Zapytaliśmy Ahonena o słowa Małysza. "Adam tak powiedział?"

Jakub Balcerski
- Nie muszę już niczego ukrywać - mówi w rozmowie ze Sport.pl Janne Ahonen, legendarny fiński skoczek. Podczas zawodów słynął z kamiennego wyrazu twarzy, a po zakończeniu kariery napisał książkę, w której otworzył się jak nigdy wcześniej.

Aż pięciokrotnie, najwięcej w historii, wygrywał Turniej Czterech Skoczni, dwukrotnie sięgnął po Kryształową Kulę za klasyfikację generalną Pucharu Świata, do niedawna miał w nim najwięcej podiów w historii - 108, a do tego zdobył 19 medali wielkich imprez - w tym pięć złotych na mistrzostwach świata i dwa srebrne na igrzyskach olimpijskich. A listę jego sukcesów można by kontynuować jeszcze długo. Bo Janne Ahonen to żywa legenda skoków narciarskich.

Zobacz wideo Zaskakująca decyzja władz Legii Warszawa

W długiej rozmowie ze Sport.pl częściej niż o odniesionych sukcesach mówi jednak o sobie, podejściu do życia i ukochanej dyscypliny, a także jej przyszłości. Fin przyleciał do Polski na Międzynarodowe Targi Książki i Mediów Vivelo, żeby promować wydaną półtora roku temu przez wydawnictwo Sine Qua Non książkę "Janne Ahonen. Oficjalna biografia legendy skoków narciarskich" napisaną z Pekką Holopainenem.

Książka 'Janne Ahonen. Oficjalna biografia legendy skoków narciarskich' wydawnictwa Sine Qua Non.Książka 'Janne Ahonen. Oficjalna biografia legendy skoków narciarskich' wydawnictwa Sine Qua Non. Fot. Wydawnictwo Sine Qua Non, materiały prasowe

Jakub Balcerski: Ile razy dostał pan dziś pytanie o swój uśmiech? Jakoś tak przylgnął do pana wygląd poważnego, czasem wręcz smutnego gościa, ale odkąd usiedliśmy już kilka razy pana twarz nie przypominała tej z wizerunku "Maski", do którego przyzwyczaili się kibice skoków. Skąd to się wzięło?

Janne Ahonen: Oczywiście, że się uśmiecham. W normalnym życiu. Ten poważny wyraz twarzy był czymś w rodzaju wizerunku, który przybrałem w czasie, gdy byłem skoczkiem - że nigdy się nie uśmiecham. Zaczęło się, gdy debiutowałem w Pucharze Świata w wieku piętnastu lat. Byłem bardzo nieśmiały. Nie potrafiłem okazywać swoich uczuć i emocji. Stworzyłem sobie ten image, w stylu "poker face". Potem było łatwiej się za nim ukrywać.

Postąpiłby pan inaczej, patrząc na to z perspektywy lat? Dałby pan ludziom poznać się z innej strony jeszcze w trakcie kariery?

- Nie wiem. Myślę, że po prostu jestem bardziej otwarty teraz. Starszy i bardziej dojrzały niż, gdy byłem zawodnikiem. Nie potrzebuję już chować się za tym wizerunkiem. Teraz mogę pokazywać emocje i uczucia. Dlatego jeśli chcę się uśmiechnąć, to robię to.

Rozmawiamy na Stadionie Narodowym w Warszawie, jest pan gościem podczas Międzynarodowych Targów Książki i Mediów Vivelo. Chodzą tu setki osób, a obiekt jest ogromny. W takim miejscu czuje się pan normalnie, swobodnie? Bo w Finlandii skoki, choć były bardzo popularną dyscypliną zwłaszcza w erze pana największych sukcesów, to chyba nigdy nie postawiły pana w świetle reflektorów, jak gwiazdy innych sportów?

- To prawda. Oczywiście wiele osób na ulicach w Finlandii mnie rozpoznawało i ktoś czasem podchodził porozmawiać. Nie czuję się jednak wielką gwiazdą. Mogę prowadzić własne, spokojne życie. Jest w porządku.

Jaka była pana najdziwniejsza sytuacja w życiu z kibicem, czy kimś, kto pana rozpoznał?

- Może pięć, może dziesięć lat temu byłem w moim domu w Finlandii, a tu nagle usłyszałem dzwonek. Przed drzwiami stał kibic z Niemiec. Udało mu się znaleźć mój adres i tak po prostu do mnie przyjechał. Prosto z Niemiec. To było szalone.

Co się stało, że Polska czekała na pana książkę tak długo? W Finlandii i Niemczech wydał ją pan w 2009 i 2010 roku, w Polsce dopiero pod koniec 2022 roku.

- Cóż, do końca nie wiem, ale faktycznie szkoda, że to nie udało się wcześniej. Wiedziałem, że skoki są w Polsce popularne, ale i tak zaskakuje mnie, jak dobrze ludzie mnie tu znają. To była dla mnie niespodzianka podczas mojej wizyty.

Pamiętam, że pierwsza wersja książki miała trochę odważniejszą okładkę - stał pan ze skrzydłami na ramionach, w tle ogień. W polskim wydaniu na okładce jest dużo spokojniejszy Janne. Doradzał pan przy jej wyborze?

- Nie, nawet nie wiem do końca, kto wybierał to zdjęcie. O to do pierwszej wersji pytał mnie wydawca. Zaproponowali taką sesję i pozę, a ja uznałem, że to dobry pomysł. W sumie nie wiem, które jest lepsze.

Okładka niemieckiej wersji biografii Janne Ahonena (z lewej) i polskiego wydania książki (po prawej)Okładka niemieckiej wersji biografii Janne Ahonena (z lewej) i polskiego wydania książki (po prawej) Fot. A-Z Sport Media, Wydawnictwo Sine Qua Non

Na tym polskim chyba trochę bardziej się pan uśmiecha.

- Uśmiecham się?

W moim odczuciu dużo bardziej niż na skoczni.

- Chyba faktycznie, ha, ha.

W tej książce mocno się pan otwiera. Takie było założenie? Napisać książkę, w której wielu zobaczy pana zupełnie innego niż na skoczni?

- Chcąc, nie chcąc, przed wydaniem tej książki ludzie mnie nie znali. Nie wiedzieli za dużo o moim życiu, bo byłem zamknięty i nie mówiłem o sobie wiele. Na tym polegał mój wizerunek. Stąd gdy skończyłem karierę, miałem w sobie poczucie: teraz mogę powiedzieć więcej. Ludzie mogli się wreszcie dowiedzieć, kim właściwie jestem. I dziś jestem szczęśliwy, że w tej książce byłem szczery. Nie muszę już niczego ukrywać.

W miejscu, gdzie siedzimy, kiedyś miała powstać skocznia narciarska. Kilka lat temu pojawił się pomysł, a nawet projekt, żeby na tym stadionie zrobić konkurs Pucharu Świata na 90-metrowej skoczni. Trzeba byłoby naruszyć strukturę dachu i ponad nim zbudować wieżę, na której byłby rozbieg. Skoczek wjeżdżałby w stronę trybun, odbijał się tuż nad nimi i lądował obserwowany przez przynajmniej 50 tysięcy osób. Takie skocznie na stadionach powstawały kilkadziesiąt lat temu, choćby w Stanach Zjednoczonych, ale teraz widziałby pan takie zawody w Polsce?

- To oczywiście dość zwariowany pomysł. Ale, czemu nie? Jeśli mogliby stworzyć skocznię z odpowiednim profilem na pewno byłoby to możliwe. Też bym skoczył.

A na lodowcu w Islandii? To tam Ryoyu Kobayashi poleciał niedawno aż na 291 metrów. Gdyby ktoś chciał pana tam zabrać i zaproponował lot powyżej 300 metrów, to by się pan zgodził?

- Od razu bym tam jechał, naprawdę. Niesamowita skocznia i piękny skok Ryoyu. To na pewno był najdłuższy lot w historii, ale może niekoniecznie rekord świata.

Niektórzy twierdzą, że to spory cios, taki kop w tyłek, dla Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Jaka była pana reakcja, gdy zobaczyłeś wideo Red Bulla?

- To, co zrobił Red Bull dla Ryoyu przede wszystkim bardzo mnie zaskoczyło. Nie wiedziałem, że może powstać taka skocznia i to w Islandii, że w ogóle mają takie miejsce. To była jednak bardzo pozytywna niespodzianka. A FIS? Tym ruchem ktoś chyba nałożył na nich trochę więcej presji. Zobaczymy, jaka będzie ich reakcja. Może też powiększą skocznie?

Jaki był pana najbardziej szalony skok? Może, żeby nie było za łatwo niech pan wybierze jakiś poza tym na 240 metrów w Planicy. Jego historię znają już prawie wszyscy.

- Najbardziej szalonym jest ten z Planicy, to na pewno. Ale coś poza nim? Chyba ten na 152 metry z Willingen.

Ja bym powiedział, że na 155,5 metra.

- Ha, ha. Ja też. Bo lądowałem dalej niż te oficjalnie zapisane 152.

To była druga seria styczniowego konkursu z 2005 roku, gdy był pan w najlepszym momencie swojej kariery i wygrywał pan zawody za zawodami. W pierwszym momencie nawet w oficjalnych pomiarach pojawiło się 155,5 metra. Potem skorygowano to na 152 metry. Pan od początku był przekonany, że to błąd i skok, a zarazem rekord skoczni, był o 3,5 metra dłuższy?

- Tak, wiedziałem, że poleciałem dalej. I gdy zobaczyłem, że oficjalną odległością pozostanie 152 metry, byłem bardzo rozczarowany.

 

W tym roku Johann Andre Forfang w pewnym sensie przywrócił na skocznię Willingen ten rekord, bo skoczył właśnie 155,5 metra. Porównywałby pan te dwa skoki - własny i Johanna - czy uzyskanie tej samej odległości w 2005 i 2024 roku to zupełnie inna bajka?

- Skoki wtedy były czymś zupełnie innym niż teraz. Kombinezony są teraz szyte w taki sposób, żeby skoczkowie mogli latać bardziej płasko. Nie jest już tak samo. Skok Forfanga też był niezwykły, ale nie był tym samym co te oddawane 20 lat temu.

A to legendarne 151,5 metra Adama Małysza z 2001 roku? Który rekord skoczni w Willingen był lepszy - jego czy pana?

- Wtedy skoczyłem przed Adamem i widziałem jego rekord z dołu skoczni. Oba były szalone, ale trudno je porównać.

A co staje panu przed oczami, gdy słyszy pan: Adam Małysz?

- Pamiętam nasze walki, gdy byliśmy obaj na najwyższym poziomie. Mieliśmy kilka pojedynków na skoczni, które do dziś ciepło wspominam. Nie mam jednego konkretnego wspomnienia, bardziej myślę o samych emocjach, które towarzyszyły rywalizacji z Adamem.

Na pewno różni was sposób zakończenia kariery. Adam odszedł, gdy był na szczycie, po dobrze przemyślanej decyzji. A pan kilkukrotnie wracał do skoków - ogłaszał koniec kariery, żeby chwilę później wrócić do Pucharu Świata. Do tego stopnia, że niektórzy w pana odejścia już nie wierzyli. Każdą z tych decyzji podjąłby pan jeszcze raz?

- Myślę, że wszystkie były właściwe. Wiedziałem, że nie muszę już wracać na tak wysoki poziom, jak prezentowałem wcześniej. Nie interesowało mnie też to, co myśleli o tym inni. Chciałem tylko znów skakać. Tyle mi wystarczało.

I dalej pan startuje, czasem nawet w mistrzostwach Finlandii. Już trochę bardziej amatorsko, ze starym sprzętem, ale wciąż pan skacze. Nadal ma pan takie plany?

- Będę to robił tak długo, jak będę w stanie dostosować swój sprzęt. Na pewno nadal chcę to robić. Może w przyszłym roku znów pojawię się na krajowych mistrzostwach? Ale to tyle.

Jak ogląda się panu współczesne skoki? Coś by pan w nich zmienił?

- Jestem rozczarowany tym, jak kontroluje się zawodników. Zasady są w porządku, ale chodzi o to, jak zawodnicy są sprawdzani. Nie jest tak, jak powinno być, zwłaszcza w przypadku kombinezonów. Mogą robić, co chcą. Jeśli jesteś skoczkiem z czołówki, możesz skakać w takim stroju, w jakim chcesz. Jeśli nie jesteś tak dobry, w takim samym kombinezonie zostaniesz zdyskwalifikowany.

Myślę, że skoczków powinien sprawdzać ktoś z zewnątrz, jak w przypadku kontroli antydopingowej. FIS nie bada, czy skoczkowie zażywali niedozwolone środki, robi to ktoś spoza środowiska skoków. Tak powinno być także w przypadku sprzętu i kombinezonów.

A takim osobom nie zabrakłoby potrzebnego know-how? W końcu skoczków sprawdzałby ktoś nieznający dotąd tego sportu, co mogłoby stwarzać ryzyko omijania zasad i stosowania trików znanych tylko zawodnikom.

- To rzeczywiście skomplikowane. Myślę jednak, że jakoś powinni znaleźć sposób, żeby kontrole były bardziej sprawiedliwe i dla każdego takie same.

Takie skoki jak Ryoyu, czy Timiego Zajca z Willingen z 2023 roku, gdy poleciał na 161,5 metra, robią duże liczby w mediach społecznościowych. I to zwłaszcza w krajach, które zwykle nie interesują się skokami. Wiele osób pewnie myśli, że one tak wyglądają na co dzień. A prawda jest taka, że FIS promuje filozofię bezpiecznych skoków z telemarkiem pomiędzy punkt K a rozmiar skoczni. Jest pan zdania, że ta strategia powinna być inna, czy ją popiera?

- Ludzie chcą oglądać dalekie skoki. I skoczkowie też ich chcą. Może ta cała sprawa telemarku jest już za stara? Jeśli możesz skakać odpowiednio daleko, to nie ma znaczenia, czy zrobisz to z telemarkiem, czy nie.

Lubił pan noty za styl, gdy sam pan skakał? Był pan fanem pięknego stylowo skoku, ocenionego na "20", czy myślał sobie: "Pozbądźmy się tego!"?

- Chyba za bardzo nie lubiłem przyznawania punktów za styl, ale wiedziałem, że to część naszego sportu. I jeśli chcesz osiągnąć w nim sukces, to musisz zwracać na to uwagę. Jest przecież tylu świetnych zawodników i wszyscy lądują niemalże na tej samej linii. Trzeba wykonać dobry telemark, żeby dzięki niemu zdobyć dodatkowe punkty. Dlatego to było dla mnie normalne.

Dużo osób stawia znak zapytania w sprawie przyszłości skoków. Adam Małysz w rozmowie ze Sport.pl przyznał nawet, że "jest realistą i wie, że skoki mogą umrzeć".

- Adam tak powiedział? Okej.

A jakie jest pana zdanie?

- Myślę, że na razie skoki mają przed sobą niezłą przyszłość. I że za mojego życia ten sport nie umrze.

Czy Janne Ahonen był większą legendą skoków od Adama Małysza?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.