniejszość i większość - życzymy Adamowi z całego serca za cztery lata w Turynie. By udało mu się dołączyć do Fortuny.