To powinno stanowczo wybrzmieć! "Nie jedziemy na najbliższy Puchar Świata"

Łukasz Jachimiak
Nie trzeba szkiełka i oka, żeby widzieć w jak dużym kryzysie są polskie skoki. A ten kryzys ma twarz Kamila Stocha. Mistrz zaliczył najbardziej spektakularny zjazd. W niedzielę w Lillehammer był najgorszy z Polaków. A najgorsze, że wszyscy nasi skoczkowie przy rywalach ze światowej czołówki wyglądają jak ślimaki lub żółwie przy chartach.

Trzy punkty po czterech konkursach Pucharu Świata ma Kamil Stoch. W Ruce był 43. i odpadł w kwalifikacjach. Teraz w Lillehammer zajął 28. i 37. miejsce. I tak naprawdę miał szczęście. Bo gdyby nie korzystne warunki wietrzne w sobotę, to pewnie nie miałby teraz żadnych punktów. A tak - zaliczył 22. wynik pierwszej serii, w drugiej był już najgorszy w stawce i to się złożyło na 28. miejsce oraz te skromne trzy punkty.

Zobacz wideo Policjant, piłkarz, skoczek. Wszystkie oblicza nowego trenera Polek

Trzy punkty po czterech konkursach to wynik dramatyczny dla kogoś, kto ma wspaniałe, historyczne wyniki i kto jeszcze nie chce przechodzić do historii. Stoch wygrał w Pucharze Świata 39 konkursów. A odkąd zaczął wygrywać - od 2011 roku - nigdy nie zaczynał sezonu tak słabo jak teraz.

Nie zakłamujmy rzeczywistości

Rok i dwa lata temu Stoch miał gorsze sezony po kilku latach wielkich sukcesów. Ale nawet te słabsze zimy zaczynał od 77 i 58 punktów po czterech konkursach. Trzy punkty po czterech konkursach to najgorszy wynik Stocha na starcie sezonu od 15 lat, od zimy 2008/2009.

Wtedy Stoch jeszcze nie był mistrzem. Więcej - on wtedy nie należał do światowej czołówki. 21-letni Stoch był w Pucharze Świata postacią nawet nie drugoplanową. Wtedy był po prostu tłem dla najlepszych. I przykro stwierdzić, że dziś - 15 lat i kilkadziesiąt wielkich sukcesów później - wielki mistrz znów występuje w roli statysty.

W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Stoch jest dziś 40. na 46 sklasyfikowanych zawodników. Do prowadzącego Stefana Krafta (Austriak wygrał wszystkie cztery konkursy!) traci 397 punktów. Z tym, z którym wiele razy walczył o zaszczyty, przegrywa dziś 3:400, słownie: trzy do czterystu!

Stoch przegrywa też z Dawidem Kubackim (24. miejsce i 27 punktów), z Piotrem Żyłą (25. miejsce i 23 punkty) i z Pawłem Wąskiem (33. miejsce i osiem punktów). Z polskiej kadry wyprzedza jedynie Aleksandra Zniszczoła, który nie ma ani jednego punktu. Stoch jest dziś prawie najgorszym z Polaków, mimo że w naszej kadrze oglądamy wyścig żółwi albo ślimaków.

  • Pierwszy konkurs w Ruce: 10 punktów
  • Drugi konkurs w Ruce: 18 punktów
  • Pierwszy konkurs w Lillehammer: 18 punktów
  • Drugi konkurs w Lillehammer: 15 punktów

Taki jest nasz dorobek zawody po zawodach. Jeśli ktoś mówi, że w Norwegii widać po polskiej kadrze jakiś postęp w stosunku do Ruki i jednej z naszych najgorszych inauguracji w XXI wieku, to - niestety - ten ktoś zakłamuje rzeczywistość.

Ramsau pomagało Małyszowi, ale Stochowi już też pomogło

Jedenaście lat temu Stoch zaczął sezon od 30. i 36. miejsca w Lillehammer, następnie odpadł w kwalifikacjach w Kuusamo i na trzeci weekend Pucharu Świata nie poleciał. Zamiast szukać nie wiadomo czego w zawodach w Soczi, pojechał do Ramsau, poszukać formy w tym kultowym dla polskich skoków miejscu (to tam wspaniale "naprawiał się" Adam Małysz). Teraz trenerzy Wojciech Topór i Krzysztof Biegun są tam z grupą skoczków i skoczkiń i chyba najwyższa pora, żeby pojechała tam też ta grupa, którą wyraźnie męczą skoki w Pucharze Świata.

Pewnie decyzja sztabu będzie inna, pewnie trener Thomas Thurnbichler jednak zechce zabrać swoich zawodników na następny Puchar Świata do Klingenthal. Ale trudno wierzyć, że tam za kilka dni nagle zadzieje się magia. Bo chyba magii trzeba, żeby ludzie, którzy popełniają mnóstwo technicznych błędów, poukładali tę technikę bardziej podróżując z miejsca na miejsce niż poświęcając czas na spokojny trening.

To kontrowersyjne, ale może lepiej by było, gdyby w niedzielę w Lillehammer w pierwszej serii Żyła i Kubacki zajęli miejsca nie 29. i 30., ale poza top 30. Wtedy nie mielibyśmy żadnego Polaka w drugiej serii. Mówiąc nieelegancko, ale dosadnie, to byłaby spektakularna wtopa. I chyba taki zimny prysznic najlepiej, najdobitniej pokazałby, że polskie skoki wpadły w dół, z którego podźwignąć się mogą tylko dzięki radykalnym ruchom.

Stoch: "Nie chcę powiedzieć czegoś za dużo". A co powie trener?

Oczywiście my dziennikarze i my kibice nie jesteśmy fachowcami. Oczywiście to trenerzy znają się na tej robocie, to oni biorą za nią pieniądze i odpowiedzialność. Ale po tym co widzieliśmy w pierwszy i drugi weekend sezonu, pewnie w większości uważamy, że najgorszym pomysłem byłoby robienie dobrej miny do złej, fatalnej gry.

Zastanawiająca jest reakcja na to wszystko Stocha. - To nie pierwszy taki start w mojej karierze - tymi słowami mistrz próbował się pocieszać w pokonkursowej rozmowie z reporterem Eurosportu. Tymczasem odkąd Stoch doskoczył do światowej czołówki, czyli od sezonu 2010/2011, aż tak dużych kłopotów jak teraz praktycznie nie miał.

We wspomnianym sezonie 2012/2013 po trzech słabych występach w Lillehammer i Kuusamo w czwartym starcie Stoch zajął już drugie miejsce. Efekty rezygnacji ze skakania w Soczi i potrenowania w Ramsau przyszły wtedy szybko. I tamta zima była dla Kamila koniec końców bardzo udana - z tytułem mistrza świata i trzecim miejscem w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Czy ta zima jeszcze też może być dobra? Pewnie tak, ale to się nie stanie samo. W niedzielę w Eurosporcie Stoch mówił jeszcze tak: "W zasadzie to nawet nie wiem, co mam powiedzieć. Jak było, to wszyscy widzieli. Niczego pozytywnego na razie w moich skokach się nie doszukuję. Chodzi o to, żeby pozycję znaleźć na tyle dobrą, aktywną i naturalną dla mnie, żebym mógł oddać dobry skok. Na razie tego nie ma i żadna pomoc nie działa. Nie chcę powiedzieć czegoś za dużo". I to jest wypowiedź konkretna, tu nie ma oszukiwania siebie. Ale za tym chyba powinna pójść jeszcze jedna konkretna wypowiedź Stocha - a propos tego co dalej. Stoch to na tyle dojrzały, doświadczony skoczek, że chyba powinien powiedzieć jasno - nie nam, nie mediom i nie kibicom, ale trenerowi - że jeździć dalej na Puchary Świata na razie nie chce. Że chce poszukać tego, co zgubił. Bo może jeszcze da się to znaleźć. Ale chyba trzeba szukać w spokoju, a nie w biegu, nie pod presją, nie z rozczarowaniem za rozczarowaniem.

Tak naprawdę chyba też trener Thurnbichler powinien zdecydować się nie iść dalej tą drogą, którą inni pędzą, a która dla nas jest teraz wyraźnie za trudna. 22. miejsce Kubackiego, 25. miejsce Żyły, brak startu Wąska przez to, że zagubiła się jego torba z butami, 33. miejsce Zniszczoła i 37. miejsce Stocha - po takich wynikach kadry w niedzielę w pełni zrozumiałe byłoby, gdyby Thurnbichler wyszedł z komunikatem: "Na najbliższy Puchar Świata nie jedziemy, bo postępu nie ma i musimy popracować inaczej".

Na razie trener zapowiedział dyskusje o tym, co ma być dalej. Dobrze, że Austriak widzi i problemy, i to, że nie idziemy w kierunku ich rozwiązania. Ciekawe co postanowi.

Więcej o:
Copyright © Agora SA