Trwa sądny tydzień! Alarm w kadrze polskich skoczków

Jakub Balcerski
Trwa sądny tydzień dla polskich skoków. Czas spędzony w Lillehammer może być kluczowy dla całego sezonu. To, jak trenerzy pokierują kryzysem, może wpłynąć albo na powrót zawodników do czołówki, albo dalsze dryfowanie w kierunku przepaści. Nie chodzi tylko o kryzys sportowy, ale i mentalny. Ostatnie słowa Dawida Kubackiego i Kamila Stocha brzmiały przecież jak wotum nieufności.

Celem na tę zimę było przygotowanie formy inaczej niż rok temu. Wtedy polscy skoczkowie byli świetni na początku, a później mieli problemy, żeby błysnąć w najważniejszym momencie, czyli przed mistrzostwami świata w Planicy. Tym razem Polacy mieli przyszykować formę na Turniej Czterech Skoczni, PolSKI Turniej i mistrzostwa świata w lotach na mamucie Kulm - czyli okres od końcówki grudnia do początku lutego, nieco ponad miesiąc. Nie było jednak mowy o tym, że wszystko zacznie się od wyrżnięcia o dno stawki Pucharu Świata.

Zobacz wideo Burza po słowach Stocha i Kubackiego. Wyszli z problemem do mediów

Wynik Polaków jest zbyt słaby, żeby pozostać spokojnym

28 punktów po dwóch konkursach? Ostatnio gorzej było w 2012 roku, gdy polska kadra miała ich zaledwie dwanaście. To wynik poniżej wszelkich oczekiwań, zbyt słaby, żeby pozostać spokojnym.

- Widzę błędy u naszych zawodników i rozmawiałem o nich z Thomasem, a on potwierdza, że tak jest - mówił nam prezes Polskiego Związku Narciarskiego Adam Małysz. - Skocznia w Ruce jest bardzo trudna. Jeśli zostaniesz trochę z tyłu (w pozycji najazdowej - red.), to niestety nie masz szans. Na niej trochę się skacze, jak na skoczni mamuciej. Niby to duża skocznia, a jednak kierunek odbicia musi być zdecydowanie bardziej nie do przodu, ale z opuszczoną klatką i wypchniętym kolanem, żeby szybciej lecieć w powietrzu. Widać, że nasi zawodnicy są wolni w locie, ale to skutek tego, co dzieje się na rozbiegu, a później na progu - wskazał Małysz. 

- Od najlepszych dzieli ich prawdziwa wyrwa w jakości skoków. Niestety, może być zbyt wielka, żeby zdążyć na czas - usłyszeliśmy w weekend od jednego z największych autorytetów w środowisku. Te słowa martwią, ale skoki nie takie powroty już widziały. Żeby go dokonać, trzeba mieć jednak odpowiedni plan i umieć go odpowiednio wdrożyć.

Słowa Kubackiego i Stocha brzmiały jak wotum nieufności. Sztab odpowiedział dyplomatycznie

I tu zaczynają się schody. Bo po zawodach w Ruce więcej niż o tym, jakie są problemy Polaków, dyskutujemy o tym, jak się o nich mówi. A w zasadzie o tym, jak o nich mówią sami polscy skoczkowie. To zresztą zrozumiałe, bo takich wypowiedzi po zaledwie jednym nieudanym weekendzie, fatalnym, ale jednak dopiero pierwszym, chyba nikt się nie spodziewał. A brzmiały niemalże jak wotum nieufności dla trenerów.

Dawid Kubacki w studiu TVN wskazał, że nie spodobały mu się uwagi, jakie dostał od trenerów na temat swoich skoków. Mówił, że nie chce "rozwalać koncentracji na siedem różnych rzeczy, bo to nie wyjdzie". Później asystent Thomasa Thurnbichlera Marc Noelke wytłumaczył Sport.pl, że chodziło o informacje, jakie Kubacki dostał po pierwszym skoku w niedzielę. I ta sprawa według niego została wyjaśniona. Ale Kubacki odnosił się także do spotkania z zawodnikami, jakie trenerzy zorganizowali po sobotnim konkursie w Ruce. Mieli na nim namawiać zawodników głównie do skakania z pasją i zaangażowaniem, ale także ryzykowania na skoczni. To nie spodobało się przede wszystkim Kamilowi Stochowi, który w wypowiedzi dla Eurosportu powiedział, że "nie wierzył w pomysł" sztabu, próbował go wykonać, ale brak zaufania, a w konsekwencji błędy na skoczni, skończyły się dla niego odpadnięciem z rywalizacji w niedzielę już w kwalifikacjach.

Z tego, co przekazał nam Noelke, zmiany, które zaproponował sztab w sobotę, wywołały "ofensywną interpretację" u dwóch skoczków. Można się domyśleć, u których, zwłaszcza że Paweł Wąsek i Aleksander Zniszczoł w swoich wypowiedziach o sztabie praktycznie nie wspominali, a Piotr Żyła jako jedyny z najbardziej doświadczonych polskich skoczków zachował spokój i wyraził wsparcie dla trenerów. - Trener ma plan i konsekwentnie się go trzymamy. Wierzę w niego. Choć w ten weekend nie poszło tak, jakbym chciał, to wierzę, że te trybiki zaskoczą i wtedy będzie dobrze - mówił w studiu TVN wyraźnie zaskoczony pytaniem. Po niedzieli można było zatem odnieść wrażenie, że polska kadra nie dość, że nie ma pełnego zaufania do sztabu, to jeszcze jest podzielona. I to na co najmniej dwie części, jeśli odnóg nie jest więcej. - Nasze wizje, skoczków i trenerów, są spójne - uważa jednak Noelke.

Od obu szkoleniowców - zarówno Niemca, jak i głównego szkoleniowca Polaków Thomasa Thurnbichlera - bezpośrednio po konkursach płynął zupełnie inny przekaz niż ze strony skoczków. - Jestem pewny tego zespołu. Wierzę w niego, w trenerów i skoczków. Musimy mieć teraz jasną wizję, pracować z dnia na dzień. Przepracujemy to razem. Będziemy walczyć każdego dnia - mówił w wypowiedzi dla Polskiego Związku Narciarskiego po weekendzie w Ruce Thurnbichler.

On i Noelke mówili o sytuacji dyplomatycznie, skoczkowie poszli o kilka kroków dalej. W skokach publiczne zarzuty w stronę sztabu zdarzają się przecież rzadko i trudno uwierzyć, żeby były efektem tylko tego, co wydarzyło się w Ruce. Taki ruch skoczków jest albo pochopnym działaniem w emocjach po słabych wynikach (wtedy można kwestionować, czy słusznym), albo, co w obliczu pełnego obrazu sytuacji wydaje się bardziej prawdopodobne, czymś wykonanym nie bez przyczyny. Czyli wskazaniem, że obecny problem kadry leży nieco głębiej, niż się wydaje.

Thurnbichler sam wskazał, gdzie szukać błędów

Do jesieni głosy z kadry o przygotowaniach i metodach szkoleniowców były pozytywne. Treningi przebiegały podobnie jak te sprzed roku - Thurnbichler wiosną proponował skoczkom te same ćwiczenia z liczeniem czy podawaniem kolorów w locie, ale wszystko było urozmaicane w nieco inny sposób. Czyli np. ćwiczeniami ze specjalistami od warsztatów technik ruchowych na początku lata. Wtedy większość rozwiązań wydawała się odpowiednia, mówił o tym sam trener Thurnbichler.

Tu warto jednak zacytować, co o neurocoachingu - a więc także jednej z tzw. alternatywnych metod treningowych - powiedział nam tego lata Adam Małysz. - Ja mówię tak: wszystko może być dobre, byle nie przesadzić. Ten system za zawodnika nie skoczy, to jest tylko jeden z elementów, który może mu pomóc. I będąc na zgrupowaniach czy zawodach widzę, jak to wygląda, że to jest wplatane w zwykły, rutynowy trening. Myślę, że to jest dobre, ale nie można się maksymalnie koncentrować tylko na tym. Nie tędy droga - wskazał prezes PZN przed igrzyskami europejskimi. I tak jest ze wszystkim: czasem warto przemyśleć dwa razy: czy wprowadzać coś do treningów i czy to coś nie jest już przesadą, czy nie lepiej skupić się na czymś bardziej podstawowym?

Thomas Thurnbichler nie unika trudnych pytań. Teraz nadal mówi o wszystkim w możliwie najbardziej wyważony sposób, biorąc błędy i słabe wyniki "na klatę", zdając sobie sprawę, że po wypowiedziach skoczków temat ich kłopotów i atmosfery w drużynie stanie się kontrowersyjny. Jednak po jego wtorkowym wywiadzie dla serwisu WP Sportowe Fakty wiemy o sytuacji jeszcze więcej. I sam trener polskich skoczków wskazał, gdzie należy szukać przyczyn słabszej formy Polaków. - Powinniśmy pojechać na Cypr tydzień wcześniej i wtedy mielibyśmy czas na dwa obozy na skoczni, a nie jeden. To pozwoliłoby nam złapać pewność. Nie należało robić ostatniego obozu w Lillehammer. To stosunkowo wolny i mało stromy rozbieg, a Ruka jest tego przeciwnością. To właśnie te dwie rzeczy były największymi problemami - ocenił Thurnbichler.

Skoro, jak przytoczyła dziennikarka "Przeglądu Sportowego Onet" Natalia Żaczek na Twitterze, Kamil Stoch podczas mistrzostw Polski w końcówce października chwalił sztab za skupianie się na mniejszej liczbie elementów, to jasne, że coś musiało zawieść dopiero później. To wskazywałoby, że sytuacja nie jest tragiczna: skutki popełnionych błędów, które już widać na skoczni, pewnie przez dobrą chwilę jeszcze nie znikną, ale nie powinny być czymś nie do przeskoczenia. Bardziej martwi, że zachowanie zawodników w Ruce nie sugeruje, żeby przygotowania miały być jedynym problemem sztabu polskiej kadry.

W Ruce jak na Kulm. To słabość sztabu polskiej kadry

Drugi to coś, co najlepiej nazwać zarządzaniem kryzysem. Z tym obecny sztab Polaków nie radzi sobie idealnie. Wróćmy do poprzedniego sezonu. Tam wszystko szło dobrze do weekendu w Sapporo pod koniec stycznia. Po nim zespół wrócił z Japonii przemęczony, a gorszą dyspozycję widać było już w ostatnim z trzech organizowanych tam konkursach, wówczas najgorszych w wykonaniu kadry Thurnbichlera. Po powrocie do Polski sztab podjął, jak się później okazało, złą decyzję. Zamiast dać zawodnikom odpocząć, pojechali trenować do Zakopanego. To miało swoje przełożenie na jeszcze większe wahania formy i złe samopoczucie. Kłopoty nie oznaczały nic dobrego, zwłaszcza że rywalizacja przeniosła się na skocznię mamucią. Na Kulm trudno o poprawę techniki, a ta zaczęła szwankować. Trenerzy nie zareagowali odpowiednio. Być może nie umieli, zwłaszcza niedoświadczony w roli głównego trenera kadry na zawodach w lotach narciarskich Thurnbichler. Zdecydowali się na zbyt dużo rozwiązań, w zmianach skupiali się na wielu elementach. Ryzykowali. Nie wyszło, bo Polacy nie wrócili do czołówki, a u niektórych problemy się nawet pogłębiły.

Sam Thurnbichler przyznał się wtedy w wywiadzie dla Eurosportu, że przesadził i szczerze mówił, że nie powinien konstruować zmian w trakcie zawodów w taki sposób. - Uwagi do zawodników w takiej ilości na lotach są niepotrzebne i później starałem się już do tego stosować. Poprawiliśmy też dzięki temu wyniki na mamutach w dalszej części sezonu. (...) Gdy pracujesz, błędy się zdarzają. I tak ma każdy. Przepracowaliśmy to odpowiednio, to był kluczowy moment dla całej zimy - odnosił się do tego w rozmowie ze Sport.pl po sezonie. Co ciekawe, w styczniu to Thurnbichler był jedynym, który wspomniał o tym temacie. Skoczkowie nawet go nie ruszyli. Nam opowiedział o nim Jakub Wolny, ale dopiero kilka miesięcy później, w dodatku przyznając, że nie zarzuca niczego trenerom, bo zaufał temu rozwiązaniu i po prostu nie okazało się trafne, co się zdarza.

Przytaczamy sytuację z Kulm, bo teraz w Ruce, na obiekcie, któremu, jak wspomniał w rozmowie ze Sport.pl Adam Małysz, bliżej specyfiką do mamuta niż dużej skoczni, było bardzo podobnie. I ze strony zawodników padły właśnie zarzuty o udzielanie zbyt wielu uwag i skupianie się na kilku elementach, zamiast prostszych i jaśniejszych wskazówek. - Odbyliśmy rozmowę w samochodzie. Być może byłem zbyt ofensywny, jeśli chodzi o sposób pracy, drogę, którą chcieliśmy przejść - przyznał w rozmowie z WP Sportowe Fakty Thurnbichler, odpowiadając bezpośrednio na słowa Kamila Stocha. - Teraz próbujemy znaleźć właściwy balans. Będziemy o tym rozmawiać, by stworzyć pomysł, w który Kamil zacznie wierzyć - dodał Austriak.

Wydawało się, że lekcja z poprzedniego sezonu sporo sztab nauczyła. Zwłaszcza że późniejsze ruchy, gdy forma Polaków spadała tuż przed mistrzostwami świata w Planicy, dały dwa medale Piotra Żyły i Dawida Kubackiego oraz naprawdę dobrą postawę całego zespołu, któremu niewiele zabrakło do podium także w konkursie drużynowym. Na miejscu także kontrolowali sytuację z problemami zdrowotnymi Kubackiego, robili wszystko rezolutnie, bardzo świadomie, ale i logicznie. Tu znów zabrakło im opanowania. To, że Thurnbichler przyznał się do błędu teraz nie będzie już jednak wystarczającym uspokojeniem w stronę mediów, kibiców, czy samych zawodników.

Sądny tydzień i plan B

Dla polskiej kadry czas spędzony w Lillehammer to sądny tydzień. Nie chodzi o to, że zdecydują tu o swojej przyszłości, czy, że niedługo można się spodziewać panicznych ruchów ze strony PZN. To jednak kluczowy moment może i dla całego sezonu. To, jak trenerzy pokierują kryzysem, jakie metody rozwiązania problemów zaczną stosować, bardzo mocno wpłynie na szanse powrotu ich zawodników do czołówki. I nie tylko. Bo nie chodzi już o samą pracę nad aspektami sportowymi, a tym, jak rozumieją się z zespołem i jak na niego wpływają.

Thurnbichler wygląda na trenera, który dobrze rozumie obecną sytuację i choć nie ustrzegł się pomyłek, ma pomysł na to, co dalej. Podał już nawet konkretny plan, jaki będzie realizował z zawodnikami w Lillehammer przed kolejnymi zawodami: ma podejść do nich znacznie bardziej indywidualnie. - W pierwszych dniach skoncentrujemy się na stworzeniu wizji dla każdego skoczka z osobna i zadecydowaniu, nad czym muszą pracować. Później będziemy mieli dwa treningi, by wzmocnić ciało, ale będziemy musieli utrzymać świeże nogi. Będą nas czekać też dwie sesje na skoczni przed kwalifikacjami - przekazał w rozmowie z WP Sportowe Fakty. 

Thurnbichler mówił też o resecie, a gdy przypomnimy sobie, co mówił dla Eurosportu po sobotnim konkursie w Ruce, to podawał dwa możliwe rozwiązania na kolejny dzień: kwestionowanie wszystkich elementów, jak technika, przygotowanie fizyczne, czy sprzęt i próbowanie zmian we wszystkim lub właśnie kompletny reset. W pewnym sensie sztab zastosował już pierwsze rozwiązanie - nie wypaliło. Zatem teraz zapewne czas na plan B.

Każdy kolejny tak słaby weekend jak w Ruce podkopywałby Polaków - ich psychikę, a zatem pewnie i wiarę, motywację, ale także zaufanie do sztabu. Dlatego tak ważne jest, żeby w Lillehammer - gdzie kadra wystartuje bez zmian, w składzie: Kubacki, Żyła, Stoch, Wąsek, Zniszczoł - pójść w dobrym kierunku.

Więcej o:
Copyright © Agora SA