Do kuriozalnej sytuacji doszło w końcówce pierwszej serii. Marius Lindvik szykował się już do swojego skoku, gdy zobaczył... zmierzającą na dół samotną nartę. Okazało się, że sprzęt zgubił lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, Domen Prevc.
Rozpoczął się wyścig z czasem. Słoweniec czekał na górze, aż ktoś z ekipy przyniesie mu narty. Ale kiedy w końcu je otrzymał, organizatorzy nie pozwolili mu oddać skoku. Całe zamieszanie wyjaśnił Mateusz Kędzierski z Eurosportu.
- Oficjalna informacja jest taka, że Domen Prevc przechodził kontrolę na górze i źle zabezpieczył swoje narty, które zjechały z zeskoku. Słoweniec nie został zdyskwalifikowany, wystartuje w drugiej serii, ale to był jego błąd - powiedział reporter.
Słowenia złożyła protest po tym zdarzeniu, ale błyskawicznie został on odrzucony. Zamieszanie trwało, a drużyna z Bałkanów, która mimo wszystko z ósmego miejsca awansowała do serii finałowej, rozważała nawet wycofanie się z zawodów. Ostatecznie nie zdecydowała się na tak drastyczny krok, ale już pierwszy ze skaczących reprezentantów tego kraju, Timi Zajc, ironicznym uśmiechem skwitował całą sytuację.
W drużynie słoweńskiej skakali ponadto Rok Oblak oraz Anze Lanisek. Przed próbą Prevca - a raczej przed jej brakiem - zajmowała czwarte miejsce. Po tym zdarzeniu spadła na ósme, za słabo skaczących Polaków.