To byłby przewrót w skokach. Tajny list, który miał nie zostać ujawniony

Jakub Balcerski
"Prosimy, żebyście działali na rzecz rozwoju kobiecych skoków. Zwiększcie jego tempo. Wierzymy, w ogromny potencjał naszej dyscypliny, dziś niewykorzystywany. Nie traćmy więcej czasu" - piszą skoczkinie w liście, pod którym podpisało się ponad 20 zawodniczek. Działacze FIS chcieli, aby list utajnić, ale i tak ogłosili rewolucyjne zmiany - połączenie cyklu Pucharu Świata kobiet i mężczyzn.

- Taki jest nasz cel - mówi dyrektor Pucharu Świata skoczków Sandro Pertile, gdy pytamy, czy kalendarz cyklu za dwa lata zostanie połączony z terminarzem skoczkiń. To byłaby rewolucja, a skoki dołączyłyby do innych dyscyplin pod egidą FIS, w których ten sam kalendarz jest obecny w PŚ kobiet i mężczyzn: biegów narciarskich, snowboardu, telemarku, a także narciarstwa dowolnego i szybkiego.

Zobacz wideo Nowy rekord świata w długości skoku! Kobayashi przeszedł do historii

Wielka zmiana w skokach. Dyrektor Pucharu Świata tłumaczy

- Szliśmy w tym kierunku przez ostatnie lata, a teraz zostało oficjalnie ogłoszone przez nasze władze: FIS weźmie pod jeden parasol skoki kobiet i mężczyzn - tłumaczył nam Pertile po spotkaniu w Portorożu, gdzie komitet ds. skoków na początku maja decydował o najważniejszych zmianach w skokach.

FIS zapowiedział, że ta rewolucyjna zmiana wejdzie w życie w sezonie 2026/27. Dlaczego nie wcześniej? Bo czasu jest niewiele, a federacja ustaliła ze wszystkimi kadrami narodowymi, że do igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo wielkich zmian w zasadach i kształcie dyscypliny nie będzie.

Zmiany odbędą się w trzech etapach. - Pierwszy to obecny sezon, gdy nie da się nic zmienić, więc jedynie ogłoszono, w jakim kierunku będziemy zmierzać. W sezonie 2024/25 chcemy już zmodyfikować cykl Pucharu Świata, zbliżyć się do połączenia planów skoczkiń i skoczków w jedną całość. To ma nastąpić po igrzyskach, w sezonie 2026/27 - przedstawił Sandro Pertile.

O tym liście nikt miał się nie dowiedzieć. Nagle odezwał się niemiecki trener

Jak twierdzi działacz, zmiany i ich ogłoszenie w tym momencie nie mają nic wspólnego z propozycjami, które przesłała do FIS część skoczkiń - to bardziej zbieg okoliczności niż część procesu. O połączenie kalendarzy męskich i kobiecych skoków apelowały Norweżki Silje Opseth i Eirin Maria Kvandal. W kwietniu, podczas spotkań podkomitetów FIS w Pradze, zostały przedstawione jako autorki listu do władz skoków, w którym miały wyrazić zaniepokojenie kierunkiem, w jakim zmierza ich dyscyplina. Do tego miała się w nim pojawić krytyka zarządzających, wskazanie elementów, które ich zdaniem warto rozwijać, jak i propozycje konkretnych zmian w skokach kobiet.

Pod listem miały podpisać się 23 zawodniczki. Norweska telewizja NRK i portal "Nordic Magazine" z Francji informują jednak o 27 podpisach. Co ciekawe, w artykule NRK w ogóle nie została wspomniana Eirin Maria Kvandal, potencjalnie jedna z dwóch autorek listu, a Opseth jest nazywana jedynie "jedną z podpisanych pod nim skoczkiń".

W Pradze nie odczytano w końcu listu zawodniczek. Nie udostępniono jej także publicznie, a sprawa wyciekła do mediów przypadkowo. FIS chciał, żeby pozostała pomiędzy zawodniczkami a federacją. W trakcie spotkania podkomitetu ds. planowania kalendarza, gdy analizę zeszłej zimy przedstawiła dyrektorka Pucharu Świata, Chika Yoshida, o tym liście nie wspomniała. Temat wypłynął dopiero, gdy głos zabrał były trener Niemek Andreas Bauer. Szkoleniowiec zupełnie nagle zaczął ujawniać szczegóły listu, wzbudzając spore zaskoczenie na sali.

- Nie wspomniałam o liście, bo zawierał podobne propozycje do tych, które przedstawiła francuska federacja - tłumaczyła się Yoshida. I faktycznie, Francuzi wysłali do FIS propozycję połączenia PŚ kobiet i mężczyzn, która została przedstawiona na spotkaniu. Ta nie wywołała jednak żadnej dyskusji. A wydźwięk tego, że działacze FIS otrzymali list od zawodniczek reagujących na to, jak według nich zacofany jest świat ich dyscypliny, jest zdecydowanie inny od samego przedstawienia tego, co chciałyby zaproponować. - Myślimy w kierunku łączenia cyklów Pucharu Świata już od dłuższego czasu, więc inicjatywa zawodniczek nie jest dla nas niczym nowym - stwierdziła krótko Japonka.

Dalsza dyskusja też nie była zbyt pogłębiona. Osoby reprezentujące Norwegię poinformowały, że to oddolna inicjatywa zawodniczek, a list nie jest w żaden sposób adresowany do FIS przez krajowy związek. Zwrócono też uwagę, że poza krytyką zawiera dużo pozytywnych uwag i należy się cieszyć, że skoczkinie chciały wzbudzić dyskusję na temat rozwoju ich sportu.

Wiemy, że w gronie skoczkiń zgadzających się z Kvandal i Opseth na pewno jest Josephine Pagnier, pierwsza liderka PŚ z zeszłego sezonu. Nie ma za to drugiej zawodniczki klasyfikacji i zdobywczyni Kryształowej Kuli Evy Pinkelnig. Austriaczka jest też przedstawicielką skoków kobiet w Komisji Zawodniczej FIS, więc brak jej podpisu mógł być znakiem dla działaczy, że nie wszystkie skoczkinie myślą tak samo. 27 zawodniczek nie stanowi większości, ani nawet połowy stawki PŚ. Nie wiadomo też, w jaki sposób zbierano podpisy, bo Harald Rodlauer - gdy jeszcze był trenerem Polek - twierdził, że nie wiedział nic o tej sprawie, ani nie słyszał, żeby jego zawodniczki były pytane o zdanie. Dlatego ma tam nie być ich podpisów.

Skoczkinie naciskają na FIS. "Prosimy, nie traćmy już więcej czasu"

Gdy sprawę omówiłem w 22. odcinku podcastu "BalcerSki", a potem została opisana przez portal NRK, na stronie "Nordic Magazine" pojawiły się fragmenty listu, którego treść łącznie ma trzy strony. "Ostatnio myślałyśmy dużo o rozwoju kobiecych skoków. Z naszej perspektywy jesteśmy wciąż zbyt defensywni, gdy przychodzi do naciskania na ulepszanie produktu, jakim jest Puchar Świata [kobiet]. (...) Nie zrozumcie nas źle, jesteśmy zadowolone z rozwoju, do którego już udało nam się doprowadzić, ale myślimy, że da się zrobić jeszcze więcej, żeby produkt był interesujący dla każdego" - czytamy.

"Nasze doświadczenia w miejscach, gdzie docierałyśmy razem z chłopakami, są opisywane głównie jako udane. Na podstawie tego, co wiele zawodniczek i trenerów powiedziało nam w trakcie sezonu, takie rozwiązanie byłoby lepsze pod wieloma aspektami. Zatem, naszą główną sugestią i pytaniem jest: dlaczego nie możemy po prostu mieć podobnego kalendarza do tego u skoczków?" - sugerują zawodniczki.

Taki ruch zmieni jedno: zabierze normalne skocznie z kalendarza PŚ kobiet. "Są argumenty mówiące o tym, że byłoby szkoda, gdyby w kalendarzu naszego Pucharu Świata zabrakło normalnych skoczni. Ale tak jest w przypadku mężczyzn: dlaczego my potrzebujemy ich bardziej niż oni?" - pytają skoczkinie.

O tym już wielokrotnie wypowiadał się obecny dyrektor sportowy austrackiego związku Mario Stecher. Twierdzi on, że obiekty są w kobiecym PŚ nie tylko na potrzeby zawodniczek, ale i własne. W przypadku normalnych skoczni w Austrii chodzi o przyciągnięcie zainteresowania sponsorów tak, żeby można było opłacać ich utrzymanie, a zarazem umożliwić treningi dla młodych zawodników i zawodniczek. Bez tego o takie środki będzie o wiele trudniej.

Poza tym część obiektów organizuje konkursy, na których kobiece skoki wyraźnie zyskiwały - choćby zawody w Ljubnie w Słowenii, na które przychodziło 10 tysięcy osób. Gdyby je wyrzucić z kalendarza, będzie to absolutny strzał w stopę dla tego sportu. A przekonać działaczy i innych organizatorów do zorganizowania tam konkursów męskiego PŚ byłoby bardzo trudno. Zwłaszcza że, jak widać, nie leży to w interesie sporej części zawodniczek. Zwłaszcza Opseth, której na normalnych skoczniach idzie o wiele słabiej niż na dużych obiektach. W końcu w tym roku na mamucie w Vikersund ustanowiła rekord świata w długości lotu kobiet, lecąc na 230,5 metra. Z kolei inne zawodniczki - w tym Pinkelnig - na konkursach organizowanych na takich skoczniach wiele zyskują i dlatego nie należy się spodziewać, że poprą taką inicjatywę. Niektóre działają też niejako w roli reprezentantek swoich krajowych związków. I tak pomimo że norweski związek od samego tworzenia listu się odciął, to część spraw, o których piszą zawodniczki, jest zbieżne z jego interesem. Brak podpisu Pinkelnig zbiega się za to z tym, że działacze z Austrii z wieloma jego punktami by się nie zgodzili.

"Prosimy, żebyście działali na rzecz rozwoju kobiecych skoków. Zwiększcie jego tempo. (...) Wierzymy, że jest ogromny potencjał w kobiecej części naszej dyscypliny, dziś niewykorzystywany. Prosimy, nie traćmy już więcej czasu" - kończą autorki listu.

Głos w artykule na stronie NRK zabrała także Silje Opseth. - To wyzwanie, które tworzymy, żeby zobaczyć, czy są w stanie ośmielić się, żeby więcej w nas zainwestować. Wierzymy, że mamy wielki potencjał do dostarczenia czegoś, co jest nawet bardziej spektakularne i przyjemne do oglądania niż to, co widzimy dziś - stwierdziła Norweżka. - Czuję, że ci, którzy zasiadają i decydują w FIS, są dość destruktywni i niezbyt patrzący do przodu. A my, zawodniczki, mamy ważne zadanie, by mówić o tym, czego chcemy. I trochę na nich naciskać - oceniła Opseth.

FIS zareagowała na bunt skoczkiń, choć nie chce tego przyznać. Teraz kluczowe dwa lata

Fakt, że ta zmiana została zapowiedziana przez FIS, jest więc pewnym zaskoczeniem. Działacze nie zwykli czegoś tak szeroko planować, a w ostatnim czasie o wiele częściej byliśmy świadkami nagłych zmian. Teraz obiecano jednak, że będzie się je jak najmocniej ograniczać. Jeśli w czymś nacisk ze strony skoczkiń mógł pomóc, to może właśnie w zakomunikowaniu tej zmiany? Przekazaniu, że na wprowadzenie do rzeczywistości tego, co chciałyby zmienić jest już konkretny plan. Tak, żeby je uspokoić, a narracja nie poszła w dużym stopniu w stronę nazywania wysłania listu do FIS buntem skoczkiń przeciwko temu, jak wygląda sytuacja ich sportu. A przecież tym właściwie była.

Teraz przed działaczami dwa lata na negocjacje z organizatorami zawodów i ustalanie kształtu zapowiedzianych zmian. Bo, jak we wspomnianym przypadku Ljubna, nie będzie możliwości, żeby utrzymać w kalendarzu wszystkie obiekty, na których rywalizują zarówno skoczkowie, jak i skoczkinie. Trzeba będzie ustalić parę kompromisów.

Zmiana ma jednak jeden kierunek: umożliwienie kobietom doświadczenia tych samych obiektów, na które jeżdżą skoczkowie. A to oznacza choćby więcej zawodów w lotach narciarskich, w których temacie FIS do tej pory był bardzo - według wielu aż za bardzo - ostrożny, ale też wprowadzenie do PŚ kobiet Turnieju Czterech Skoczni. Słowem: niemal wszystkiego, o co w ostatnich zabiegały zawodniczki. Ma też zapewnić im większą medialność i zainteresowanie kibiców. Oby brak obu nie stanowił później łatwej wymówki dla działaczy, gdyby tworzyły się problemy.

Kalendarz stworzony przez FIS na sezon 2024/2025 u kobiet różni się w przypadku aż dwudziestu konkursów w stosunku do tego, jak wygląda ten dla mężczyzn. W większości ze względu na inne miejsce rozgrywania zawodów, a tylko częściowo na brak konkursów w konkretnych terminach - głównie w grudniu. To dlatego działacze mają przed sobą ogrom pracy i dyskusji ws. nowego porządku w skokach: niewiele zmian da się wprowadzić jedynie dodaniem konkursów dla kobiet. Za to wiele z nich będzie wymagało poświęceń i ograniczeń tworzonych dla krajowych związków. Od zimy 2026 roku funkcjonowanie PŚ kobiet będzie łatwiejsze z perspektywy FIS i osób odpowiedzialnych za ustalanie kalendarza. To z pewnością nie będzie stanowiło tak wielkiego kłopotu jak w przyszłości. Problem pojawi się w momencie, gdy realna wartość połączenia PŚ kobiet i mężczyzn okaże się mniejsza, niż zakładają zawodniczki i FIS.

Zawody Pucharu Świata w skokach kobiet i mężczyzn powinny być organizowane...
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.