Nowy turniej skoków w Polsce potwierdził fenomen. To aż nienormalne

Jakub Balcerski
PolSKI Turniej jest chwalony przez Niemców, zazdrosnym okiem spoglądają na nas Włosi. I choć nowe zawody w kalendarzu Pucharu Świata dopiero pracują na swoją tożsamość, to towarzyszy im fenomen: polscy skoczkowie mają najgorszy sezon od lat, a i tak tysiące fanów z flagami, szalikami i nadziejami marznie w oczekiwaniu na sukces - samymi będąc największą nagrodą dla skoczków.

- Oceny są na razie pozytywne, ale ja będę cały czas podkreślał: podsumujemy to sobie na koniec sezonu i zobaczymy, czy tędy droga - mówił nam - jeszcze przed PolSKIm Turniejem - sekretarz generalny PZN Jan Winkiel. Ale już w trakcie zawodów w Wiśle Winkiel, Adam Małysz, czy cała grupa organizatorów odbierała coraz więcej gratulacji, pochwał i skinięć głowami z wyraźnym uznaniem.

Organizacja turnieju nie zawodzi, a weekend w Wiśle spełnił oczekiwania. Pracujący przy zawodach mówią, że głosów oceniających ich wysiłek nie chcą słuchać. Zadowolenie przyjdzie, gdy to wszystko się skończy. A do tego momentu niech tym wszystkim cieszą się inni.

Zobacz wideo Adam Małysz załamuje ręce nad polskimi skokami

FIS wreszcie odpowiednio docenił Polaków. Osiągnęli szczyt

PolSKI Turniej najłatwiej odebrać jako ukłon Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) w stronę Polaków. Po latach chodzenia na kompromisy, czy ratowania kalendarza Pucharu Świata i innych cyklów dodatkowymi konkursami, wreszcie udało się zrobić coś w pełni z własnej inicjatywy, a FIS temu przytaknął. To oczywiście nie było takie proste, wymagało negocjacji, upartości i wielkich chęci, ale się udało.

- Fajnie, że dostaliśmy ten turniej, choć niektórym się to nie podobało, ale to jest miejsce, w którym możemy się pokazać, coś dołożyć do pozytywnych ocen, które mamy już z organizacji zawodów w Wiśle i Zakopanem. Dlaczego nie Szczyrk? To inna, mniejsza skocznia. Będzie w tej rywalizacji sporo roszad, bo mamy nową skocznię w Wiśle, której nikt nie sprawdzał przed zawodami, jest Szczyrk, którego nie było w Pucharze Świata, a do tego jeszcze inna od nich Wielka Krokiew. To coś świeżego. Oby tego powiewu starczyło też dla naszych zawodników - mówił Sport.pl Adam Małysz.

W pewnym sensie Polacy osiągnęli szczyt drabiny, po której wspinali się przez lata: trudno oczekiwać czegoś jeszcze większego od własnego turnieju, cyklu zawodów organizowanych w kilka dni. Taką opcję do tej pory mieli głównie Niemcy, Austriacy i Norwegowie. Teraz wreszcie pojawiła się także w Beskidach i Tatrach.

Szef niemieckich skoków kibicuje Polakom. "Macie wiele potencjału i entuzjazmu"

- Mam nadzieję, że to nie będzie tylko jednorazowa sprawa - oceniał w rozmowie ze Sport.pl, tuż po Turnieju Czterech Skoczni, Horst Huettel. - Na razie wiele osób skupiało się na tym, co działo się w Austrii i Niemczech i nie zastanawiało się, co potem. Ciekawe będzie zobaczyć, jak zareagują na pierwszą edycję takiej imprezy w Polsce - dodał.

- Widać na przykładzie TCS, że gdy pracujesz na własną markę, stawiasz kroki na kolejne lata. Dlaczego turniej w Polsce nie może urosnąć do o wiele wyższej wagi? Cała społeczność skoków potrzebuje Polski, waszych kibiców i skoczków w dobrej formie. Wiem, że teraz to nie takie proste, ale w zeszłym sezonie w Niemczech byliśmy w tej samej sytuacji. Macie jednak wiele potencjału i entuzjazmu, co sprawia, że nasi zawodnicy z chęcią przyjeżdżają na zawody w Polsce - ocenił Huettel.

PolSKI Turniej jak niemiecki FIS Team Tour. "Czemu nie?"

PolSKI Turniej to rywalizacja drużyn, a to czyni tę imprezę podobną do tego, co działo się w Niemczech w latach 2009-2013 w ramach FIS Team Tour rozgrywanego w Oberstdorfie, Klingenthal i Willingen. - Faktycznie ma podobny styl i sposób rozstrzygania o zwycięzcy. Musieliśmy skończyć działania przy Team Tourze w 2013 roku ze względu na problem ze sponsorami. Mieliśmy konflikt dwóch firm i jedna z nich się wycofała. W planie mieliśmy tylko rok przerwy, ale potem traciliśmy kolejnych partnerów. Szkoda - ocenił Horst Huettel.

- To ogółem był bardzo dobry pomysł, ciekawa inicjatywa. W sumie czemu nie kontynuować tego właśnie cyklem w Polsce? Wiemy, że to działa, oby dobrze funkcjonowało także w nowej wersji - wskazał niemiecki działacz.

Włosi patrzą na PolSKI Turniej i wzdychają. Chcieliby takiego samego w narciarstwie alpejskim

Nowe zawody w świecie sportów zimowych zauważono także we Włoszech. Na portalu oasport.it pojawił się artykuł o PolSKIm Turnieju w ciekawym kontekście: dziennikarz Francesco Paone zastanawia się w nim, dlaczego Włosi nie byli w stanie stworzyć czegoś podobnego, choć nie w skokach, a w narciarstwie alpejskim. Wskazuje, że ich wielkiej postaci, Alberto Tomby, nie da się porównać do Adama Małysza czy Kamila Stocha, choć jako jedyny miał potencjał, żeby choćby nawiązać do zainteresowania, jakim ci skoczkowie cieszyli i nadal cieszą się w Polsce.

Dodaje też, że choć od zakończenia kariery przez Tombę minęło 26 lat, to w ostatnim czasie Włosi dostali kilka nowych nazwisk, które mogłyby wzmocnić wsparcie kibiców dla alpejczyków, w tym Federikę Brignone, Sofię Goggię czy Dominica Parisa. Problem w tym, że nie wywołały one fali zainteresowania dyscypliną. "Dla Polaków PolSKI Turniej to kulminacja ambicji, które mieli już od jakiegoś czasu. To spełnienie marzeń, choć Małysz skończył ze skokami w 2011 roku. (...) Dlaczego to się wydarzyło? Może dlatego, że Polacy mieli Kamila Stocha, a potem Piotra Żyłę i Dawida Kubackiego. We Włoszech takiej dynamiki nie dało się zaobserwować. Nie było Tomba-bis, kogoś silnego i zwyciężającego" - uważa Paone. Dodaje, że oni wciąż wzdychają do sukcesów z lat 90., a w Polsce skoki narciarskie dzięki wieloletnim okresie świetnych wyników stały się biznesem i zaprowadzono je na organizacyjny szczyt, pozwalający już nie na organizację zawodów, a tworzenie czegoś własnego.

Bez tożsamości i wielkich innowacji na skoczni. Ale to nie na tym ma zyskać PolSKI Turniej

Jednak PolSKI Turniej to na razie zawody bez tożsamości jako oddzielny turniej w kalendarzu Pucharu Świata - przed rozpoczęciem rywalizacji w Polsce niewielu dokładnie znało zasady, nadal nie wiadomo, jak wygląda trofeum (choć wiadomo było, że zwycięzca dostanie też premię 50 tys. euro), a sam klimat praktycznie niczym nie różni się od zwykłego weekendu konkursów PŚ w Polsce.

W praktyce oznacza to jedynie, że okres skakania w Polsce wydłużył się do dziesięciu dni i to większe wyzwanie dla zawodników i organizatorów. Reszta być może wykształci się z czasem: może świeżość przyniesie debiutujący w PŚ Szczyrk, może w Zakopanem będzie się dało odczuć, że to już kolejne dni spędzone niemal w jednym miejscu? Choć trudno tego oczekiwać po jednej edycji. Do tego potrzeba lat wyrabiania tradycji.

Tradycję ma już samo hasło "zawody w Polsce": konkursy w Zakopanem zna i docenia niemal każdy fan skoków, zawodnicy je uwielbiają, a Wisła swoją markę wyrobiła sobie organizowaniem inauguracji PŚ, choć często krytykowanej, to jednak rozpoznawalnej wśród kibiców. Do tego dołącza Szczyrk, który w pierwszej edycji PolSKIego Turnieju ma przewagę tego, że nikt do końca nie wie, jak poukłada się tam stawka, skoro to normalna skocznia i pierwszy raz gości w kalendarzu.

I wydaje się, że to właśnie na prostocie myślenia o konkursach w Polsce, a nie wielkiej rywalizacji o nie wiadomo co, PolSKI Turniej może zyskać. Nie musi być kopią innego turnieju. Najlepiej, żeby wykorzystać to, co organizatorzy mają pod ręką i co sprawdza się najlepiej. Bo najpiękniejszym obrazkiem obu dni w Wiśle był zdecydowanie tłum 6,5 tysiąca kibiców pod skocznią.

Fenomen pod skocznią w Wiśle. Nawet w takim sezonie Polaków

Polska kadra może mieć najgorszy sezon od lat, powodów do świętowania nie ma, ale ogrom ludzi z flagami, szalikami i nadziejami nadal marznie na trybunach i parkingu skoczni imienia Adama Małysza w Wiśle. To aż nienormalne, skoki stały się tu zupełnym fenomenem.

Niestety, najbardziej wymowne było to, jak w pierwszej serii niedzielnych zawodów skakali po sobie Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła, a po skoku każdego z nich po wrzawie i dopingu kibiców zapadała wielka cisza. To ona wybrzmiała w Wiśle najgłośniej. Nie ma co ukrywać, że w kontekście wyników kadry Thomasa Thurnbichlera, którzy zajęli szóste miejsce w konkursie duetów, a najlepszym z nich w rywalizacji indywidualnej był czternasty Żyła, to była bardziej stypa niż święto polskich skoków.

Nie można jednak fanom odmówić tego, że byli gotowi na odrodzenie Polaków, na nagły powrót ich formy. Gdyby tak się stało, byłoby tu jak zawsze. Teraz czegoś brakuje - ze strony skoczków, bo fani nie zawiedli i tak samo będzie zapewne w Szczyrku i Zakopanem. Oby zawodnicy dali im choćby odrobinę radości.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.