Małysz przyznaje. Oto cała prawda o polskich skokach

Jakub Balcerski
Adam Małysz i Thomas Thurnbichler
Fot. Agencja Wyborcza.pl/Screen Player

- Thomas podkreślał, że jadąc na te zawody, zawodnicy muszą podejść do nich bardziej jak do treningu. Że nie może być takiej napinki jak do tej pory: gdy za wszelką cenę chcieli doskoczyć do najlepszej "dziesiątki", a potem do najlepszych. Że to jest proces, że to pewnie potrwa - mówi o pomyśle trenera Polaków Thomasa Thurnbichlera na wyjazd na zawody Pucharu Świata do Engelbergu prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Adam Małysz.

Nie ma już wątpliwości, że polscy skoczkowie po słabym początku nowego sezonu Pucharu Świata znaleźli się w dołku, mają kryzys formy. Po weekendzie w Klingenthal zakończonym miejscami najpierw w drugiej, potem w trzeciej dziesiątce u Dawida Kubackiego i Piotra Żyły, a u reszty zawodników - Pawła Wąska, Macieja Kota i Andrzeja Stękały - brakiem punktów, Polacy przeprowadzili spokojny trening w Zakopanem w środę. Tam mieli wdrożyć zmiany do techniki swoich skoków, a później trener Thomas Thurnbichler wybrał skład na zawody PŚ w Engelbergu. Do Szwajcarii pojadą Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Paweł Wąsek, Maciej Kot i wracający do cyklu najważniejszych zawodów w skokach Kamil Stoch.

Zobacz wideo Apoloniusz Tajner skomentował fatalny początek sezonu polskich skoczków. "Prezentują się dużo poniżej swoich możliwości"

Treningi w Zakopanem obserwował prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Adam Małysz, który opowiada nam, jakie zmiany zauważył u Polaków na Średniej Krokwi, co zawodnikom mówił Thomas Thurnbichler i o czym on rozmawiał z Austriakiem. Ocenia też, czy w związku jest ktoś, kto poza nim potrafi uderzyć pięścią w stół i przyznaje, że polskie skoki może czekać trudny czas w najbliższej przyszłości.

Jakub Balcerski: Obserwował pan z bliska treningi polskich skoczków w Zakopanem, po których wybrany został skład na zawody PŚ w Engelbergu. Jak wrażenia?

Adam Małysz: Pojechałem tam, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądało, ale także porozmawiać jeszcze trochę z Thomasem. Żeby go wesprzeć, pokazać, że jesteśmy z nim i mamy świadomość, że to trudna sytuacja. Rozmawiałem z nim ostatnio dużo, także wcześniej podczas spotkania w Krakowie i widzę, że ma plan naprawczy, że wie, o co w tym wszystkim chodzi. Mówi o tym, co muszą zrobić i to jest zbieżne z tym, co czuję i co widzę u naszych zawodników.

Trudno byłoby mi z nim nie być. Zresztą to, co zrobił z polskimi skoczkami w zeszłym sezonie, to, jak prezentowali się wtedy, to nie był przypadek. To, co dzieje się w tym roku, wszystkich trochę zaskoczyło. Są już pierwsze analizy, skąd to się mogło wziąć. Teraz trzeba pracować. I na to potrzeba też trochę czasu. Bo to nie da się tak, że pstrykniesz palcami, jeden trening i nagle wszystko wróci do normy.

Po zawodach w Klingenthal i wypowiedziach Thomasa wydawało się, że postawi jednak na odpoczynek i przedłużony spokojny trening u zawodników. Że skoro na to nie postawił już przy konkursach w Niemczech, a obecność na nich nie przyniosła przełomu, to teraz już zdecyduje się na to rozwiązanie. Do Engelbergu jadą jednak wszyscy najlepsi. Na tę decyzję wpłynęły głównie treningi, czy może jednak od początku taki był plan?

- Powiem szczerze, że ja też byłem bardziej przygotowany na wariant, w którym podstawowi zawodnicy nie pojadą do Szwajcarii i będą trenowali przed Turniejem Czterech Skoczni, z nastawieniem na tę imprezę. Na treningach była poprawa, ale pytanie jest takie: Na ile ta poprawa jest wystarczająca? Bo te dwa treningi nie dały porównania z innymi zawodnikami. Szybkość była okej, technicznie wyglądało to o wiele lepiej. Jednak Thomas wyjaśnił zawodnikom, że nie może być tak, że w Engelbergu będzie napinka na to, że oni chcą wygrać. W takiej sytuacji wrócą stare błędy.

Czyli jedziemy tam, żeby wprowadzić ten element zawodów jako nowy element treningu. To kolejna część tego procesu, który zaczęli w Zakopanem. Ważniejszy od formy na już jest Turniej Czterech Skoczni, czy PolSKI Turniej. Skoczkowie muszą być przede wszystkim cierpliwi. To nie jest tak, że wszystko przyjdzie od razu.

W Klingenthal widać było, że przed wyjazdem do Niemiec był wyraźny podział: skoczkowie, przede wszystkim Dawid Kubacki, chcieli tam jechać, a trener, choć ostatecznie im uległ, to był po stronie spokojnego treningu, odpoczynku i odpuszczenia zawodów. Teraz też zawodnicy naciskali na wyjazd do Engelbergu, czy trener był już po stronie tego rozwiązania?

- Decyzja trenerów wciąż na pewno była podjęta pod jakimś wpływem sugestii zawodników. Oni chcą startować. I dla trenera to jest zawsze trudna decyzja, bo tak: zostaniesz i zawodnicy będą niezadowoleni, woleliby startować, więc trening nie przyniesie odpowiedniego efekty, a jeśli pojedziesz, to nadal możesz uważać, że jednak przydałoby się kadrze jeszcze kilka skoków treningowych, żeby ustabilizować to, co udało się wypracować.

Dlatego Thomas podkreślał, że jadąc na te zawody, zawodnicy muszą podejść do nich bardziej jak do treningu. Że nie może być takiej napinki jak do tej pory: gdy za wszelką cenę chcieli doskoczyć do najlepszej "dziesiątki", a potem do najlepszych. Że to jest proces, że to pewnie potrwa. I nawet jeśli ktoś tam wskoczy, to nie jest powiedziane, że na dłużej tam zostanie. Bo jeszcze nie jest to na tyle stabilne, żeby faktycznie miało się tak stać. I ten proces musi dalej przebiegać.

Zarówno pan, jak i Thomas zwracaliście uwagę na to, że problem w przypadku techniki leżał głównie w pozycji najazdowej. W Zakopanem to ona była lepsza, czy zmiany pojawiły się w innych elementach?

- Cały czas pracowali nad pozycją, żeby ją ustabilizować. Wydaje się, że była znaczna poprawa. Czy ona jest wystarczająca? Ciężko jest mi w tym momencie powiedzieć. Nie mieliśmy takiego odniesienia do tego, w jakim dokładnie miejscu chłopaki są. Bo poprawa była widoczna, tak, ale czy ona jest odpowiednia na ten poziom, który obecnie jest w Pucharze Świata? Bez tego testu, na który pojadą do Engelbergu, pewnie nie bylibyśmy w stanie tego stwierdzić. Taka sytuacja była już przed sezonem w Lillehammer, gdy naszemu sztabowi wydawało się, że jest dobrze, a Norwegowie to już w ogóle myśleli, że oni to są w znakomitej formie, bo przecież tak Polakom odlecieli. Ale to nie jest takie proste.

Do Turnieju Czterech Skoczni, czy PolSKIego Turnieju nie zostawiało wiele czasu. Wkrada się u pana nerwowość, czy gdy kiedy słyszy pan o planie od trenera i widzi to, co zobaczył w Zakopanem na treningach, to uznaje pan to za dobry sposób na rozwiązanie problemów i uważa, że głównych celów tego sezonu nie trzeba będzie przekreślać, pomimo utrzymującej się słabszej formy?

- Ja osobiście, ale nie mówię tego ani jako prezes związku, ani jako zwierzchnik Thomasa, czy skoczków, a bardziej jako zawodnik: wolałbym zostać i potrenować, żeby złapać sto procent pewności, że jestem w stanie rywalizować z najlepszymi. I że jestem stabilny, nie mam już skoków, które przyniosą mi niepewność. Ale to tylko moja opinia, to ja bym zrobił. Każdy z nas jest inny, każdy czegoś innego potrzebuje, więc nawet nie chciałbym sugerować zawodnikom, czy Thomasowi, co mają zrobić. Mogę tylko powiedzieć, co sam bym zrobił, korzystając z mojego doświadczenia. U mnie to zawsze działało, ale trudno mi powiedzieć, czym skutkowałoby w tej sytuacji i u tych zawodników.

Dwa lata temu sytuacja była dość podobna. Kryzys w ostatnim sezonie Michala Doleżala też był głęboki, a zawodnicy nie chcieli odpuszczać startów. Pan stał mocno przy opinii, że lepiej byłoby odpocząć i spokojnie potrenować, poza Pucharem Świata. W końcu skoczków zmusiły trochę do tego pozytywne wyniki testów na koronawirusa, po których zostali w Polsce. Potem, nawet w tak trudnym i słabym sezonie, Dawid Kubacki został brązowym medalistą olimpijskim. Nie ma pan poczucia, że w którymś momencie teraz możecie przegapić odpowiedni moment na taki ruch jak wtedy?

- Wtedy takie realne wycofania ze startów były dwa. Kamil Stoch jechał na Turniej Czterech Skoczni, a jego forma nie była taka, jakiej wszyscy byśmy oczekiwali i jakiej oczekiwałby sam Kamil. I Kamil ten Turniej po zawodach w Innsbrucku opuścił. Wrócił do domu i spokojnego treningu. Wcześniej grupa zawodników pojechała do Ramsau po konkursach w Wiśle. To było jednak rozwiązanie mocno narzucone, przeforsowane przez poprzedniego prezesa, Apoloniusza Tajnera. Ale ani zawodnicy, ani trenerzy w to za bardzo nie wierzyli. Dlatego to nie miało prawa zafunkcjonować.

I tu jest klucz: jeśli zawodnicy w to uwierzą, to ma to sens. Jeśli nie, to nawet jeśliby to było słuszne, to nie zafunkcjonuje.

Nie zgodzę się jednak z wypowiedzią Dawida Kubackiego z Klingenthal. Nie chcę być i nie jestem przeciwko Dawidowi, może mieć swoje zdanie, ale sam myślę, że zawodnik nie jest w stanie poprawić błędów, czy wypracować formę na zawodach. Nie spotkałem się z czymś takim, żeby zawodnik pod presją, gdy nie ma na nic czasu pomiędzy konkursami, był w stanie wyjść z jakiegoś kryzysu. Potrzeba czasu, spokoju, rozwagi i wejścia w inny tryb.

Boi się pan, że to będzie sezon na stracenie? Fakt, że zawodnicy szukają formy, a do końca najważniejszego okresu tej zimy zostało półtora miesiąca, chyba może martwić.

- Boję się. I chciałbym się mylić, wierzę w to, że jesteśmy w stanie bardzo się poprawić, ale jednocześnie z tyłu głowy mam to, w jakim momencie teraz jesteśmy. Że może być już za późno, żeby w Turnieju Czterech Skoczni rywalizować jak zawsze, czyli walczyć o zwycięstwo. Tego trzeba być świadomym. Jestem przekonany, że ta wspomniana poprawa się pojawi, ale ciężko patrzeć realistycznie na to, że mielibyśmy walczyć tam o podium. Bardzo bym chciał, wszyscy by chcieli, ale wiemy, że będzie ciężko.

Dlatego bardzo ważny będzie dla nas PolSKI Turniej. On jest zaraz po Turnieju Czterech Skoczni i zawsze jest tak, że gdy nie idzie, to jest pewna frustracja. Trudno po takich porażkach się pozbierać, dlatego kluczowe będzie robienie małych kroków, które mają zawodnikom pozwolić wrócić do lepszej dyspozycji.

Wygląda na to, że, wliczając obecną zimę, w dwóch z ostatnich trzech sezonów w polskich skokach pojawił się dołek, czy kryzys formy. I pewnie możliwe, że tak jak w dwóch poprzednich, tak i teraz, dojdzie do zmian w sztabach kadr. To też nie napawa optymizmem, prawda?

- W tym roku zaczęliśmy pewien proces. I można sobie wróżyć, czy nasz nowy system, w który wierzymy bardzo, czy to wypali. Nie da się być tego pewnym w stu procentach. Te zmiany w szkoleniu juniorów miałyby nam przynieść kolejne talenty, zawodników, którzy mieliby odnosić sukcesy w przyszłości. I teraz nie ukrywajmy: mamy jednych z najstarszych zawodników w stawce Pucharu Świata. Nie możemy cały czas wymagać od nich cudów. Że oni ciągle będziemy odnosić sukcesy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, czy że znowu uratują nam tyłki. Oni od lat są na szczycie, w świetnej formie, więc kryzysy, czy dołki przychodzą, to normalne. Nikt nie spodziewał się jednak, że ten na początku obecnego sezonu będzie tak głęboki. Teraz musimy zrobić wszystko, żeby ten kryzys załagodzić, ale też zakasać rękawy, wziąć się do roboty i podnieść poziom młodszych skoczków.

Polska kadra skoczków jest "wiekowa", kadra B od lat niestety nie przynosi zawodników, którzy realnie na nich napierają, a juniorzy, choć wygląda na to, że mają potencjał, nie są doraźnym rozwiązaniem. Ma pan z tyłu głowy, że to się może nie domknąć i powstanie dziura, przez którą dobrych wyników przez jakiś czas może zabraknąć?

- Na pewno dalej mamy nadzieję i marzenie, że będzie tak, jak wtedy, gdy ja odchodziłem. Wtedy przyszedł Kamil, Piotrek, Dawid. My dalej tym żyjemy. Szkolimy zawodników w programie Szukamy Następców Mistrza, kiedyś LOTOS Cup, dziś Orlen Cup. Zawsze była dziura pomiędzy tym cyklem a kadrą juniorów, a potem kadrą juniorów i seniorów. Teraz próbujemy ją zasypać usprawnieniem szkolenia zawodników w Szkołach Mistrzostwa Sportowego. Musimy też być przygotowani na to, że faktycznie tak się może wydarzyć. Że będzie jakiś okres - rok, dwa, czy trzy, gdy będziemy musieli to przecierpieć, odczekać, zanim pojawią się inni zawodnicy. I czy w ogóle się pojawią.

Z jednej strony trzeba być optymistą, myśląc, że tak będzie, ale z tyłu głowy warto mieć świadomość, że przez pewien okres może nie być tak dobrze jak do tej pory. Będziemy robić wszystko, żeby do tego nie doszło. Ale też nie jesteśmy magikami. Inwestujemy w to razem z ministerstwem i sponsorami spore pieniądze, wierzymy w to, robimy wszystko wokół tego, ale nie jesteśmy zawodnikami. Możemy mieć najlepszych trenerów na świecie, a wszystko i tak dalej zależy od młodzieży, na którą trafimy.

System, który wprowadziliście do polskich skoków na ten sezon, jest wielopoziomowy, ale jego głową jest Thomas Thurnbichler, jako trener główny. Jak się z tej roli wywiązuje, jak wygląda jego zwierzchnictwo nad pozostałymi gałęziami systemu i pozostałymi trenerami, kadrami?

- Na pewno nie jest to proste. Trener główny faktycznie powinien być odpowiedzialny za cały system w danej dyscyplinie. To on jest jego głową. Mieliśmy wielokrotnie trenerów, jak Stefan Horngacher, czy wcześniej Hannu Lepistoe, po których nic nie pozostało. Zrobili swoją robotę, wykonali własne dzieło, opuścili nasz kraj, a Polska nie ma nic. Dlatego zatrudniając Thomasa, chcieliśmy i chcemy dalej, żeby coś po okresie jego pracy tutaj pozostało. Żeby była też pewna odpowiedzialność trenerów zagranicznych, którym płacimy niemałe pieniądze.

Nawet jeśli oni odejdą, zostaną zwolnieni, cokolwiek, to żeby nie było tak, że pozostanie po nich tylko pustka. Jeśli ci trenerzy będą się zajmować tylko pięcioma-sześcioma zawodnikami ze "swojej" kadry, to w życiu tego nie wykorzystamy. Muszą przekazywać swoją wiedzę młodszym trenerom, innym zawodnikom i grupom. I myślę, że to zaczęło w tym roku właśnie tak funkcjonować. To jest pewien proces, którego nie da się przeskoczyć. To się może tworzyć nawet parę lat, zanim zostanie na tyle wdrożony, żeby w pełni funkcjonował. Wierzę jednak, że już, choćby w juniorach, w pewnym stopniu funkcjonuje.

O tym też rozmawiał pan teraz z Thomasem? Wspominał pan w wywiadzie dla Interii, że "obiecał koncentrować się mocniej na młodszych skoczkach", a w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet, że "ma to układać dalej po sezonie".

- W zasadzie na każdym spotkaniu z Thomasem na ten temat rozmawiam. Wiem, że jest świadomy tego, jak ważny to dla nas temat. Na tyle, ile potrafi w tym momencie, to działa w tym kierunku i sobie w tym radzi. Sam wie, że musi jeszcze bardziej przyłożyć rękę do młodszych zawodników, żeby oni podnosili poziom zdecydowanie szybciej. To jest trochę tak, jak ja przychodziłem do PZN-u jako prezes. Wydawało mi się, że te wszystkie plany, rewolucje, zmiany, czy idee, to jest ładne, fajne, a grupa, która ze mną pracuje, to akceptuje. Nie przypuszczałem jednak, że to będzie tyle trwało. Myślałem, że jesteśmy w stanie to wszystko wdrożyć o wiele szybciej. Niestety, musiałoby u nas pracować jeszcze z 200 osób więcej, żeby to wszystko przyspieszyć. I tak uważam, że w przeciągu półtora roku pracy dokonaliśmy naprawdę wiele. Podobnie jest z trenerami i systemem funkcjonującym we wszystkich dyscyplinach.

A nie brakuje panu w PZN-ie dyrektora ds. skoków? To pana poprzednia rola, teraz jest trener główny, czyli Thomas, pan jako prezes i Łukasz Kruczek czyli team manager, ale sam mówił w wywiadzie dla Sport.pl, że bardziej zajmuje się sprawami organizacyjnymi, pomocą kadrze i trenerom, niż decyzyjnością. Że nie do końca jest, jak Mario Stecher w Austrii, Clas Brede Braathen w Norwegii, Gorazd Pogorelcnik w Słowenii, czy Horst Huettel w Niemczech.

- Gdy wchodziłem do PZN-u, miałem pomysł na funkcję koordynatorów dyscyplin, którą stworzyłem. To byli tacy dyrektorzy sportowi, tylko w każdym ze sportów w związku. Trochę to nie zadziałało. Łukasz dawał sobie radę, w biegach było w porządku, ale w innych dyscyplinach robiło się z tym gorzej. Słyszałem też głosy w stylu: "Koordynator to nie dyrektor". Że jest traktowany tak po macoszemu, zwłaszcza jeśli chodzi o Międzynarodową Federację Narciarską (FIS), czy inne instytucje. Nie do końca się z tym zgadzałem, ale wyszło na to, że tak było, więc zarząd uznał, że nie zagrało to odpowiednio i przerzuciliśmy to na trenerów głównych, którzy w wielu przypadkach nawet woleli to robić sami.

Łukasz poszedł pomagać Thomasowi, bo on chciał osoby do pomocy w papierach, rozmowach z FIS-em i tego typu aspektach. Trudno powiedzieć, czy funkcja dyrektorska w skokach miałaby jakiś sens. Mamy dyrektora sportowego, Tomasza Grzywacza, do którego każdy z pewnymi sprawami może uderzyć i współpracować, co ma miejsce. Decyzyjność? Nie wiem, wydaje mi się, że bardziej jest tak, że Łukasz robi swoją robotę, ale mimo wszystko pewnych decyzji nie chce sam podejmować. Dzwoni, żeby to było poparte jakimś faktem, czy decyzją z naszej strony, bo jest łatwiej funkcjonować. Nie wiem, może się mylę, ale mam takie wrażenie.

A ja mam wrażenie, że jeśli ktoś musi uderzyć pięścią w stół w polskich skokach, to zawsze jest to Adam Małysz. Obojętnie, czy powinien, czy nie i jest ktoś inny, kto mógłby to zrobić. Nie jest tak?

- Czasem tak jest, to prawda. I nie zawsze powinno tak być. Bo w pewnych sytuacjach prezes jest ostatecznością, osobą, do której ktoś zwraca się, żeby uderzyła pięścią w stół i podjęła poważną decyzję. Ale na niższych poziomach, czy w konkretnych sytuacjach, po to ma się tych ludzi wokół siebie, żeby to oni czasem wzięli na siebie taką odpowiedzialność. Żeby byli konsekwentni i stanowczy, ale także pomocni. To ciężka funkcja, wyważenie tego wszystkiego nie jest łatwe.

Chciałbym, żeby Łukasz częściej potrafił skorzystać z takiej pięści, o czymś zdecydował. Tak samo z innymi: z Thomasem i innymi trenerami, którzy powinni umieć powiedzieć jasno: "Tak ma być".

Była sytuacja, w której świerzbiło, żeby uderzyć, ale specjalnie się pan wstrzymywał przed takim ruchem, bo wiedział, że to nie pana rola, żeby go wykonać?

- Nie mam takiego oporu. Jak widzę, że coś jest już na ostrzu noża, to przyjdę i uderzę pięścią w stół. Jednak nie chcę się zawsze wtrącać w sprawy wszystkich grup i dyscyplin, bo mam dużo swojej roboty. A nam zawsze marzyło się, żeby te grupy funkcjonowały trochę bardziej samodzielnie. Stworzyliśmy budżety, które są im przeznaczane i to oni są za nie odpowiedzialne. Jeśli rezygnują z jakiegoś zgrupowania, albo gdzieś przegięli i zapłacili za dużo, to będą musieli trochę czegoś ująć. To uczenie zarządzania, bo te pieniądze nie są ani moje ani ich, je się dostaje od ministerstwa sportu, czy sponsorów, dostaje się je na daną rzecz i trzeba się z tego rozliczyć co do złotówki. Chcemy, żeby te grupy miały swoją autonomię. Dlatego na pewno potrzeba tam osób z charakterem, które potrafią podjąć ważną decyzję i odpowiednio zareagować na jakąś sytuację.

A jest pan pewny, że Thomas Thurnbichler to potrafi? Że w odpowiednim momencie uderzy ręką w stół i zrobi to, co trzeba?

- Naprawdę ciężko mi jest powiedzieć. W stosunku do tych starszych zawodników może mieć z tym problem. Dlatego, że ja też miałbym z tym trochę problemu. Bo jednak to są skoczkowie, którzy coś osiągnęli, wręcz powinni mieć swoje zdanie i bardzo dużo od nich zależy. Trener jednak jest potrzebny zawodnikowi. Trudno znaleźć takiego, który w stu procentach polegałby tylko na sobie. To byłoby niezdrowe.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...