Największa rewelacja PŚ w skokach. Horngacher kontratakuje. Ujawniamy kulisy

Jakub Balcerski
Wszyscy w środowisku skoków zastanawiają się, dlaczego Niemcy, którzy jeszcze zeszłej zimy byli w sporym kryzysie, teraz skakali najrówniej i zostali największą rewelacją inauguracji nowego sezonu Pucharu Świata w Ruce. I to wcale nie ich liderzy, tylko zawodnicy z zaplecza, z kadry B, byli w Finlandii najlepsi. Tłumaczymy, jakie zmiany zaszły w kadrze Stefana Horngachera, a także kto i co może być odpowiedzialne za ich ostatnie sukcesy. Jeden z elementów pomógł odkryć post na Instagramie.

To był fenomenalny start nowego sezonu w wykonaniu skoczków Stefana Horngachera. W Ruce przez trzy dni już chyba nawet nie skakali, a latali i lądowali za 140. metrem tak często, jakby to było ich prywatne podwórko. W zeszłym sezonie - choć zdobyli trzy medale podczas mistrzostw świata w Planicy - byli dopiero piątą siłą stawki Pucharu Świata. Teraz są w niej najrówniejszą i najsilniejszą ekipą.

Zobacz wideo Polscy skoczkowie osiągali największe sukcesy, gdy... ujarzmili osły. Tak wyglądał ich trening

Rekord niemieckich skoczków. Najlepsze otwarcie PŚ w historii

486 punktów zdobyte przez nich w dwóch pierwszych indywidualnych konkursach sezonu to nie tylko ich najlepszy tego typu wynik w historii obecnego systemu punktowego PŚ, czyli od sezonu 1993/1994, ale także rezultat, który przebija poprzedni rekord wśród wszystkich krajów. Ten należał do Austriaków, którzy w 2007 roku po znakomitym otwarciu, prowadzeni przez duet Gregor Schlierenzauer-Thomas Morgenstern mieli 462 punkty.

To szalone i niewyobrażalne także ze względu, że teraz za drużyną Horngachera są Austriacy ze zwycięzcą obu dotychczasowych konkursów, Stefanem Kraftem, którzy uzbierali 460 punktów - trzeci najlepszy wynik w historii. Można powiedzieć, że to głównie efekt tego, jak słabe są pozostałe reprezentacje. Ale trzeba podkreślić, że to Austriacy, a przede wszystkim Niemcy wyprzedzają je o kilka kroków.

Paschke miał być "skończony", Leyhe nie mógł się pozbierać po kontuzji, a to właśnie niemieckie zaplecze jest największą niespodzianką inauguracji PŚ

Ich wyniki robią wrażenie na wielu poziomach. Przed pierwszym konkursem typy ekspertów wyglądały różnie, ale stawiano głównie na Andreasa Wellingera, który niezłą formę złapał już w zeszłym sezonie. Kontynuował w ten sposób swój, trwający już blisko pięć lat, powrót do czołówki po kontuzjach i kryzysie formy. Złoty medalista olimpijski z normalnej skoczni w Pjongczangu, choć skacze świetnie, w niedzielnym konkursie stanął na najniższym stopniu podium, a w klasyfikacji generalnej zajmuje trzecie miejsce, wcale nie jest jednak najlepszym z Niemców. Nie stał się nim też letni mistrz kraju, rewelacji końcówki jesieni, Martin Hamann, którego wielu typowało do roli czarnego konia rywalizacji na początku sezonu - on jest najniżej w "generalce", na wciąż solidnym piętnastym miejscu. Ci, którzy typowali, że do wielkiej formy wróci Karl Geiger, też mogą się czuć zawiedzeni - jest "tylko" dwunastym zawodnikiem na świecie po dwóch konkursach. Rewelacja zeszłego sezonu, Philipp Raimund, jest jedno miejsce nad nim.

Największą niespodzianką otwarcia sezonu w Finlandii okazali się skoczkowie niemieckiego zaplecza. Przede wszystkim wicelider PŚ, Pius Paschke. To ewenement, niezwykły przykład zawodnika, który po pierwsze swoje podium w zawodach najwyższej rangi w skokach - drugie miejsce w sobotnim konkursie w Ruce - sięgnął w wieku 33 lat. I to dzień po tym, jak w wywiadzie dla Sport.pl uważany za jednego z najlepszych specjalistów od treningu ze skoczkami naukowiec Harald Pernitsch stwierdził, że "po dwóch sezonach spędzonych w Pucharze Kontynentalnym zawodnik jest skończony". Paschke spędził w tym cyklu osiem lat i po tym czasie i tak był w stanie wejść do Pucharu Świata, a teraz po trzech sezonach lepszych i gorszych wyników, dopiął swego, wreszcie stając na podium. Tym samym podważył tezę Pernitscha jeszcze w tym samym dniu, w którym opublikowaliśmy na Sport.pl jego słowa.

Tuż za nim pierwszy konkurs w Ruce skończył Stephan Leyhe. To z kolei zawodnik, który długo wracał po fatalnej kontuzji - zerwaniu więzadła krzyżowego w jednym z ostatnich skoków sezonu 2019/2020. Leyhe upadł po tym, jak przeskoczył skocznię Granasen w Trondheim w rozgrywanym tam prologu. Dzień później ze względu na rozpowszechniającą się pandemię koronawirusa zakończono sezon, rezygnując z pozostałych dni rywalizacji. Niemiec miał ogromnego pecha, a do skoków wrócił dopiero rok później. Przez ostatnie dwa sezony miewał niezłe występy na poziomie najlepszej dziesiątki PŚ - najlepszy w 2022 roku w Willingen, gdy był szósty, ale nie mógł się do końca pozbierać po tak poważnym urazie. Wszystko zmieniło się w tym roku. Rozpędzał się już latem, ale to teraz jego forma wróciła do poziomu sprzed kontuzji. A kto wie, czy nie jeszcze lepszego.

Norwegowie doszukiwali się nowinek w sprzęcie. Ale to nie tam trzeba szukać "sekretu" Niemców

Środowisko skoków zastanawia się, w jaki sposób Niemcy doszli do tak znakomitej dyspozycji. - Gdybyśmy mieli sekret, to i tak byśmy go nie wyjawili. Po prostu dokręciliśmy kilka śrub - ocenił Stefan Horngacher dla niemieckiej telewizji ARD. W kolumnie dla portalu sport.de Martin Hamann ujawnił za to, w stylu opowiadania o bułce z bananem Adama Małysza, co przez cały weekend jedli Niemcy: na śniadanie głównie szynkę, a potem, na lunch i kolację, różne formy łosiny, w tym klopsiki z cynamonem i żurawiną. Na skoczni mistrz kraju po raz pierwszy wypróbował ciastka "na drogę" przed skokiem. - Nie da się wyjaśnić, ale nie zrobiło nic złego, więc przypuszczalnie łosina i ciastka naprawdę pomogły niemieckim orłom odlecieć - śmiał się Hamann. 

Pojawiało się sporo przypuszczeń, że chodzi o zmiany w sprzęcie. - Coś wymyślili. Niemcy mieli krótki obóz w Lillehammer i tam nie wyglądało to tak dobrze, jak teraz. Przyznam szczerze, że ciekawie byłoby dowiedzieć się, co odkryli - ocenił w rozmowie z telewizją NRK Norweg Daniel Andre Tande. Na ten element zwracał uwagę także Halvor Egner Granerud. Próbował nawet dostrzec coś nowego w tym, co Niemcy mieli ze sobą na skoczni w Ruce, ale nie rzuciło mu się w oczy nic rewolucyjnego. 

Może dlatego, że w samych rozwiązaniach sprzętowych Niemców raczej nic takiego nie ma? Nie chodzi o to, że mają złe kombinezony, narty, czy wiązania. Sprzęt wygląda na wręcz bardzo dobrze dopasowany i stworzony z materiałów najwyższej jakości. Trafiony, ale czy od razu rewolucyjny? Nie wydaje się, żeby znaleźli jakąś nowinkę, coś, czego inni nie byliby w stanie zdobyć. Te największe nowości zazwyczaj od razu są widoczne i to ich dostępność, a nie tajemnica, jest kluczem do bycia o krok przed innymi.

Przewagi Niemców trzeba poszukać raczej w nieco innych aspektach. Po konkursach w Ruce widać, że poprawili przede wszystkim technikę. Ich odbicia i pozycja w powietrzu są nienaganne, wszystko tam działa tak, jak powinno. Tak, jak pisał w artykule na tvpsport.pl Michał Chmielewski: najlepiej widać to po drugiej fazie lotu. Choć w skokach wszystko jest konsekwencją tego, co dzieje się wcześniej, już od odepchnięcia się z belki. Żeby znaleźć "sekret" kadry Stefana Horngachera należy wskazać, skąd wzięła się u jego zawodników technika na tak wysokim poziomie.

Zdradził ich post na Instagramie. Późna wycieczka do Sztokholmu kluczem do wielkiej formy kadry Horngachera?

Dalekie skoki Niemcy oddawali już latem i jesienią, zwłaszcza podczas rozgrywanych bardzo późno, na początku listopada, mistrzostw Niemiec w Klingenthal. Już tam dało się dostrzec, że w świetnej formie są zawodnicy kadry B - Hamann, Leyhe, czy Paschke. Nie skakali jednak równo - zdarzały im się próby, po których można było pomyśleć, że te lepsze skoki wcale nie są prawdziwym obrazem ich formy, a ta jest na nieco niższym poziomie. Pozostawały jednak dwa tygodnie do rozpoczęcia sezonu i to ten okres należy uznać za najważniejszy w niemieckich przygotowaniach do zimy.

Wiele osób zastanawiało się, co takiego Niemcy robili przez ten czas, bo poza tym, że "zamknęli się" na skoczniach w Bischofshofen i Klingenthal, nie dopuszczając do nich nikogo, o tym, co dokładnie działo się u nich na ostatniej prostej do sezonu, nie było wiadomo właściwie nic. To klasyka znana z czasów Stefana Horngachera w Polsce, gdy na Wielką Krokiew i jej okolice w trakcie treningów najlepszych wstęp mieli tylko ci najbardziej zaufani, a każdy obserwator wydawał się podejrzany. Bardzo ciekawy szczegół podsunął jednak post na Instagramie Constantina Schmida. Skoczek tuż po mistrzostwach Niemiec dodał u siebie zdjęcia ze Sztokholmu, gdzie niemieccy zawodnicy trenują w tamtejszym tunelu aerodynamicznym firmy Indoor Wingsuit.

 

To miejsce idealne do szlifowania techniki w powietrzu, bo tunel ustawiony jest tam pod kątem - można trenować z wiatrem wiejącym dokładnie w taki sposób, jak na skoczni. Zawodnicy latają do Sztokholmu, żeby ćwiczyć z założonymi nartami, gdy są w specjalny sposób podczepieni, albo bez sprzętu, w kombinezonie wykorzystywanym przez wingsuiterów. W Szwecji sprawdza się sporo sprzętu, bo w tunelu widać, co powinno działać na skoczni. Najważniejsza jest jednak praca nad techniką lotu. Na miejscu mają do dyspozycji trenerów, którzy podpowiadają im, jaka pozycja, w jakich warunkach będzie dla nich najlepsza na skoczni, a niektóre reprezentacje zabierają ich potem także na skocznię, żeby odpowiednie elementy przenieść z "teorii" do rzeczywistości. Prekursorami tego rozwiązania byli Polacy, który wpadli na ten pomysł w zeszłe lato. Później "kopiowały" je już także inne kadry. Kto wie, czy teraz nie użyli go także Niemcy.

Do tej pory do tunelu latało się raczej latem. Nawet jeśli kadry decydowały się na dwa wyjazdy do Sztokholmu, to zazwyczaj robiły to od czerwca do sierpnia, może we wrześniu. Wszystko tak, żeby mieć, jak najwięcej czasu na przepracowanie nowych metod na skoczni i eliminowanie pojawiających się błędów. Niemcy przed sezonem też byli tam dwukrotnie. Za pierwszym razem wybrali się do Szwecji na przełomie czerwca i lipca, po igrzyskach europejskich w Zakopanem. To dość zwyczajny termin. Jednak przy drugim mocno zaryzykowali. Wyjazd do Sztokholmu w listopadzie? To ekstremalnie późno, bo nawet jeśli nieco wcześniej niż wskazuje na to post Schmida, to żadna inna kadra podobnych kroków raczej nie podejmowała.

Co daje tak późny wyjazd? Przede wszystkim najwięcej wiedzy na temat tego, nad czym pracować w Szwecji. Zawodnikom - a były tam zarówno kadra narodowa, jak i skoczkowie kadry B - wystarczyło kilka dni nabijania minut w powietrzu na miejscu, a potem szybkie przenosiny na dwa bardzo duże obiekty, gdzie można w spokoju dopracować wszystko już w samych skokach, a nie na "symulatorze". Wygląda na to, że wyszło idealnie, a rozwiązanie zastosowane przez niemiecki sztab, choć mogło wydawać się dziwne, dla Niemców okazało się perfekcyjne. To, że kluczem do wysokiej formy na start okazał się późny wyjazd do Sztokholmu to tylko przypuszczenia, ale takie detale potrafią w skokach zrobić ogromną różnicę. - To ciekawy aspekt - przyznaje trener Norwegów, Alexander Stoeckl.

Horngacher i jego asystent nie mogli się dogadać. Mówiło się o różnicy zdań. "Realizuję teraz własne pomysły"

W Niemczech liczą się także duże zmiany, które zachodzą w zespole od dłuższego czasu. Największe to te trenerskie, czyli przede wszystkim odejście asystenta Stefana Horngachera, Bernharda Metzlera. Ten przeniósł się do kadry austriackich skoczkiń. Wcześniej mówiło się, że pomiędzy nim a Horngacherem pojawiły się pewne różnice zdań, a rola, jaką odgrywał Metzler powoli stawała się dla niego zbyt ograniczająca.

- Różnice zdań? Jak to w zespole. Wewnątrz zawsze są różne myśli, które w jakiś sposób trzeba pogodzić i podejmować decyzje. Ale myślę, że to nie był problem. Po prostu Bernhard stał się gotowy do roli głównego trenera. Cieszę się, że podąża tą drogą, bo wiem, jak mocnym i dobrym jest trenerem. Pomógł nam ogromnie w ostatnich latach w Niemczech i teraz nadszedł dla niego czas, żeby znaleźć miejsce, gdzie będzie mógł wdrażać własną myśl szkoleniową. Życzę mu powodzenia z kadrą Austriaczek i myślę, że to dla niego odpowiedni kierunek. Od pół roku widziałem, że ta sytuacja to kwestia czasu, że to musi nadejść, wcześniej, czy później - tłumaczył w długiej rozmowie ze Sport.pl Horngacher.

- Poczułem, że jestem gotowy na nowe wyzwanie i powrót do roli głównego trenera. Realizuję teraz swoje własne pomysły, ale sporo nauczyłem się u Stefana, bo jest naprawdę świetnym szkoleniowcem. Po blisko 20 latach pracy w Niemczech to był jednak dobry moment, żeby znaleźć sobie nowe miejsce. To nie była łatwa, ale właściwa decyzja - mówił za to Metzler w "BalcerSki Podcast".

Cztery lata temu chciał go Małysz, teraz wrócił do niemieckiej kadry B. Transfer roku?

Do kadry A przesunięto Andreasa Mittera, dotychczasowego trenera kadry B, a wakat na stanowisku szkoleniowca na zapleczu niemieckich skoków wypełnił Ronny Hornschuh, który wcześniej pożegnał się z posadą trenera Szwajcarów. To człowiek, którego w miejsce Stefana Horngachera do Polski w 2019 roku chciał sprowadzić Adam Małysz. Był realną alternatywą dla Michala Doleżala, który ostatecznie pozostał przy kadrze i przejął od Horngachera rolę głównego trenera.

- Faktycznie dostałem zapytanie o posadę w Polsce od Adama Małysza po brązowym medalu Killiana Peiera podczas MŚ w Seefeld w 2019 roku. Chciałem jednak pozostać w Szwajcarii, żeby dalej rozwijać ten zespół, robić z nim progres - zdradził nam dwa sezony temu Hornschuh. - To decyzja, którą wciąż uważam za właściwą, bo uważam, że jako drużyna dalej się rozwijamy i jesteśmy w stanie walczyć o podium, czy medale w najważniejszych imprezach - mówił o szwajcarskiej kadrze, która wówczas wyglądała nieźle, ale rok temu mocno osłabła i Hornschuh postanowił, że to dobry moment, żeby coś zmienić.

- Byłem w Szwajcarii przez długi okres, ale powrót do Niemiec był świetną opcją. Chcę zbudować w kadrze B kolejnych zawodników dla kadry A. To nasz cel, żeby dać im szansę wejść o poziom wyżej. Philipp Raimund i jego wyniki z zeszłego sezonu to świetny przykład przemiany, jaką chcemy widzieć częściej u naszych skoczków - przekazał nam Hornschuh, gdy rozmawialiśmy podczas zawodów Letniego Grand Prix w Szczyrku w sierpniu. To były jego pierwsze konkursy w nowej roli i pewnie nie spodziewał się jeszcze, że już na początku zimy zewsząd będzie zbierał laury za to, jaką pracę wykonał z zawodnikami, a połowę składu na pierwszy weekend Pucharu Świata będą stanowić jego skoczkowie. Już teraz można powiedzieć, że transfer Hornschuha był świetnym ruchem niemieckiego związku, być może najlepszym na całym trenerskim rynku w tym roku.

Kluczowe spotkania za kulisami. A potem niespodziewane odejście po dwunastu latach

Do Niemiec po trzech latach pracy dla Schigymnasium Stams wrócił także Werner Schuster, który zajmuje się niemieckimi juniorami. Były trener kadry A, który prowadził ją przez dziesięć lat, doprowadzając do ogromnych sukcesów, to równie wielkie wzmocnienie dla całego systemu. Wśród młodszych zawodników pracy jest do wykonania o wiele więcej niż w przypadku powrotu do czołówki najlepszych niemieckich skoczków, ale dobrze jest mieć u siebie tak wielki autorytet, który w razie potrzeby mógłby pomóc nie tylko u podstaw piramidy szkolenia w Niemczech.

Z Niemcami od pewnego czasu współpracuje też ich własny biomechanik z jednego z niemieckich uniwersytetów, który pomaga ustalać plany treningowe. Większość zmian to efekt serii spotkań za kulisami, jakie trenerzy kadry odbyli zeszłej zimy z niemieckim związkiem. Ta zaczęła się już na jej początku, gdy było widać, że wyniki nie są najlepsze. Potem te ciągnęły się przez kolejne miesiące, a ostatnie decyzje zapadały aż do wiosny, niemal do ostatniej chwili.

I żeby nie było tak kolorowo, były też zmiany nieprzewidziane. W czerwcu po dwunastu latach pracy w Niemczech ze związku odszedł Roland Audenrieth, specjalista od sprzętu, odpowiedzialny głównie za buty i wiązania, od wiosny przypisany do kadry B. Co ciekawe, nie pracuje już w skokach, a w firmie produkującej motocykle. W zespole pozostali Erik Simon i Cristoph Spohn, ale, jak widać, poradzili sobie z przygotowaniem sprzętu bardzo dobrze.

To może martwić rywali. Niemcy mają asa w rękawie i z niego nie korzystają

Co do sprzętu to zaskakiwać, a być może jednocześnie martwić rywali, może fakt, że Niemcy mają kolejnego asa w rękawie i na razie z niego nie korzystają. To nowe buty, które produkuje im firma Daytona, do tej pory znana ze sprzętu dla motocyklistów i żużlowców. Dzięki temu, że obuwie produkuje mała firma, jest ono o wiele bardziej dostosowywane do indywidualnych potrzeb zawodników.

Na razie w butach Daytona skacze jednak tylko Markus Eisenbichler, choć według naszych informacji, mogłaby mieć je i cała kadra. Z jakiegoś powodu na razie je jednak oszczędza. Może dlatego, że zawodnikom lepiej skacze się w zwykłych, najbardziej popularnych wśród skoczków na całym świecie, Rassach. Możliwe jednak także, że w pewnym momencie sezonu je wyciągną. To na pewno nie projekt, z którego kompletnie zrezygnowali. A fakt, że Eisenbichler pokazał się w nich podczas finału Letniego Grand Prix w Klingenthal, raczej nie był tylko gierką, a realnym sygnałem, że Niemcy mają taki sprzęt w zanadrzu i mogą go wkrótce znów pokazać światu.

Najważniejszy cel jest jasny. Niemcy zgarną Złotego Orła po 22 latach przerwy?

Dominacja Niemców w Ruce budzi także wątpliwości u rywali. Wątpliwości, czy uda się dogonić tak rozpędzoną kadrę Horngachera. - Pozostałe zespoły, zwłaszcza Niemcy, są bardzo silne. Musimy zobaczyć, czy będziemy potrafili im dorównać w tym periodzie. (...) Fakt, że Niemcy tak dobrze radzą sobie w powietrzu, też jest dla mnie zastanawiający i ciekawy. Zwłaszcza że ostatnio nie radzili sobie najlepiej i zrobili spory krok naprzód, rozwinęli się w wielu elementach - mówił Sport.pl po sobotnim konkursie w Finlandii Alexander Stoeckl.

Jedno jest pewne: największym celem tak silnych Niemców na początku sezonu musi być utrzymanie formy na Turniej Czterech Skoczni. Czekają na zwycięstwo w tej prestiżowej rywalizacji na przełomie roku już prawie 22 lata, od czasu słynnego triumfu Svena Hannawalda, który jako pierwszy wygrał wszystkie konkursy jednej edycji TCS. Jeśli teraz któryś z nich nie sięgnie po Złotego Orła, to kiedy? A na inaugurację Turnieju w Oberstdorfie bilety już wyprzedano. Skoro w zeszłym roku, choć Niemcom kompletnie nie szło, był tam tłum i wielki kibicowski kocioł, to co będzie działo się teraz? Szanse, że ich ulubieńcy zapewnią im tam szał radości, są przecież o wiele większe.

Tak, jak te, że Stefan Horngacher doczeka się wreszcie znakomitego sezonu w niemieckiej kadrze. Co prawda, zdobywał już z drużyną Puchar Narodów w 2020, czy złoto mistrzostw świata w Oberstdorfie w 2021 roku, a Karl Geiger ma tytuł mistrza świata w lotach z Planicy sprzed trzech lat i małą Kryształową Kulę za PŚ w lotach zdobytą w 2021 roku. Zawsze był jednak jakiś niedosyt. Brakuje mu przede wszystkim Kryształowej Kuli za klasyfikację generalną PŚ, czy wspomnianego Złotego Orła za wygraną w Turnieju Czterech Skoczni. To te trofea zdobył w Polsce i miał nadzieje je przynieść także tu. Teraz, to może być TEN sezon Horngachera w Niemczech.

Więcej o:
Copyright © Agora SA