Polscy skoczkowie, choć ostatnio indywidualnie osiągają najlepsze wyniki w tym sezonie, dalej nie wyszli z największego kryzysu od lat. Miejsca w najlepszej dziesiątce i szanse na podium Aleksandra Zniszczoła i Piotra Żyły to pozytywne akcenty tej bardzo smutnej zimy, ale nie przykryją jej ogólnego odbioru: ten na pewno będzie negatywny. A dla Thomasa Thurnbichlera gotowy jest już zestaw kolejnych zadań: chodzi nie tylko o dalsze szukanie szans na pokonanie niemocy Polaków, ale także skonstruowanie planów na przyszłość polskich skoków i zajęcie się szkoleniem juniorów.
O sytuacji Thurnbichlera mówi Sport.pl legenda austriackich skoków, Toni Innauer. Jako zawodnik w 1980 roku w Lake Placid został mistrzem olimpijskim, a cztery lata wcześniej na igrzyskach w Innsbrucku wywalczył srebro. Był także wicemistrzem świata w lotach narciarskich w Vikersund w 1977 roku. Po zakończeniu kariery skoczka przez kontuzje w wieku zaledwie 23 lat został trenerem. W tej roli dwukrotnie prowadził kadrę Austriaków, prowadząc ją do dwóch zwycięstw w klasyfikacji Pucharu Narodów, Andreasa Feldera do Kryształowej Kuli w 1991 roku, Ernsta Vettoriego do mistrzostwa olimpijskiego podczas igrzysk w Albertville w 1992 roku, a Heinza Kuttina w 1991 i całą drużynę dziesięć lat później do tytułu mistrzów świata. Był także dyrektorem skoków w austriackim związku wspierającym kolejnych trenerów pracujących w zespole, w tym Alexandra Pointnera. Obecnie 65-latek pracuje w swojej agencji marketingowej i menedżerskiej, a także udziela się jako ekspert przy transmisjach zawodów Pucharu Świata. Thomas Thurnbichler uważa Innauera za jednego ze swoich mentorów.
Toni Innauer: Od lat. Jestem jednym z przyjaciół i rywali jego ojca. To z początków czasów, gdy skakałem. Na moich pierwszych mistrzostwach Austrii byłem drugi, właśnie za Helmuthem. Później rywalizowali ze sobą nasi synowie: Mario ze Stefanem i Thomasem. Helmuth był też trenerem Mario w Tyrolskim Związku Narciarskim. Nasze historie przeplatały się wiele razy.
- Rozmawialiśmy jeszcze zanim wyjechał do Polski. Był zainteresowany tym, jak to widzę, moją opinią. Mieliśmy kilka dyskusji i wymieniliśmy parę pomysłów, z których później mógł skorzystać. Jest bardzo zaangażowanym i dobrze wyedukowanym trenerem. Ma dużą wiedzę o sporcie, a do tego sporo charakteru i temperamentu. Mówiłem mu, że to nie takie proste pójść do innego kraju. Nie znasz języka, nie masz za sobą zbyt wielu osób, jeśli kogoś nie zabierzesz. Radziłem mu, żeby sprawdził, jakie będzie miał otoczenie i pozycję w polskim związku. Kto będzie za nim i kto przyjdzie mu z pomocą, gdy pojawią się trudne sytuacje. Jest wyraźna różnica w prowadzeniu zespołu w Austrii i Polsce.
- Gdyby udało się zaakceptować pierwszy koncept, ten z Alexem, wszystko byłoby chyba jeszcze bardziej interesujące. Thomas mógłby się jeszcze sporo nauczyć i zebrać kolejne doświadczenie, a nie wchodzić jednym krokiem do wanny pełnej zimnej wody. Znałem szczegóły tego planu, z którym wyszedł Alex. To była świetna i wielka rzecz. Choć oczywiście nie tak łatwa do wprowadzenia. Byłbym podekscytowany, obserwując, jak to byłoby wdrażane w Polsce, ale niestety do tego nie doszło.
Rozumiałem to, że Thomas i tak chciał zaryzykować, wyjeżdżając do Polski. Jest ambitny i wykorzystał swoją szansę. Wiedział, że Adam chce z nim pracować i zrealizować plan Alexa w nieco mniejszym wymiarze. Wziął ze sobą Marca Noelke i Mathiasa Hafele, więc miał wsparcie i nie był tam sam. Zasugerowałem mu też, że musi zebrać utalentowane osoby na miejscu i z nimi współpracować. Wszyscy muszą być na jednej łodzi, inaczej nie popłynie. To zawsze była mocna strona austriackich trenerów: nawet jeśli szli do kraju, którego nie znali, potrafili znaleźć odpowiednich ludzi i pociągnąć ich za sobą w jednym kierunku.
Pierwszy rok Thomasa był świetny, wszystko poszło naprawdę dobrze. Teraz Marca już nie ma, a wyniki są dużo gorsze i problemy się nawarstwiają. Mocno da się odczuć, że najlepsi zawodnicy się zestarzeli. Dodatkowe problemy, jak te u Dawida Kubackiego, których zwyczajnie nie da się przewidzieć, tworzą więcej presji. To naturalne, że w takich okolicznościach mógł przyjść kryzys.
- Z tak skonstruowanym zespołem, skoczkami powyżej 30. roku życia, nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny rok. Mają na nich wpływ konkretne czynniki i nie jest łatwo podtrzymać sportową jakość, gdy zbliżasz się do "40". Nie jest łatwo je kontrolować, np. wagę. Zawsze masz tylko więcej pracy i coraz częściej trudno wyciągnąć z tego małego ciała skoczka tyle, ile trzeba do wejścia na odpowiednio wysoki poziom. Inaczej patrzysz też na fakt, że cały rok nie ma cię w domu.
Sporo zmienia się też w samym świecie skoków. To mogą być naprawdę małe detale, także te w przepisach. Może jest pewna różnica pomiędzy skokami w Polsce i Niemczech, Austrii czy Słowenii. Mają bardzo konkretne struktury działające od lat tak, jak je poukładano. O wiele szybciej reagują na zmiany. Weźmy sprzęt: Mathias Hafele jest świetny, ale jest tylko on. Czasem z pomocą innych, ale jednak wszystko jest na jego głowie. A zmian jest ostatnio coraz więcej: w kombinezonach były zawsze, ale np. w smarowaniu nart już nie. Wiele razy można było pomyśleć, że są firmy produkujące narty, smary się nie zmieniają, więc jakoś to będzie. Teraz wraz z zakazem używania smarów fluorowych mamy spory przewrót w tej dziedzinie. Widzę, że stworzyła się spora różnica, a najłatwiej było się w tym odnaleźć największym nacjom. To one mają najlepsze prędkości na progu, a bez nich trudno myśleć o wygrywaniu. Tak to działa.
Jeśli Polska zaakceptowałaby pomysł Alexa Pointnera, być może przyszłoby to im łatwiej. Tam były na to rozwiązania. A teraz widać, że pojawiły się braki. Piotr Żyła i Kamil Stoch często sami z siebie nie byli najszybsi na progu, mieli problemy. A teraz dołóżmy do tego straty, które są od nich niezależne i tracą kontakt z czołówką. Jeżdżą jakby z kilku belek niżej. Świetnie to rozumiem, bo sam miałem problemy z najazdem i traciłem po półtora kilometra na godzinę w każdym skoku. Tego nie da się łatwo zrekompensować.
- Na wszystko wpływa przede wszystkim inny czynnik: skoki są bardzo osamotnione w gronie sportów zimowych na najwyższym poziomie w Polsce. Nie macie wymiany wiedzy i rozwiązań pomiędzy narciarstwem alpejskim, biathlonem czy biegami narciarskimi. W innych krajach każdy z tych zespołów pracuje nad zmianą, jeśli ta dotyczy wszystkich sportów i potem można się dzielić tym, co się opracowało. Gdy w jednej dyscyplinie coś odkryją, to potem mogą to stosować wszędzie, jeśli tylko jest możliwość.
- Nie tak szybko, jak można by oczekiwać. Nie w ciągu dwóch miesięcy, bardziej w ciągu kilku lat. Co jeszcze mają inne kraje? Dyrektora, szefa dyscypliny, który stoi za głównym trenerem i mu pomaga. Ja pełniłem taką funkcję, gdy trenerem w Austrii był Alex Pointner. O wiele łatwiej było mu pracować ze mną u boku, pomagałem we wszystkim. Musiałem wiedzieć, jakie problemy mamy u juniorów, rozmawiać o możliwości produkcji i szycia kombinezonów na własną rekę w naszym kraju i załatwić wiele spraw, żeby główny trener nie musiał się nimi zajmować. On dostawał ode mnie krótką informację o tym, co się udało, zbierałem od niego nowe zadania. Nigdy ich nie brakowało.
To nie były tylko małe, tymczasowe kwestie. Opracowałem system mentorski, który wspierał nie tylko zawodników, ale także trenerów. Pomogłem kobiecym skokom, które wtedy zaczęły się rozwijać i weszły na wysoki poziom. Zawsze o nie walczyłem, założyłem choćby program współpracy z klubami, który odmienił ich sytuację. Taka pomoc skoczkiniom przydałaby się też Polsce. To może być wsparciem dla całej dyscypliny, pomaga jej wizerunkowi. W moim przypadku nie wszystko wyszło, nie wszystkie zmiany miały kluczowe znaczenie, ale wierzę, że odpowiednio odciążały innych.
- I ma rację, potrzebujecie takiej osoby. Jest Adam Małysz, który wciąż pozostaje przy skokach i kadrze, wspiera Thomasa, ale jako prezes związku ma też wiele innych obowiązków. A potrzeba kogoś pracującego tak, jak on i Stefan Horngacher, a potem Michal Doleżal od 2016 do 2022 roku. Bezpośredniej relacji z gościem, z którym rozumiesz się bez słów i działasz tak, jak przez lata to było ze mną i Alexem.
- Ale wtedy wszystko dopiero nabierze prędkości, prawda? Taki szef skoków potrzebowałby więcej czasu i przyzwyczajenia do nowej roli. Wtedy trzeba byłoby zaufać, że nie będzie sprzeczał się dużo z trenerem i jedynie starał się być jego przedłużeniem, pomagał. Tu trzeba przede wszystkim patrzeć na okoliczności i powody, dla których ściągnięcie takiej osoby jest tak ważne. Z drugiej strony, w Austrii te obowiązki spoczywają na Mario Stecherze, który niedługo może stać się dyrektorem sportowym całego związku. I tu też będą szukać odpowiedniej osoby na takiego szefa skoków. Kogoś podobnego potrzeba też w Norwegii, gdzie ze stanowiska odejdzie Clas Brede Braathen. Może faktycznie czas sięgnąć po więcej młodych i postawić przed nimi takie wyzwania.
- Werner Schuster. Był trenerem niemieckiej kadry przez dwanaście lat, jest świetnie wykształcony, a teraz zajmuje się niemieckimi juniorami. To inteligentny trener, który potrafi stabilnie sięgać po dobre wyniki. Byłby dobrym wyborem dla każdego kraju szukającego kogoś takiego. Ma jednak świeżo podpisany kontrakt, więc tylko podaję nazwisko, może bardziej przykład. Nie jest jedyną taką osobą. Byłem dobry we wskazywaniu odpowiednich osób przez lata pracy w Austrii, ale obecnie to nie moje zadanie, żeby wybierać dyrektorów dla wszystkich związków narciarskich zajmujących się skokami na najwyższym poziomie, ha, ha.
- To normalne. W Austrii wielokrotnie trenerzy robią przerwy, znajdują inne zadania i wysyłają w swoje miejsce kogoś innego, albo stawiają w tej roli asystentów tak, żeby zebrali doświadczenie przy pracy z większą odpowiedzialnością. Złapanie dystansu też potrafi pomóc. Nie chodzi o to, że pomiędzy konkursami o nich zapomni, ha, ha. Mogą się pojawić nowe pomysły, potem nad nimi popracuje i tak wykorzysta ten czas. To naturalne i potrzebne w pracy trenera. Taka przerwa to jej nieodłączna część, powinno się z nich korzystać.
- Tak się to załatwia. Musisz ocenić jako trener czy dyrektor, kto powinien rozmawiać z kim, komu może brakować motywacji, zrozumienia problemów zespołu. Thomas jest w tym wszystkim sam. A to za dużo jak dla jednej osoby. W Austrii zawsze długo dyskutowaliśmy nad tym, kto będzie tym, który ogłosi jakieś złe wieści, czy będzie ostrzej rozmawiał z zawodnikami, ale też kogo poślemy do nich, gdy wszystko się układa i kiedy nie można niczego zepsuć. Chcieliśmy zawsze odpowiednio zadziałać na korzyść głównego trenera. A w Polsce wszystko obecnie jest na barkach Thomasa. Polski związek powinien to zauważyć i pracować nad rozwiązaniem, które mu pomoże.
- To za dużo, jeśli miałby nad tym pracować tylko główny trener. Trochę przypomina mi to moją historię z końcówki lat 80., kiedy zaczynałem pracę w Austrii, a nie było tu jeszcze dobrze wykształconego systemu. Trzeba było pracować nad juniorami, choć nie do końca miało się do tego narzędzia, jednocześnie zarządzając główną kadrą. Po igrzyskach olimpijskich w Albertville, będąc w tej samej sytuacji, zrozumiałem, że jestem bliski wypalenia. Potrzebowałem odejścia od pracy przy skokach po trzech latach pełnych sukcesów. Później sporo się zmieniło, przyszedł Peter Schroecksnadel i przywrócił mnie jako tego człowieka, który będzie pomagał wszystko tworzyć zza pleców głównego trenera.
Celem było stworzenie systemu, który będzie wspierał trenera. Musieliśmy zadbać o tych, którzy dla nas pracują, tak, żeby nie rujnować ich zdrowia. To dlatego powiększa się zespoły tak jak dzieje się to w Austrii czy Niemczech. Pewnie w Polsce też, choć Thomasowi brakuje kogoś, kto w większym stopniu by go odciążył. Na początku miałem pod sobą cztery dyscypliny, zajmowałem się mediami. Teraz w związku jest o wiele więcej funkcji i ludzie od każdego z tych zadań osobno. W Austrii mieliśmy już wtedy i mamy teraz osobę działającą pomiędzy kadrami - od juniorów, po kadrę B i skoczków z Pucharu Kontynentalnego aż po kadrę A i narodową. To była najczęściej rola Haralda Haima lub Paula Ganzenhubera. Pomagali w systemie, zwłaszcza pod kątem tego, co w dalszym etapie można wykonać z juniorami.
- Nie. Trzeba docenić jakość jego pracy jako trenera podczas zawodów. Jestem pewny, że ma cały zestaw pomysłów, które może wykorzystywać w czasie treningów i indywidualnej pracy z zawodnikami. Thomas wykonuje dobrą robotę, po prostu potrzebuje wsparcia.
Zresztą warto też pamiętać, że najlepiej w tej pracy funkcjonuje się młodym. Gdy masz siłę, żeby dużo podróżować, pracować całe dnie i zarywać noce, gdy trzeba. To daje dużo doświadczenia na późniejszy okres, gdy możesz, a czasem wręcz potrzebujesz, zmiany stanowiska i własnych zadań. W przyszłości, po przepracowaniu odpowiedniego okresu jako trener, Thomas faktycznie będzie w stanie być dobrym dyrektorem czy menedżerem.
- Mieliśmy krótką rozmowę. Sytuacja z Markiem stworzyła pewien problem. Thomas nie miał jak porozmawiać z kimś na tym samym poziomie, pracującym w zespole i znającym dokładnie jego kłopoty. Nie miał z kim rozumieć się bez słów. Kiedy tracisz taką osobę, a w pracy nawarstwiają się problemy, robi się coraz trudniej, bo jesteś w tym wszystkim bardzo samotny. Nie można tego pomijać. Ta praca to zajęcie na całe dnie, musisz być ciągle pod prądem. Tu non stop trzeba reagować na problemy i je zwalczać. Dlatego potrzeba pewnego rodzaju nadzoru. Ktoś powinien przyglądać się trenerom, rozmawiać z nimi regularnie, a z drugiej strony szkoleniowcy muszą mieć świadomość, że mają do kogo przyjść z problemem.
- Marc potrafi być osobą ekstremalnie pozytywną i wspierającą zespół w świetny sposób, ale też ekstremalną w sposób, który nie pomaga grupie. Cóż, to przecież nie pierwszy raz, kiedy angażował się za bardzo i najwyraźniej przekroczył pewną granicę, choć nie mi to w pełni oceniać. Nie wiem, dlaczego, ale ma taki wybuchowy charakter. Niełatwo go opanować, zwłaszcza gdy nie masz nikogo nad sobą, kto mógłby ci w tym pomóc. Jednocześnie bez niego nie ma osoby, która pomogłaby odpowiednio regulować pewne kwestie, zarządzać nimi. To na pewno niełatwa sytuacja.
- Dajcie mu wsparcie, a wszyscy będziecie szczęśliwi, Thomas i Polska. Jestem tego pewny. Wiem, że jego zaangażowanie do pracy w skokach i motywacja do wywiązywania się z własnych obowiązków jest na odpowiednim poziomie. Jest właściwym człowiekiem we właściwym miejscu, ale potrzebuje pomocy.