Wybitny trener powiedział, że kończy karierę. Dwie godziny później przyjął ofertę z Polski

Jakub Balcerski
Harald Rodlauer to przede wszystkim były skoczek i wybitny trener, który właśnie przejął kadrę Polek i za wyzwanie postawił sobie, żeby za kilka lat mogła dołączyć do światowej czołówki skoków narciarskich kobiet. Jednak jego postać ma wiele twarzy, także tych praktycznie nieznanych do tej pory kibicom. Choćby policjanta, lokalnego polityka, piłkarza i męża fryzjerki z Traboch, gdzie wciąż mieszka, choć uwielbia z nią jeździć do Chorwacji, w której mają drugi dom.

Start nowego sezonu Pucharu Świata nie dał Rodlauerowi wymarzonego debiutu w Polsce. Widać, że dwie z trzech zawodniczek, które zabrał do Lillehammer debiutowały w Pucharze Świata, a Anna Twardosz, która zakwalifikowała się do sobotniego konkursu i zajęła w nim ostatnie, 40. miejsce, dopiero wraca do szukania dobrej formy. Ten weekend w Norwegii pokazał, że Rodlauera czeka tu wymagające zadanie i dużo pracy.

Austriak wiedział jednak, na co się pisze i liczy, że to będzie wyzwanie, które pomoże rozwinąć polskie skoki, jak i da mu kolejne ważne doświadczenie w trenerskiej karierze. Dwa tygodnie przed początkiem sezonu miałem okazję przekonać się w jego rodzinnych stronach, jak postrzegany jest u siebie i jaka jest prawdziwa skala jego dotychczasowych sukcesów. Poznałem też inne twarze szkoleniowca. A okazuje się, że, także poza skokami, ma ich naprawdę wiele.

Zobacz wideo Policjant, piłkarz, skoczek. Wszystkie oblicza nowego trenera Polek

Lokalny "Totti" przewodnikiem po posterunku Rodlauera. Z dumą wskazał logo Orlenu

Wysiadłem z pociągu z plecakiem i walizką, zszedłem z peronu i pierwszym, co zobaczyłem po przyjeździe do małego miasteczka w Styrii, Niklasdorfu, był policyjny samochód, który czekał właśnie na mnie. Na zewnątrz stała dwójka policjantów, którzy podeszli do mnie, wzięli moje bagaże do środka, a ja posłusznie wsiadłem z nimi do samochodu.

To brzmi dziwnie i musiało wyglądać podejrzanie, jeśli któryś z mieszkańców Niklasdorfu obserwował całą tę scenę. Kto normalny tuż po przyjeździe do miasta pakuje się do auta policji? Nie zostałem jednak aresztowany. Byłem umówiony z dwójką współpracowników Haralda Rodlauera, którego tutaj, poza tym, że jest szanowanym za sukcesy przez wszystkich mieszkańców regionu trenerem, zna się przede wszystkim jako policjanta.

Dojechaliśmy pod jego posterunek. Zupełnie niepozorny, bo mieści się na parterze zwykłego bloku mieszkalnego. Nie jest wielki, to tylko dwa pomieszczenia z biurkami i jedno, gdzie postawiono ławę ze stolikiem. To tam z gorącą herbatą posadził mnie mój przewodnik po tym miejscu, Carlo Pansi. Jest przyjacielem Rodlauera i doświadczonym policjantem, który za kilkanaście dni przejdzie już na emeryturę. - Przez 40 lat pracuję tylko tutaj, nie zmieniłem posterunku przez całą karierę - mówił Włoch i twierdził, że nie planuje wielkiego pożegnania. Gdy śmiałem się, że jest "Francesco Tottim posterunku w Niklasdorfie", bo słynny piłkarz w podobny sposób został legendą AS Romy, on wzruszył się, uściskał mnie i mówił, że dla Włocha to największy komplement, jaki mógł usłyszeć. Na wieszaku wisiała bluza zespołu Formuły 1, Alfy Romeo, którego Carlo jest wielkim kibicem. Wiedząc, że jestem z Polski z dumą wskazał na wyszyte na ramieniu logo Orlenu, który do zeszłego roku był sponsorem zespołu, a jako rezerwowy kierowca jeździł tam Robert Kubica.

Spytałem, czy nie przeszkadzam mu w pracy, ale uświadomił mi, że Niklasdorf to nie miejsce, gdzie dużo się dzieje. Tłumaczył, że mój przyjazd to dla niego przerwa w codziennej rutynie i miła odmiana, głównie od papierkowej roboty. Potem usiadł obok mnie i zaczęliśmy rozmawiać o Harrym, jak nazywa Rodlauera. - Zanim Harry przyszedł tu, do Niklasdorfu, pracował przez długi czas na posterunku w Trofaiach. To też w tym regionie, jakieś 15 kilometrów stąd, czyli 15, czy 20 minut jazdy samochodem. Odkąd pojawił się tutaj, coraz bardziej zbliżał się z powrotem do skoków narciarskich - wskazał.

Rodlauer rozpoczął pracę w policji jeszcze jako skoczek, zgodnie z austriackim systemem, który pozwala tak zawodnikom zabezpieczyć swoją przyszłość - właśnie w policji lub armii, ale dopóki nie skończył kariery, udzielał się w niej rzadko. Potem stała się, jak to nazywa Carlo, jednym z jego dwóch biznesów. - Łączył rolę policjanta i trenera do zeszłego roku. Teraz, choć wciąż formalnie jest zatrudniony jako policjant, zajmuje się już tylko skokami i spędza więcej czasu z rodziną - tłumaczył Carlo Pansi. - Może jeszcze wróci tu i będzie pracował więcej? Nie wiem, ale i nie sądzę. Na razie na pewno ma sporo pracy w skokach, w Polsce dobrze o tym wiecie - dodał.

Rodlauer zadzwonił powiedzieć, że przechodzi na emeryturę. Dwie godziny później dostał i zaakceptował ofertę z Polski

Na posterunku można byłoby nie poznać, że Rodlauer ma jakikolwiek związek ze skokami, bo wisi tu tylko kalendarz austriackiej policji ze zdjęciem skoczka. Jednak tu wszyscy oglądają konkursy z udziałem zawodniczek Rodlauera, gdy tylko mogą. Carlo pomiędzy zawodami i treningami często zdzwania się z Harrym i przekazuje, co u niego reszcie jego kolegów z policji. - Zimą widuję go jednak tylko na ekranie telewizora - śmiał się Włoch. Chwilę później podeszliśmy do biurka, przy którym pracował razem z Haraldem. Na ścianie wisi tam plakietka z jego imieniem i nazwiskiem, a obok wiele zapisków i jedno zdjęcie. - To sprzed kilkunastu lat. Harry siedzi tu zamyślony w lokalnej wypożyczalni samochodów, badaliśmy tam jedno przestępstwo. Więcej w terenie pracował, gdy był jeszcze w Trofaiach, tu zajmował się praktycznie wszystkim, ale też więcej siedział na posterunku - opisał Carlo Pansi.

Biurko Haralda Rodlauera na posterunku policji w NiklasdorfieBiurko Haralda Rodlauera na posterunku policji w Niklasdorfie Fot. Jakub Balcerski, Sport.pl

- Harry to raczej dobry, a nie zły policjant. Jest miły, spokojny i cichy. Rozmawia z ludźmi, rzadko musiał grać w tej pracy kogoś, kim nie jest. Gdy czasem widzę, jak zachowuje się jako trener, to jest tym samym Harrym, co na posterunku - tłumaczył.

Czy jego przyjaciel był zaskoczony, że Rodlauer zamienił Austrię na Polskę, zwłaszcza że mógł pracować u niego, we Włoszech? - Trochę tak, ale wiem, że miał na to pomysł, a Polska to w skokach narciarskich wielki kraj, nawet jeśli mają nieco słabszą kadrę kobiet. Po odejściu z kadry Austrii często dzwonił i mówił, że nie wie, co przyniesie przyszłość, że może nawet wróci do częstszej pracy na posterunku. Któregoś dnia zadzwonił i powiedział, że kończy ze skokami, że nie będzie już dłużej trenerem. Dwie godziny później zadzwonił jeszcze raz i przekazał, że właśnie przyjął ofertę z Polski i jednak zostaje przy pracy w sporcie - opowiadał Carlo Pansi.

Tak Rodlauer stracił życiową szansę na skoczni. "Chyba się zestresowałem"

- Faktycznie pozostałem raczej miłym policjantem. Nie byłem zbyt surowy, zawsze dążyłem do porozumienia, bez innych rozwiązań - mówił nam Harald Rodlauer, gdy rozmawiałem z trenerem już w jego domu, w oddalonym o 20 kilometrów Traboch. - W ostatnich latach robiłem wiele rzeczy, ale zawsze najlepiej czułem się w sporcie, w mojej pracy przy skokach narciarskich. Skakałem od dziecka i teraz rola trenera to najlepsze, co mogę robić. Praca w policji też była dla mnie fajna, ostatnie lata to był świetny czas dla mnie i moich kolegów. Ta podwójna praca, dzielenie roli trenera skoczkiń z byciem policjantem, trwała u mnie od 2004 do 2022 roku. Od tamtego momentu nie ma mnie już na posterunku, jestem tylko trenerem i mam czas tylko dla siebie, a także rodziny. Wcześniej bywało naprawdę stresująco. Zwłaszcza, kiedy byłem z moją drużyną w Austrii, mieliśmy treningi i zawody, potem wracałem do policji. A te prace to dwa inne światy. Jak dzień i noc - przyznał szkoleniowiec Polek.

Siedzieliśmy w salonie jego domu w Traboch, czyli miejscu, gdzie się urodził, a teraz żyje razem z żoną Juttą. W dniu, gdy go odwiedziłem, Rodlauer akurat wracał do domu z treningów w Szczyrku, więc oczekiwaniu na Harry'ego jego małżonka zaprosiła mnie do jej fryzjerskiego zakładu, który znajduje się wewnątrz domu, w jednym z dużych pomieszczeń. - Nie zmienił się nic od siedemnastu lat - śmiała się Jutta. Opowiadała też o mężu i wspólnej pasji do Chorwacji. - To zaczęło się ode mnie, bo jeździłam tam i kiedyś pojawiła się możliwość kupienia pięknego domu w Savudriji. Przyznaję, namówiłam na to Harry'ego. Jeździmy tam od lat, często całą rodziną. Nie musimy planować wakacji, bo wiadomo, gdzie pojedziemy. Do naszego miejsca na Ziemi - mówiła z uśmiechem.

 

Poleciła mi też zejść po schodach do holu przed garażem. Tam stoi wyjątkowa szafka, a w niej kilkadziesiąt trofeów i medali. Wszystkie dość stare, bo to trofea Haralda-skoczka. Poza tymi złotymi medalami i pucharami za zwycięstwa, dostrzegam jeden kielich za... dziewiąte miejsce. Wyjątkowy, bo wiąże się chyba z najciekawszą historią z kariery Rodlauera. Pochodzi z 1986 roku i zawodów w Oberstdorfie, gdy Rodlauer po pierwszej serii prowadził, mając wielkie szanse na zwycięstwo. Drugi skok jednak zepsuł i zawody skończył dziewiąty.

- Co roku w grudniu jeździliśmy na Puchar Europy do Szwajcarii, odbywał się w Sankt Moritz. Najlepszych dwóch z dwunastu zawodników z Austrii podczas tych konkursów dostawało powołanie na Turniej Czterech Skoczni. W Sankt Moritz po pierwszej serii wtedy, w 1986, byłem chyba czternasty i czwarty wśród Austriaków. Świetny drugi skok dał mi jednak czwarte miejsce w zawodach, najlepsze spośród naszej grupy. Pojechałem na Turniej Czterech Skoczni i tam moja forma utrzymywała się na wysokim poziomie, na treningach w Oberstdorfie ciągle byłem w najlepszej trójce. Przyszedł konkurs i wyszedł mi kolejny znakomity skok, po którym prowadziłem. A drugi? Teraz mówię sobie, że byłem w nowej sytuacji, chyba się zestresowałem. Spóźniłem ten skok i zabrakło dwóch-trzech metrów do podium - wspominał Rodlauer. - Pamiętam, że gdy przenieśliśmy się do Garmisch-Partenkirchen znów długo prowadziłem po pierwszej serii. Warunki były jednak nierówne i tuż przed najlepszą dziesiątką padł rekord skoczni. Jury zdecydowało, że powtarzamy serię. I ten powtórzony skok był już niestety tylko na 30., czy 35. miejsce - dodał.

Ściana chwały w biurze i Puchar Narodów na komodzie w salonie

I tak Rodlauer wybitnym skoczkiem nie został. Później nie został powołany do kadry na mistrzostwa świata w Oberstdorfie rok później i już nigdy nie wrócił na tak wysoki poziom, a wkrótce skończył karierę. Przysiągł sobie, że zostanie o wiele lepszym trenerem niż skoczkiem. I jedno pomieszczenie w jego domu w Traboch udowadnia, że tak właśnie się stało.

To jego biuro, na które przerobił pokój jego syna Robina, który wyprowadził się stąd najpierw do Graz, a potem pod Monachium, gdzie mieszka do dziś. Na ścianie wiszą dwa oprawione żółte plastrony, które Rodlauer otrzymywał w Austrii na koniec sezonów. Pomiędzy nimi wielki kolaż z jego zdjęciami z wieży trenerskiej i sukcesów z całej kariery. Jest też jeden plastron z dedykacją od Sary Marity Kramer i podpisane przez nią oraz inne zawodniczki zdjęcia. To jego ściana chwały. W rogu pokoju obok szafy i biurka leży jeszcze jedna taka żółta koszulka. Ta jest z ostatniej zimy, a pod nią, jakby symbolicznie stoi na razie tylko czarny plecak z napisem Polska.

W salonie na komodzie Rodlauer ma tylko jedno trofeum. Chyba najważniejsze, on i jego żona uważają także, że najpiękniejsze. Puchar Narodów. - Nawet Kryształowa Kula nie wygląda lepiej - ocenił Rodlauer. - To trofeum za sezon 2020/2021. Zdobyłem takie trzy. Pierwszy raz wygrywaliśmy tę klasyfikację, gdy sezon kończył się wraz z wybuchem pandemii w 2020 roku i w zasadzie nie wiem, gdzie jest. Może został w Rosji, gdzie odbywały się ostatnie zawody, może ma je ktoś ze związku? W zeszłym sezonie oddałem trofeum za Puchar Narodów mojej trenerce przygotowania fizycznego, Theresie Koren. Pracowała ciężko przez ostatnie dwa lata i chciałem tak jej to wynagrodzić. Jest u niej w domu, w Karyntii. Kiedy wszyscy byli zajęci świętowaniem, zakradłem się po ten puchar i go schowałem. Potem w odpowiednim momencie jej go wręczyłem. Była w szoku, nie mogła uwierzyć, że może go zabrać, ale tak zdecydowałem i to było dla mnie bardzo ważne - opowiedział trener.

Policjant, były skoczek, piłkarz, lokalny polityk, a teraz trener Polek. Wszystkie twarze Rodlauera

Mąż, policjant, były skoczek i trener to jednak wciąż nie wszystkie twarze Haralda Rodlauera. - Poznałem Harry'ego więcej niż 30 lat temu przez mojego brata, są dobrymi przyjaciółmi. Był piłkarzem klubu SV Traboch przez wiele lat i jednym z absolutnie najlepszych zawodników na amatorskim poziomie - mówił Sport.pl Johann Draxler, który czekał na mnie w domu Rodlauera. Gdy rozmawiamy o ich wspólnych czasach w lokalnym klubie, pokazał parę zdjęć z tego okresu. Na grupowym bez problemu od razu wskazał, gdzie stoi Harry-piłkarz. - Z nim byliśmy w stanie dwa razy wygrać ligowe rozgrywki. Potem pracowaliśmy razem jako działacze, zajmując się klubem przez dłuższy czas: Harry odpowiedzialny za sport, ja za zarządzanie. Znam go jako wyjątkowo szczerego i uczciwego sportowca, który zawsze potrafił każdemu uścisnąć dłoń. Był i jest popularny w naszym klubie, stanowi świetny wzór dla młodych zawodników. W klubie, społeczności i regionie: wszyscy jesteśmy dumni z Harry'ego Rodlauera i jego sukcesów - śmiał się Draxler. Co ciekawe, SV Traboch zdobywało tytuły mistrza lokalnych rozgrywek tylko za czasów Rodlauera i w ostatnim sezonie, wiosną tego roku.

Gdyby tego było mało w Traboch Rodlauer działał też jako lokalny polityk. - Byłem tylko przy tematach dotyczących tutejszego sportu. Po trzech latach okazało się jednak, że nie mam zbyt wiele czasu i skończyłem z tym. Nie jestem odpowiednią osobą do polityki. To nie praca dla mnie - ocenił Rodlauer.

Teraz, po latach sukcesów w roli trenera we Włoszech i Austrii, o których więcej można przeczytać tutaj, Rodlauer podjął się wyzwania w Polsce. To dla niego coś zupełnie nowego: budowa kadry od nowa, zespół nieprzyzwyczajony do sukcesów. Jest trenerem underdoga świata skoków kobiet, pracuje w kraju, gdzie tylko marzy się o wielkich wynikach w tej dyscyplinie. - W Austrii miałem świetne zawodniczki na wysokim poziomie, ale nie zawsze wielki wybór oznacza, że praca robi się łatwiejsza. To nie zawsze najlepszy sposób na osiąganie sukcesu. Pewnie, że jest prościej niż w Polsce, gdzie pierwszy rok poświęcamy w zasadzie na naukę i dopracowanie podstaw - zaznaczył Rodlauer.

 

- Dziewczyny mogą jednak szybko się rozwijać i to będą zauważalne zmiany, a do tego uczyć się od najlepszych. Wszystko małymi krokami. Niektóre z nich debiutują w Pucharze Świata. W tym roku nie przejmuję się wynikami. Interesuje mnie, że moje zawodniczki zbiorą doświadczenie, a potem będą je wykorzystywać - podkreślił nowy trener Polek. Czas i zaufanie od Polskiego Związku Narciarskiego dostał. I choć z obecnej sytuacji zespołu Rodlauera nikt w Polsce nie może być zadowolony, to wszyscy czekają na oznaki jego coraz większego progresu. Teraz zawodniczki trenują z Rodlauerem w Eisenerz, gdzie szkoleniowiec sam wychowywał się jako skoczek, a potem długo pracował jako początkujący trener, niedaleko Traboch i Niklasdorfu. Oby każde takie doświadczenie i praca z tak wielkim nazwiskiem okazały się pomocne w stawianiu kolejnych kroków do dołączenia do czołówki kobiecych skoków.

Więcej o:
Copyright © Agora SA