Stoi za nowym rekordem świata. Dziś uderza w FIS. "To nie są bogowie"

Rekordowy skok Ryoyu Kobayashiego na Islandii to z pewnością jedno z największych wydarzeń w całej historii skoków narciarskich. Kibice, dziennikarze, eksperci, a także sami skoczkowie mówią wprost - skok Japończyka na 291 metrów to nowy rekord świata. Wszyscy tak twierdzą, tylko nie Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS). Projektant skoczni, na której Kobayashi pobił rekord w rozmowie ze sport.tvp.pl mówi, że "limity nadawane przez FIS są bez sensu".

Rekord Ryoyu Kobayashiego z minionego tygodnia udowadnia, że bezpieczne skoki w okolicach 300. metra są dziś możliwe. Dla całego świata lot Japończyka to nowy rekord globu. FIS jednak uważa, że rekord świata należy do Stefana Krafta (253,5 m z Vikersund z 2017 r.), choć nie prowadzi żadnych oficjalnych tabel.

Zobacz wideo Nowy rekord świata w długości skoku! Kobayashi przeszedł do historii

Austriak zaprojektował skocznię dla Kobayashiego

Wynik Kobayashiego jest imponujący, ale jeszcze większe wrażenie robią warunki i lokalizacja. Japończyk oddał rekordowy skok na Islandii, a to miejsce, które ze skokami narciarskimi dziś w ogóle się nie kojarzy. Kobayashi oddał skok na specjalnie zaprojektowanym mamucie, który został zbudowany w pełni ze śniegu. On sam chciał, żeby tory były naturalne, a nie lodowe.

Jednym z ojców sukcesu japońskiego skoczka jest Bernhard Rupitsch, który zaprojektował i zbudował tymczasowego mamuta na górze Hlidarfjall przy miejscowości Akureyri na północy Islandii. W rozmowie z dziennikarzem sport.tvp.pl Michałem Chmielewskim mówił o sobie tak:

- Przede wszystkim jestem farmerem. Hoduję koniki i krówki. A już na poważnie: ja dla Red Bulla wykonywałem projekty od ok. 30 lat. Oni od dawna organizowali przeróżne eventy. Byłem też kiedyś w Polsce. Jeździłem z nimi, pomagałem to wszystko tworzyć. Czasem jako konstruktor, menedżer, a czasami jako złota rączka. Wiedziałem już wcześniej, jak pisze się historię -  powiedział Austriak.

Rupitsch to nazwisko obce dla Sandro Pertile, dyrektora Pucharu Świata, ale nie w austriackich skokach. To on odpowiadał za plany skoku na 300 metrów już kilkanaście lat temu. Skoki mieli oddać Gregor Schlierenzauer, Thomas Morgenstern i Andreas Goldberger.

- Skocznia była gotowa do skakania. Tylko że o projekcie wcześniej zrobiło się głośno i paru ludziom w federacjach na ostatnią chwilę to się nie spodobało. Nie chcieli, żeby przekraczać limity, żeby zaryzykować, iż skoki na wszystkich innych obiektach poza tym największym przestaną być atrakcyjne dla widza. To wysypało się w trybie last minute - zdradził.

Ojciec rekordu Kobayashiego uderza w FIS

Rupitsch nie ukrywa, że bardzo dobrze się stało, że tym razem plany pobicia rekordu świata zostały dochowane w tajemnicy do samego końca. Islandzkie media ujawniły cały plan dopiero podczas próbnych skoków, dzień przed ustanowieniem rekordu, ale całe wydarzenie tylko na tym zyskało.

- Woleliśmy uniknąć niepotrzebnego rozgłosu. To tylko by nam przeszkadzało. Może ktoś więcej chciałby to zobaczyć? Coś sugerować, uważając, że wie lepiej? W sytuacji, gdy wszystko było sekretem, mieliśmy spokój. Mogliśmy robić to, co umiemy – bez rozglądania się na boki. Nie chciałem być FIS-em bis. Po co budować skocznię, która na zawsze byłaby taka sama? Tę można było dowolnie dopasować dla potrzeb zawodnika - powiedział w wywiadzie dla TVP Sport.

Austriak skrytykował także FIS. Obawiał się, że jeśli światowa federacja dowie się szybciej o wydarzeniu, to będzie chciała na nie bardzo mocno wpłynąć i zepsułoby to całe plany. Uważa, że islandzki projekt pokazał, że wszelkie działania FIS w skokach narciarskich tylko szkodzą tej dyscyplinie.

- My mogliśmy zrobić taki obiekt, który będzie dawał szansę rekordowego lotu, ale i spokojne, bezpieczne hamowanie i płynny odjazd. Takie bez wciskania nóg w śnieg, bez walki o przetrwanie. Islandia i ten projekt tylko pokazują, że limity nadawane przez FIS są bez sensu. Że da się to zrobić inaczej, równie bezpiecznie. Po co musieć mieścić się w jakichś liczbach, kombinować, skoro po prostu można znaleźć większą górkę? W FIS myślą, że są bogami. Że mają monopol na ten sport. Tak wcale nie musi być. Możesz po prostu zbudować sobie skocznię taką, jaką uważasz, że powinna powstać. Nie ma nieomylnych. Pokazaliśmy, że oni też nie są takimi ludźmi - stwierdził.

FIS nie uznaje rekordu Kobayashiego za oficjalny, choć faktem jest, że to jest najdłuższy skok narciarski w historii.

- Mogą mówić, co chcą. Dla mnie to śmieszne. To firma, która stara się bronić własnych interesów. To nie są bogowie. To nie jest wyrocznia. To nie oni będą osądzać, czy to był rekord, czy nie. Środowisko zdecyduje. Niech oni się teraz martwią, jak skocznie za miliony euro uczynić wciąż atrakcyjnymi. My pokazaliśmy, że istnieje inna droga - skomentował Rupitsch.

Czy uznajesz skok Ryoyu Kobayashiego na 291 metrów za nowy rekord świata?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.