Polscy skoczkowie w piątkowym konkursie duetów w Oberstdorfie zajęli piąte miejsce, choć długo mieli szanse na podium. Ta zniknęła dopiero po ostatnim skoku Aleksandra Zniszczoła. Kiedy Polak siadał na belce startowej, żeby objąć prowadzenie i zapewnić sobie i Piotrowi Żyle miejsce na podium, musiałby skoczyć około 225 metrów. Zmieniły się warunki, bo wcześniej, przy mocniejszych podmuchach z tyłu skoczni, musiałby polecieć tylko 215-217 metrów.
Skoczek trafił na trudny moment, bo dodano mu 12,5 punktu za nieco ponad 0,5 metra na sekundę niekorzystnego wiatru - mniej niż zawodnikom przed nim, którzy musieli skoczyć znacznie krócej i więcej niż ci skaczący pod nim, którzy mieli już dość korzystne warunki i mogli odlecieć. Choć skok Zniszczoła nie był idealny, ta sytuacja też mogła mieć wpływ na jego wynik. Zapytaliśmy o to Thomasa Thurnbichlera. Trener Polaków przyznał tylko, że to pokazuje, że system bonifikat za wiatr wciąż nie oddaje wszystkiego, co dzieje się na skoczni, zwłaszcza mamuciej. Miał za to ochotę nieco dłużej wypowiedzieć się na inny, dość kontrowersyjny temat.
- Widzę, że Piotrek Żyła robi całkiem solidne telemarki po swoich skokach i dostaje noty po 18 punktów. A tacy goście jak Stefan Kraft, czy Andreas Wellinger mają takie same oceny za skoki na podobną odległość, gdy ledwo bronią się przed upadkiem. To mnie denerwuje - wskazuje po konkursie w Oberstdorfie wściekły austriacki trener polskich skoczków.
Thurnbichlerowi chodzi o sytuację z pierwszej serii piątkowej rywalizacji. Piotr Żyła uzyskał wówczas 212 metrów, wyraźnie zaznaczył telemark i otrzymał za ten skok 54 punkty (cztery noty po 18 i jedna 18,5-punktowa). Tyle samo przyznano mu po locie na 227,5 metra w drugiej rundzie (wszystkie noty po 18 punktów).
Za to Andreas Wellinger, który w pierwszej serii po skoku na 230,5 metra najpierw wykonał telemark, ale na odjeździe nie utrzymał równowagi i musiał zrobić przysiad, dostał od sędziów 51,5 punktu (trzy noty po 17 punktów i po jednej na 17,5 oraz 18,5 punktu), czyli tylko 2,5 punktu mniej od Żyły. Przypomnijmy, że za fazę lotu i lądowania można odjąć maksymalnie po pięć punktów, a za odjazd do siedmiu (tylko, jeśli skoczek upadnie).
Natomiast Stefan Kraft już pod koniec lotu na 233 metry, przy podejściu do lądowania miał problemy i ewidentnie się zachwiał. Po chwili poprawił ułożenie rąk i zamarkował telemark, by później jeszcze raz nimi machnąć. Sędziowie ocenili jego skok na 52,5 punktu (dwie noty po 17 punktów i po jednej na 17,5, 18 i 19 punktów), czyli tylko 1,5 punktu mniej od Żyły.
Z tym, że noty Wellingera i Krafta były takie jak u Żyły Thurnbichler nieco przesadził, ale ma rację w jednym: powinny być jeszcze niższe niż te przyznane Austriakowi i Niemcowi przez sędziów piątkowych zawodów. Wellingera można jeszcze wybronić tym, że sędziowie mogli mu odejmować punkty głównie za odjazd, bo lądując, zaznaczył telemark. Jednak w przypadku Krafta na dobrą sprawę można mu odjąć punkty nawet za fazę lotu, a nie tylko lądowania i odjazdu. Oceny dla Austriaka nie mają wielkiego związku z tym, co wydarzyło się podczas jego skoku.
Zawyżone i dość dziwne wydają się zwłaszcza noty, które przyznawał Thomas Scherm. Oprócz niego skoki oceniali także Polak Andrzej Galica, Norweg Inge Eriksroed, Austriak Klaus Dobrezberger i Słoweniec Evgen Jesenko, ale to Niemiec przyznał najwyższe noty za jedne z najsłabszych technicznie skoków. Lot Andreasa Wellingera Scherm ocenił na 18,5 punktu, a ten Stefana Krafta na 19 punktów.
To żenujące zachowanie i ewidentne przyznawanie not za nazwiska. Kibice dostrzegli to, co robił Scherm i w mediach społecznościowych można znaleźć sporo wpisów, gdzie jego praca oceniana jest jako "żart" i faworyzowanie uznanych zawodników.
Da się także zauważyć, że w pierwszej serii Niemiec ocenił aż 22 z 24 skoków na najwyższą przyznawaną notę (z czego siedmiokrotnie jako jedyny przyznawał taką ocenę). Na drugą rundę jakby zmienił podejście: już tylko w dziewięciu próbach dawał skoczkom najwięcej punktów (ani razu jako jedyny), za to najniższe oceny przyznał 20 skoczkom (dziewięciu jako jedyny).
Jednak w drugiej serii sędziowie też nie przyznawali not tak jak powinni. O ile w pierwszej rundzie można było zarzucić stronniczość i głupotę Thomasowi Schermowi, to w finałowej serii wszyscy sędziowie popełniali większe lub mniejsze błędy. Oprócz Żyły (ponownego ocenionego na 54 punkty) pretensje mogliby mieć także choćby Norweg Kristoffer Eriksen Sundal (55,5 punktu) i Japończyk Ren Nikaido (55 punktów). Obaj lądowali poprawnym telemarkiem, a dostali noty podobne lub tylko nieco wyższe niż zawodnicy, którzy wyraźnie się zachwiali i mieli problemy.
Do takich należał Johann Andre Forfang, który pomimo wyraźnie gorszego stylu zakończenia skoku na 228,5 metra dostał od sędziów 55 punktów (dwa razy po 18,5 punktu i trzy razy 18 punktów, Tomas Schrem przyznał najwyższą notę).
Podobnie sprawa wyglądała z lądowaniem Domena Prevca w locie kończącym zawody, w którym skoczył 229 metrów. Do noty wliczono mu 54 punkty za styl, a na odjeździe był już blisko przysiadu, wcześniej bardzo mocno zachwiał telemark. Wydaje się, że powinien otrzymać maksymalnie noty 17- i 17,5- punktowe.
Oczywiście, punkty za styl w przypadku lotów nie wpływają na rywalizację tak mocno jak na skoczni normalnej czy dużej. Jednak w każdych zawodach, w których pomiędzy zawodnikami w czołówce będzie ciasno, mogą nawet zmienić ich wyniki. Nie każda nietrafiona nota wpływa na to, ile punktów za styl dostaje zawodnik (bo i tak mogłaby być notą skrajną), ale ryzyko tego, że zaważy na rozstrzygnięciach jest za duże, żeby pomijać tak ważny aspekt, jak pracę sędziów. Ta nie odbywa się także w idealnych warunkach: widok z wieży sędziowskiej często wcale nie jest najlepszy i nie ułatwia oceniania zawodników, czas reakcji musi być w miarę szybki, żeby nie przedłużać wyliczenia noty końcowej każdego skoczka, a pensja wystawiających noty nie należy do najwyższych i to raczej zadanie dla siedzących w dyscyplinie długo pasjonatów. Jednak trudno usprawiedliwiać to, że daje się sędziować na Pucharze Świata osobom, które nie pierwszy raz się mylą lub zwyczajnie nadużywają swoich uprawnień.
Sędziowie są oceniani przez Międzynarodową Federację Narciarską (FIS), ale niech świadectwem tego, że wylecieć, czy zostać zawieszonym na dłużej za błędy i zawyżane noty jest trudno, będzie fakt, że tydzień temu w Sapporo skoczków oceniał inny Niemiec, Erik Stahlhut. A to jemu za niezasłużone wysokie oceny po zawodach w Garmisch-Partenkirchen dwa lata temu publicznie dziękował Markus Eisenbichler.
Praca sędziów w tym sezonie wielokrotnie była już niezadowalająca i wymaga reakcji FIS. Oby taka wreszcie nadeszła, nawet jeśli dopiero przed kolejną zimą. Na razie w sobotę i niedzielę w Oberstdorfie zawodników dalej będzie oceniało tych samych pięciu sędziów, choć to ostatnie miejsce w sezonie, gdzie w tej roli pracuje Thomas Scherm. Miał jeszcze oceniać kombinatorów norweskich na PŚ we francuskim Chaux-Neuve w styczniu, ale te zawody odwołano kilka tygodni wcześniej.
W sobotnim konkursie w Oberstdorfie najlepsi byli Słoweńcy - Timi Zajc wygrał o 4,2 punktu przed Peterem Prevcem, dla którego był to powrót na podium po dwuletniej przerwie. Podium dopełnił Austriak Stefan Kraft, lider Pucharu Świata. Najlepszym z Polaków okazał się Kamil Stoch, który po swoim drugim locie na aż 221 metrów wręcz eksplodował radością - robił wesołe miny, podskakiwał, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Punktowali też 19. Aleksander Zniszczoł i 26. Piotr Żyła, a poza "30" znalazł się Dawid Kubacki - na dopiero 39., ostatnim miejscu. Po konkursie był bardzo rozczarowany, w rozmowie ze Sport.pl przyznał się do błędu popełnionego w pierwszej serii.
Na niedzielę zaplanowano drugi konkurs indywidualny. O godzinie 14:30 rozpoczną się kwalifikacje, a półtorej godziny później pierwsza seria zawodów. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.