Wydarzenia z Willingen to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwy konflikt pomiędzy Słoweńcami i FIS z odnośnie kontroli sprzętu trwa za kulisami. To, co w konkursie mikstów zrobił Timi Zajc - sprawę jego dyskwalifikacji i gestu z piątku szeroko opisujemy w tym tekście - wywlekło tę aferę przed kamery i sprawiło, że w środowisku nie mówi się już o niej po cichu. W dodatku skoczek udowodnił, na jakich absurdach opiera się obecnie sprawdzanie sprzętu skoczków na zawodach FIS.
Przypomnijmy: Zajc został w piątek zdyskwalifikowany po tym, jak nie przeszedł pomiaru długości krocza (tego, jak kombinezon leży na zawodniku w tamtym miejscu, a nie jakie wymiary ma sam obwód stroju - przyp.) na kontroli po pierwszej serii. Mógł jednak wystartować w drugiej rundzie, bo Słowenia do niej awansowała. Założył ten sam kombinezon i już nie został zdyskwalifikowany. Przeszedł kontrolę po tym, jak jawnie, ostentacyjnie i na oczach kamer naciągnął kombinezon na barki i ramiona.
W ten sposób Zajc chciał wyeksponować, w jaki sposób skoczkowie mogą oszukać kontrolę sprzętu w skokach. Przy obecnych zasadach wystarczy, że, jak to później nazwał Słoweniec "będą się wystarczająco cieszyć", albo wzruszać ramionami po skoku i dyskwalifikacja za to, jak materiał stroju leży na wysokości krocza i jak dużą powierzchnię tworzy, już im nie grozi. To naprawdę takie proste.
I to nie tak, że samo to, co zrobił Zajc jest czymś wyjątkowym. Bo tak "pomagają sobie" niemal wszyscy. Wystarczy, będąc na zawodach Pucharu Świata, popatrzeć na to, co dzieje się za tzw. "exit gate", czyli gdy skoczkowie opuszczą obiekt. Część z nich wygląda wtedy, jakby jeszcze rozgrzewała się przed skokiem. Takich zachowań czy sposobu odpowiedniego stawania do kontroli i ułożenia ciała, żeby ukryć "zalety" kombinezonu, czasem uczy się młodych skoczków szybciej niż o wszystkim, co mogą poprawić w swojej technice.
Rzecz w tym, że to wszystko nie dzieje się na widoku. W środowisku to temat tabu, skoczkowie rozmawiają o tym między sobą, a nie z dziennikarzami. No bo kto jasno pokazałby, że oszukuje i dał się na tym przyłapać? Dlatego przypadek Zajca zdetonował bombę. Bo Słoweniec nic sobie nie zrobił z tego, że wszystko było widać na kamerach. A fakt, że nie został zdyskwalifikowany, to żart. Kpina z tego, jak obecnie wygląda kontrola sprzętu.
Zajc ją ośmieszył i czegoś takiego jeszcze w skokach nie widzieliśmy. Był jeden przypadek oszukania kontroli sprzętu w kombinacji norweskiej: gdy trener Finów Peter Kukkonen poinformował media, że jego zawodnicy wypychali sobie bieliznę i dzięki temu manipulowali przy wysokości kroku w swoich strojach, zyskując dodatkowe centymetry. W grudniu 2020 roku mieliśmy jednak tylko słowa szkoleniowca, dziś w Willingen dostaliśmy jawne wyśmianie zasad na oczach kamer.
To oczywiście zemsta za to, jak Słoweńcy zostali potraktowani przez FIS. Żeby zrozumieć to, co stało się w Willingen, musimy cofnąć się nawet do zawodów Pucharu Świata w Zakopanem. To tam miała się zacząć nagonka kontrolera sprzętu na kadrę trenera Roberta Hrgoty. - Już tam były naciski, pojawiła się presja związana z naszym sprzętem. Po konkursie drużynowym (Słowenia zajęła w nim drugie miejsce, przegrywając tylko z Austriakami - przyp.) zostaliśmy upomniani za pewne rzeczy, które dla mnie nie miały sensu. Następnie w Oberstdorfie doszło do dwóch przypadkowych dyskwalifikacji w niedzielę po tym, jak dwóch naszych skoczków stanęło na podium w sobotę - tłumaczył Hrgota w rozmowie z radiem Val 202. O sytuacji z Oberstdorfu szerzej pisaliśmy tutaj.
Tu warto zacytować też fragment oświadczenia Słoweńskiego Związku Narciarskiego z piątku. "Wczoraj Słoweński Związek Narciarski oficjalnie ostrzegł dyrektora Pucharu Świata, że ostatnie decyzje ws. kontroli sprzętu, wzmagają wątpliwości wobec jasności i równości zasad" - czytamy w komunikacie, z którego pełną treścią można zapoznać się tutaj. Te cytowane słowa odnoszą się do czwartku. Być może chodzi o spotkanie kapitanów drużyn przed zawodami w Willingen. Odbyło się w hotelu Gasthof Itterbach niedaleko skoczni, a Sport.pl obserwował, co działo się wokół tego zebrania, choć tradycyjnie nie było możliwości śledzenia go od środka. Trwało dość długo - razem z późniejszym spotkaniem FIS z telewizjami zajęło ponad godzinę. Spotkaliśmy wówczas Roberta Hrgotę, który jedynie się z nami przywitał, ale nie wyglądał na zdenerwowanego. Tak zachowywał się za to dyrektor Pucharu Świata, Sandro Pertile, z którym udało nam się wtedy porozmawiać, ale na inne tematy niż te dotyczące kontroli sprzętu. Christian Kathol nie miał problemu, żeby z uśmiechem się z nami przywitać, choć dzień później przez rzecznika Pucharu Świata w skokach przekazał nam, że "nie chce z nami rozmawiać", ale wypowiadał się dla dziennikarzy telewizyjnych i radiowych.
Swoją drogą taki komunikat - że związek oficjalnie ostrzegł Sandro Pertile odnośnie wątpliwości co do ostatnich decyzji podejmowanych przez kontrolera sprzętu - to też swego rodzaju ewenement. Nawet w przypadku innej afery sprzętowej z Willingen sprzed igrzysk olimpijskich w 2022 roku, gdy zakazano modelu "Ferrari" polskich butów firmy Nagaba, nie było oficjalnych protestów, a już na pewno nie komunikowania, że ostrzegano władze PŚ i FIS.
Hrgota w piątek prosił nas, żeby wstrzymać się z rozmową do kolejnego dnia, gdy zdąży ochłonąć i opadną emocje związane z tym, co stało się w konkursie mikstów. Wcześniej był od nas odciągany przez Sandro Pertile, który miał z nim długą pogadankę po zawodach. Co słoweński szkoleniowiec powiedział tamtejszym dziennikarzom? - Widzimy, że tu tak naprawdę nic nie działa. To szczególnie duży problem, jeśli weźmiemy pod uwagę zbliżające się mistrzostwa świata w Trondheim. Widzę, że sprawy naprawdę wymykają się spod kontroli i jeśli nie zostaną uporządkowane, nie będziemy mieli innego wyjścia, jak tylko składać protesty. Niestety nie osiągniemy wiele w ten sposób. Musimy się uspokoić. Nasza drużyna prezentowała się dobrze, ale niestety nie mogą rywalizować z innymi, bo najwyraźniej jesteśmy jedynymi, którzy mają coś w sprzęcie - stwierdził trener Słoweńców.
- Problem polega na tym, że oczywiście inne kraje wywierają presję na kontrolera czy władze naszego sportu. Skąd pochodzą te ostrzeżenia, skąd biorą się skargi? Trudno komunikować się w takich okolicznościach z innymi trenerami, ale też zarządzającymi skokami - zdradza Robert Hrgota. I sam przyznaje, że to, co wydarzyło się w piątek z Zajcem, nie powinno mieć miejsca. - Doszliśmy do punktu, w którym to wszystko nie jest rozwiązywane we właściwy sposób. W końcu za ten gest na odjeździe, Timi powinien zostać zdyskwalifikowany po skoku w drugiej serii. Ale tak się nie stało. Trudno mi tu już dodać coś bardziej obiektywnego. Zostaliśmy skrzywdzeni. Mam nadzieję, że sytuacja się uspokoi i nie będziemy już tak bardzo na celowniku, że będziemy mogli skupić się przede wszystkim na skokach - podsumowuje Hrgota.
Cóż, mamy dla słoweńskiego trenera złe wieści. Wydaje się, że to dopiero początek i za chwilę sytuacja może eskalować jeszcze bardziej. Co prawda, piątkowe zachowania ze strony Christiana Kathola i Sandro Pertile sugerowałyby, że chcą wyciszyć sprawę. Jednak czy rzeczywiście będą w stanie uniknąć wzmacniania się konfliktu i gęstej atmosfery także wśród innych reprezentacji? Można mieć spore wątpliwości.
- Po konkursie mikstów sprawdzaliśmy wszystkie skoczkinie i skoczków pod kątem wysokości krocza po skoku w pierwszej serii zawodów. Byli tam wszyscy. Niestety, dwóch zawodników zostało zdyskwalifikowanych, jeden z nich był Słoweńcem. Zajc nie został zdyskwalifikowany za kombinezon, jego obwód, a wysokość krocza. To, co powinniśmy wyciągnąć z tego dnia, to że zespoły powinny tworzyć stroje, które będą się mieścić we wszystkich limitach. Nie pomagają sobie, jeśli raz jest w porządku, raz nie i to w różnych miejscach, dlatego że inaczej nosi się kombinezon. Zakazuję im rozciągania stroju, bo to manipulowanie nim, co jest zabronione w przepisach. Nie chodzi o to, żeby przemieszczać go na ciele i inaczej się układał, tylko żeby był przepisowy - powiedział po piątkowych zawodach w radiu Val 202 Kathol. I sam sobie zaprzeczył, bo przecież widział, jak Zajc manipulował kombinezonem po skoku w drugiej serii, a jednak go po nim nie zdyskwalifikował.
- Dyskwalifikowałem różnych zawodników z kilku nacji. Nie tylko Słoweńców. Może pod wpływem emocji ludzie widzą to inaczej - tak Kathol odpowiedział na zarzuty, że uparł się na kadrę Roberta Hrgoty. Anze Lanisek miał jednak przekazać słoweńskim dziennikarzom, że Kathol zapewnił skoczków, że ma bardziej restrykcyjnie podejść do innych reprezentacji. - Śmieszne jest to, że niektóre kadry manipulują z długością krocza i to jak nisko je mają, tak bardzo, że muszą się dopuszczać takich ruchów. Przeciwko temu teraz walczę. Dalej będziemy to robić - mówił kontroler sprzętu FIS w rozmowie z Eurosportem. Ciekawe, czy to nie zapowiedź tego, że inni mogą się spodziewać wykluczeń z wyników za podobne kwestie jak te, które Kathol wskazuje u Słoweńców.
Zwłaszcza że tam wszystkim puszczają już nerwy i zaczyna się także obrzucanie oskarżeniami innych. Robert Kranjec, były świetny lotnik, a obecnie członek sztabu Roberta Hrgoty, który pomaga kadrze w kwestiach sprzętowych, wrzucił na swój profil na Instagramie trzy zdjęcia kombinezonów: Niemca Philippa Raimunda i Norwega Johanna Andre Forfanga z piątkowych zawodów w Willingen, a także Silje Opseth z Norwegii z konkursu w Engelbergu.
Każde sugeruje, że ich kombinezony były za duże, a na pierwszych dwóch Kranjec Raimundowi dostawił naklejkę z muskularnym mężczyzną, odnoszącą się do kształtu jego stroju, a Forfangowi na wysokości krocza dopisał słowo "namiot". Tego chyba nie trzeba komentować.
Ważne pozostaje także oświadczenie zapowiadające kroki prawne Słoweńców wobec FIS. W związku na razie nikt nie chce rozmawiać o szczegółach i konkretach. Pojawiły się prośby, by nie zaczepiać o to także skoczków i trenerów, a działaczom dać zebrać wszystkie dane, które mogą pozwolić na podjęcie odpowiednich kroków.
Jakich? Dowiemy się najprawdopodobniej w czwartek 6 lutego, kiedy Słoweńcy planują wydać kolejne oświadczenie lub - jeśli będzie tego wymagała sytuacja - zwołać konferencję prasową.
Nie wiemy też, czy sprawa zachowania Zajca po jego skoku, a także gestów - przykładania palca do ust - wykonywanych przez Anze Laniska i Emę Klinec będzie przez FIS rozpatrywana w kontekście ewentualnego ukarania zawodników. Przed sezonem federacja zapowiadała, że w niektórych przypadkach może takie dodatkowe kary rozważać. Jednak jeśli będzie się tego trzymać tak samo, jak trzyma się własnych przepisów kontroli sprzętu, to Słoweńcy mogą spać spokojnie.
Na razie możemy się łudzić, że dyskusja o sprzęcie nie przyćmi dalszej rywalizacji na skoczni w Willingen. Na sobotę zaplanowano tam konkursy indywidualne kobiet i mężczyzn. Pierwszy rozpocznie się o godzinie 12:00, a drugi o 16:00. Relacja na żywo na Sport.pl, a transmisje w Eurosporcie, TVN i na platformie Max.