Oto plany Thurnbichlera. Jego były szef się wygadał. "Powiedział mi"

Jakub Balcerski
- To świetny trener, jeden z najlepszych w Austrii. Z pewnością wie, co robić - mówi o Thomasie Thurnbichlerze szef skoków narciarskich i kombinacji norweskiej w Austriackim Związku Narciarskim, Mario Stecher. Opowiada o tym, jaki wpływ na obecny kształt austriackich skoków miał Thurnbichler, ale także odnosi się do sprawy konfliktu z nowym trenerem polskich skoczkiń, Haraldem Rodlauerem.

Mario Stecher to były świetny kombinator norweski. Austriak czterokrotnie zdobywał medal olimpijski w sztafecie, w tym dwukrotnie złoto. Ma też sześć medali mistrzostw świata, w tym dwa srebra zdobyte indywidualnie, a w sezonie 1997/1998 był drugim zawodnikiem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Obecnie od kwietnia 2018 roku jest dyrektorem austriackich skoków narciarskich i kombinacji norweskiej w tamtejszym związku.

Zobacz wideo Policjant, piłkarz, skoczek. Wszystkie oblicza nowego trenera Polek

W rozmowie ze Sport.pl sprzed startu sezonu Stecher wraca do czasów współpracy z Thomasem Thurnbichlerem i zdradza, jaki był cel obecnego trenera polskich skoczków, gdy był jeszcze asystentem głównego trenera w austriackiej kadrze. Opisuje też ostatnie miesiące i burzliwy koniec pracy z Haraldem Rodlauerem, który teraz przeniósł się do kadry polskich skoczkiń. Analizuje także sytuację skoków i kombinacji w obliczu zagrożenia pozbycia się tych dyscyplin z programu igrzysk olimpijskich i wskazuje, co musiałoby się stać, żeby skoczkinie miały swój własny Turniej Czterech Skoczni na tych samych obiektach co skoczkowie.

Jakub Balcerski: Coraz więcej trenerów z Austrii przychodzi pracować do Polski. Najpierw Thomas Thurnbichler, teraz Harald Rodlauer, a i system zaczyna nieco przypominać ten stworzony w Austrii. Jak pan na to patrzy?

Mario Stecher: Cóż, ci trenerzy znają nasz system bardzo dobrze. Wiedzą, dlaczego on funkcjonował tak dobrze. Thomas to świetny trener, jeden z najlepszych w Austrii. Z pewnością wie, co robić. To jednak nie takie proste, nie powie: "Zrobię tak i to przyniesie nam sukces". Powodzenie systemu to efekt ciężkiej pracy, wpływu wiele czynników, wszystko musi się razem odpowiednio poskładać. Potem to może zadziałać. Ty musisz po prostu dawać z siebie wszystko.

Myślał pan o Thomasie w roli głównego szkoleniowca, gdy jeszcze był w Austrii?

- To na pewno. Kiedy masz kogoś takiego, jak Thomas Thurnbichler w zespole, jest perfekcyjnie. Jednak w Austrii mamy obecnie sztab, który pracuje dobrze, z sukcesami. I danie szansy Thomasowi w roli głównego trenera Austriaków w tamtym momencie nie było możliwe. Jesteśmy usatysfakcjonowani z pracy Andreasa Widhoelzla i całego jego sztabu. Teraz Thomas robi świetną robotę w Polsce. Może przyjdzie czas, kiedy tu wróci. Wiem, że ma wszystko, żeby być głównym szkoleniowcem.

Thomas mówił panu, że chciałby zostać w przyszłości trenerem Austriaków, rozmawialiście o tym? Wiadomo, że wciąż ma przed sobą sporo czasu jako trener, ale skoro wspinał się po szczeblach tej austriackiej drabiny szkoleniowej, to z pewnością bycie u jej szczytu było jego celem.

- To musi być twoim celem, gdy idziesz tą ścieżką. Jeśli chcesz być zwycięzcą, osiągać sukcesy, musisz o tym marzyć, stawiać to sobie jako coś do dokonania. Z Thomasem było tak samo. Dwa lata temu faktycznie powiedział mi, że to jest jego cel. Może czas nie był właściwy. Teraz jest w Polsce, dobrze pracuje tam ze swoim zespołem. I już to powiedziałem: może tu jeszcze wróci. Może za trzy lata, pięć, dziesięć? Nie mam pojęcia, ale czuję, że mógłby być kiedyś trenerem austriackiej kadry.

Gdy odchodził Thomas, straciliście na rzecz Polski jeszcze jedną "broń" - specjalistę od sprzętu, Mathiasa Hafele. Miał dwie oferty: z Polskiego Związku Narciarskiego, ale też od Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS), choć pewnie wolelibyście go nie oddawać nikomu, prawda?

- Rozmawialiśmy z nim i mówiliśmy, że nie chcemy tracić tak wielkiego nazwiska w kontekście sprzętu. Świetnie zna się na swoim fachu i teraz przekazuje swoją wiedzę w Polsce. Myślę jednak, że najlepiej sprawdziłby się jako kontroler sprzętu na zawodach Pucharu Świata. To najważniejsze zadanie w naszym środowisku. W Polsce robi to samo, co przez ostatnie 10-15 lat w Austrii. I robi to znakomicie, ale według mnie byłby najlepszym kontrolerem sprzętu. Doskonale wie, czym się zająć w tej roli. No i tak byłoby trochę bardziej fair.

Męczy pana już temat sprzętu w skokach? Od około dziesięciu lat niemal wszyscy w stawce są na limicie, czasem poza nim i to nawet na tyle, żeby nazwać ich działania oszukiwaniem. To nie zabiera nas zbyt daleko od samego sportu?

- Sport musi być w centrum zainteresowania, to najważniejsze. Bo na koniec chodzi o rywalizację, a nie o to, kto ma najlepszy sprzęt. Im więcej dyskusji o nim, tym gorzej dla sportu. To mój cel na ten sezon, skupić się na sporcie. Metoda skanowania zawodników to dobry krok ze strony FIS. Cały system nie działa jednak jeszcze wystarczająco dobrze. Trzeba nad tym jeszcze więcej pracy w kierunku kolejnego sezonu. Tak, żeby wkrótce kontroler sprzętu włączył tę maszynę, a ona zaświeciła się na zielono i wskazała, że wszystko jest zgodne z zasadami, albo na czerwono, dając znać, że zawodnik w nich się nie zmieścił. Jeśli trzeba coś w tym skanerze przestawiać, czasem w przód, w tył, ciągle dostosowywać, to chyba nadal nie to, czego szukamy. Ale kierunek jest słuszny i to może być jeden, albo nawet parę kroków w stronę poprawy kwestii sprzętu.

A skoki ogółem zmierzają w dobrym kierunku? Wiemy, że w kontekście zimowych igrzysk są dwie dyscypliny, których przyszłość jest zagrożona: kombinacja norweska, w przypadku której nawet nie wiemy, czy nie zostanie wyrzucona z programu tych w 2030 roku, ale także właśnie skoki, które po odrzuceniu kombinacji generowałyby spore koszty dla organizatorów, gdyby trzeba było budować albo przebudowywać nowe obiekty tylko dla zawodników jednej dyscypliny. To pana martwi?

- Zgadzam się, że dyskusja o tych kwestiach nie da nic dobrego skokom, a już tym bardziej kombinacji. Zmiany, które dokonano w kwotach startowych np. wyrównują liczbę zawodniczek i zawodników w skokach, ale mogą mieć negatywny wpływ na dyscyplinę. W przypadku obu sportów musimy mieć silne lobby w FIS, a FIS musi mieć o wiele lepsze lobby w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim (MKOl). To jasne. Do niedawna nikt w centralnej i północnej Europie nie pomyślałby, że wkrótce skoki narciarskie mogą przestać być sportem olimpijskim. Tu to jedna z najważniejszych dyscyplin w czasie zimy i byłoby przykro ją stracić. Dlatego mogę zapewnić, że tak się nie stanie.

Czyli właściwym zagrożeniem dla skoków czy kombinacji jest właśnie sposób prowadzenia dyskusji z MKOl? To, że bardziej akceptują ich decyzje, niż o nich dyskutują?

- Jestem pewny, że to się zmieni. Już zauważyłem, że nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku spraw związanych z kombinacją norweską. Ostatnie trzy do pięciu miesięcy w tym kontekście wyglądały naprawdę dobrze. W FIS kwestie dotyczące kombinacji stają się coraz ważniejsze, choć wiadomo, że to nie zmieni się w pełni z dnia na dzień. To proces. Taki, który da efekt w postaci lepszej dyskusji z MKOl. Z drugiej strony jest też trochę szczęścia w tym, że jesteśmy sportem zimowym. Nie tak łatwo nas na coś wymienić. W przypadku letnich dyscyplin to o wiele prostsze, tam zagrożenie byłoby o wiele większe.

W Klingenthal, po finale Letniego Grand Prix, miał pan jesienią prezentację dotyczącą m.in. kształtu letniego cyklu w kolejnych latach. Zwłaszcza faktu, że dobrze byłoby, gdyby odbywał się głównie jesienią, bo wiele krajowych związków pokazuje jasno, że nie są zainteresowane wczesnymi startami w okrojonej stawce, w dodatku bez odpowiedniej promocji zawodów. Kolejny krok to podobno więcej konkursów w warunkach hybrydowych, torach lodowych i igelicie, tak, jak miało to miejsce rok temu na inaugurację Pucharu Świata w Wiśle. Można też tak wydłużyć sezon zimowy. To dobry plan na kolejne lata?

- To jeden z naszych słabszych punktów w FIS. Nie wszyscy przyjeżdżają na zawody Letniego Grand Prix w najsilniejszych składach, więc ich obsada robi się słaba, a to złe dla całego sportu. Jeśli już decydujemy się na takie zawody, to najlepsi muszą być na starcie. Musimy znaleźć sposób na to, żeby ich do tego zachęcić. Pod kątem treningu najważniejsze są konkursy jesienią, gdy możesz się sprawdzić po okresie przygotowawczym, a jednocześnie wykorzystać system hybrydowy. Potem dajesz im jeszcze trochę czasu na treningi i zaczynasz sezon zimowy. Te jesienne konkursy można byłoby już zaliczać do Pucharu Świata. O tym trzeba pomyśleć. Ale na pewno nie planować tak wielu konkursów latem, gdy nie ma na nich nikogo.

Rozmawiamy głównie o skokach mężczyzn, więc przejdźmy jeszcze na chwilę do kobiecych. Był pan zaskoczony zatrudnieniem Haralda Rodlauera w Polsce po tym, jak odszedł z austriackiej kadry? W końcu jeden z najlepszych trenerów na świecie przeszedł do jednego z najgorszych zespołów w stawce.

- Na pewno trochę się tego nie spodziewałem. Ale jeśli spojrzysz na całą konstelację trenerów w Polsce, to jak budują ją krok po kroku, z roku na rok, to gdy robią spore zmiany, zawsze sięgają po kogoś stąd. Stefan Horngacher, Heinz Kuttin, teraz Thomas Thurnbichler. Może to kwestia właśnie takiego sposobu myślenia. To jednak przede wszystkim świetny trener. Wie wiele o skokach i możliwe, że to naprawdę niezły ruch dla rozwoju polskich skoczkiń.

Jak wyglądały wasze relacje w ostatnich miesiącach jego pracy w Austrii? W wywiadzie dla Sport.pl mówił, że między wami "pojawiło się wiele głębokich rozbieżności i niezgoda". Kiepska miała być także atmosfera w kadrze.

- Nie ma co ukrywać, atmosfera była zła. Te sprawy potrafią się jednak zmienić z dnia na dzień, bardzo szybko i to w każdym roku pracy. Ogółem myślę, że Harry był dla nas świetnym trenerem, wykonał kawał świetnej roboty. Co chciałbym powiedzieć: zawsze nie jest łatwo, gdy w jednym zespole dwie osoby idą w zupełnie innym kierunku. Ciągle pozostaję jednak przy zdaniu, że to znakomity trener i wiele tu dokonał. Życzę mu wiele sukcesów w Polsce i powodzenia przy jego kolejnych wyzwaniach w roli szkoleniowca.

Rodlauer mówił nam też, że czuł się niedoceniony. "Miałem wrażenie, że jedynym, co się liczyło, były błędy, a nie sukces sportowy, który osiągnęliśmy. Straciliśmy wspólną wizję przyszłości" - to jego słowa z wiosny. Z pana perspektywy faktycznie tak to wyglądało?

- Znamy się od wielu lat, pochodzimy z tego samego regionu, długo trenowaliśmy w Eisenerz. Bardzo się szanujemy. Myślę, że tak powinno zostać. Oczywiście, że w trakcie wspólnej pracy pojawiają się problemy, często zmieniasz zdanie i możesz mieć inną opinię na dany temat. Ale naprawdę chcę tylko powiedzieć, że byliśmy usatysfakcjonowani wynikami i pracą Harry'ego. Tak powinno być.

Myśli pan, że taki scenariusz - wielka osobistość świata kobiecych skoków przychodząca do zespołu, który w ostatnich latach radził sobie bardzo słabo - może wypalić? W końcu w ostatnich latach to wydarzyło się chyba tylko w Kanadzie, gdzie głównym szkoleniowcem jest twórca sukcesów Sary Takanashi, Janko Zwitter.

- Trzeba pomyśleć o tym, jak chce się osiągnąć taki sukces. Janko Zwitter przeniósł Kanadyjki do Słowenii, zebrał je razem i trenował z nimi w Planicy, często także w Austrii, i zawsze dużo porównywał z najlepszymi zawodniczkami, ale także zawodnikami. Zawsze miał na nie oko i chciał, żeby jego skoczkinie podglądały to wszystko z bliska, a nie tylko na ekranie telewizora. To naprawdę dobry kierunek: tak można się naprawdę wiele nauczyć. Jednocześnie musisz być pewny, że twoja praca zmierza w odpowiednim kierunku i potrafisz się rozwijać. Jeśli połączysz te dwa czynniki, to jest szansa, że osiągniesz to, czego pragniesz.

W skokach kobiet w zeszłym sezonie liczyły się pierwsze w historii loty, teraz wszyscy mówią o ich własnym Turnieju Czterech Skoczni. Tej zimy będzie połowa sukcesu, same konkursy w Garmisch-Partenkirchen i Oberstdorfie. Co musi się stać, żeby dołączyły do nich Innsbruck i Bischofshofen? Kiedy realnie to się może wydarzyć?

- Sytuacja w dużej mierze zależy od tego, kiedy będziemy mogli zamontować na Bergisel w Innsbrucku oświetlenie. Patrzymy na sprawę optymistycznie i myślimy, że uda się to wprowadzić do 2026 roku. Na razie chcemy zobaczyć, jak to będzie wyglądało w przypadku zawodów w Niemczech. Tym, co chcemy osiągnąć, są konkursy skoczkiń i skoczków razem, nie w innych terminach na innych skoczniach. Gdy to się będzie pokrywało, a zawody odbywają się w innych miejscach, mogą nie generować takiego zainteresowania, zwłaszcza mediów. To kierunek, w którym chcielibyśmy pójść, organizując konkursy kobiecego Turnieju Czterech Skoczni.

Kolejną sprawą są kontrakty na konkursy, które mamy podpisane z FIS. Nasz związek chciałby organizować Turniej Czterech Skoczni dla skoczkiń, ale jednocześnie zachować w kalendarzu konkursy na skoczniach w Villach i Hinzenbach. To dla nas kluczowe. Potrzebujemy wykorzystywać te obiekty do treningów i rozwoju naszych zawodników i zawodniczek, więc jeśli stracimy tam konkursy Pucharu Świata, to nie będzie wystarczająco dużych budżetów, żeby w odpowiedni sposób funkcjonowały na potrzeby austriackich klubów, lokalnie.

Czyli chcecie mieć jakby cały tort, a nie jedynie jego największy kawałek - nie tylko dołożyć konkursy do kobiecego TCS, ale też dopełniać je na normalnych skoczniach w dwóch kolejnych miejscach. To co najmniej cztery obiekty w kalendarzu. Sporo.

- Takie jest nasze główne założenie.

A może jednak nie potrzeba tego tradycyjnego Turnieju Czterech Skoczni dla skoczkiń? Zdania są podzielone i skoczkinie w większości chcą tego, co skoczkowie, zadają pytanie: czemu miałyby tych zawodów nie mieć? Marzą o tym, odkąd oglądały je w telewizji. Jednocześnie mogłyby mieć coś własnego i to stanowił Silvester Tour organizowany w Ljubnie w Słowenii i w austriackim Villach. Nie dałby rady stać się taką marką w skokach kobiet?

- Ze strony skoczkiń wszystko jest jasne: chcą mieć własny Turniej Czterech Skoczni na tamtych czterech skoczniach. Ale można pomyśleć o tym, że stworzenie ich własnego turnieju też byłoby czymś wyjątkowym. Ten musiałby jednak rosnąć, rozwijać się. Z roku na rok, ale nie osiągnie popularności ot tak, od razu. Może kiedyś osiągnąłby wielką rangę, stał się marką i dociągnął do 70. edycji, tak jak ten u mężczyzn.

Musimy skupić się na tym, żeby to nie była tylko jedna czy dwie edycje turnieju w tej czy innej formule. Zgadzamy się, że skoczkowie i skoczkinie muszą być na tym samym poziomie, to oznacza, że w obu przypadkach potrzebny nam duży turniej, ale taki, który będzie kontynuowany i rozwijany.

Od pół roku macie nowego trenera skoczkiń, Bernharda Metzlera. Myśli pan, że jego współpraca z zespołem już układa się dobrze?

- Pracują bardzo blisko, razem. To jeden z celów dla tego zespołu. Sara Marita Kramer znów wykonała krok w dobrym kierunku. Może nie jest na tym samym poziomie, co gdy dominowała w Pucharze Świata dwa lata temu. Powinna móc wskoczyć do piątki najlepszych zawodniczek na świecie. Mamy "Sportsmenkę Roku w Austrii", Evę Pinkelnig, która zdobyła Kryształową Kulę zeszłej zimy, ale obecnie leczy kolano. Mamy nadzieję, że wróci na "Two Nights Tour" w Ga-Pa i Oberstdorfie na przełomie roku. Cały zespół jest w naprawdę dobrej dyspozycji, ale wiemy, jak silne będą Słowenki, Niemki czy Norweżki, które także stają się coraz lepsze.

Wiadomo, że teraz zawsze będziemy porównywać sytuację do lat sukcesów z Haraldem Rodlauerem - Pucharów Narodów, Kryształowych Kul i medali mistrzostw świata. Czasem potrzeba trochę szczęścia, żeby ta jedna zawodniczka miała naprawdę udany sezon i wiele sukcesów, wszystko musi się ułożyć. Nam najbardziej zależy na obrazie całego zespołu. Dziewczyny muszą pracować blisko siebie, to musi być współpraca i jeśli tak to będzie wyglądało, to będziemy usatysfakcjonowani.

A jak widzi pan kadrę skoczków?

- Jesteśmy w świetnej sytuacji. Mamy kilku bardziej doświadczonych zawodników, którzy zawsze przynoszą sukcesy jak Stefan Kraft, Michael Hayboeck czy Manuel Fettner. Pojawiają się jednak mocni młodzi skoczkowie, jak Daniel Tschofenig, Niklas Bachlinger czy jeszcze młodszy Stephan Embacher. Roczniki 2002-2006 mają u nas spory potencjał. Niemal wszyscy są od Thomasa Thurnbichlera, trenował wielu z nich trzy czy pięć lat temu. Świetnie współpracował z innymi austriackimi trenerami i pozwolił tym zawodnikom znakomicie się rozwinąć.

Teraz najważniejsze, żeby wykonali swój ostatni krok. Mieliśmy wielu skoczków, którzy doszli do poziomu najlepszej trójki Pucharu Kontynentalnego czy trzydziestki w Pucharze Świata. Kluczem jest wskoczenie tam, gdzie ostatni sezon spędził już Daniel Tschofenig: do najlepszej dziesiątki, a potem w kierunku podiów. To musi być zrównoważony, stabilny rozwój do tego momentu i wejście tam, gdzie zaczynasz liczyć się w czołówce światowych skoków. To najważniejsza chwila dla każdego zawodnika.

Więcej o:
Copyright © Agora SA