Zamknął Kubackiego w pokoju, a ten walił w drzwi. Trener od razu ukarał ich obu

Jakub Balcerski
- Potrafi krzyknąć, ale gdy trzeba. Nie robi tego ciągle, nadprogramowo - mówi o Thomasie Thurnbichlerze w rozmowie ze Sport.pl jego polski asystent, Krzysztof Miętus. Opowiada też o tym, czemu kiedyś zamknął w pokoju Dawida Kubackiego i czy widzi się w przyszłości w roli trenera głównego.

Krzysztof Miętus to były zawodnik polskiej kadry skoczków. Jego największymi sukcesami były brązowy medal mistrzostw świata juniorów w drużynie z Zakopanego zdobyty w 2008 roku, wyjazd na igrzyska olimpijskie w Vancouver dwa lata później, dwa miejsca na podium konkursów drużynowych Pucharu Świata z Zakopanego i Lahti, a także jedenaste miejsce indywidualnie, które zajął podczas zawodów w Klingenthal w 2011 roku.

Wiosną 2018 roku zakończył karierę w wieku 27 lat i został trenerem - najpierw w klubie Eve-nement w Zakopanem, a potem pomagając w kadrze A. Obecnie jest asystentem trenera Thomasa Thurnbichlera. W rozmowie ze Sport.pl wyjaśnia, jak wygląda współpraca z Austriakiem, mówi o swoich ambicjach i tym, jak wyglądały kulisy poprzedniego sezonu polskiej kadry.

Zobacz wideo Reprezentacji Polski brakuje liderów. Probierz komentuje: Robert w tym pomagał

Jakub Balcerski: Czego nauczyłeś się przez pierwszy rok bycia asystentem u Thomasa Thurnbichlera?

Krzysztof Miętus: Początek nie był łatwy, bo choć już rok wcześniej byłem w kadrze A, to moje obowiązki były trochę inne i gdy pojawił się Thomas, to trzeba było się przestawić, a paru rzeczy też nauczyć. W drugą stronę też to funkcjonowało. Thomas przyszedł z zagranicy i nie miał prawa wiedzieć wszystkiego, np. o papierkowej robocie, więc musiałem mu z tym pomóc. Do tego dochodziła sprawa innego języka. Znałem podstawy angielskiego, ale musiałem się trochę podszkolić, po niemiecku nie mówię. Nie było tak, że się nie rozumieliśmy, ale teraz rozumiem o wiele więcej niż przez pierwsze tygodnie współpracy.

A niemiecki stał się dla was chyba językiem urzędowym w kadrze?

- Raczej angielski, to nim się najczęściej posługujemy. Thomas, czy Marc Noelke świetnie sobie z nim radzą i komunikacja jest na dobrym poziomie. Oni mówią ze sobą po niemiecku, z nami już po angielsku. Wiadomo, że czasem komuś zabraknie słowa, albo nawet lepiej jest coś przekazać po niemiecku. Nie mamy problemu z tym, żeby coś sobie dopowiedzieć, czy wytłumaczyć w inny sposób, gdy akurat nie zrozumiemy.

Coś w pracy z nowym sztabem cię zaskoczyło, było inne, niż się spodziewałeś? Ta praca bardzo różni się od tej z czasu, który spędziłeś z kadrą, gdy trenerem był Michal Doleżal?

- To, że byłem w kadrze już przez rok, pomogło mi w lepszym poznaniu i oswojeniu się z zawodnikami. Niektórych znam już długo, bo razem skakaliśmy, ale trochę inaczej jest, gdy są twoimi kolegami z szatni, a inaczej, gdy pracujesz z nimi jako członek sztabu. Gdy trenerem był Michal, to - poza zajmowaniem się treningami tak jak teraz - byłem odpowiedzialny głównie za sprzęt. Szczególnie za kombinezony. Teraz doszły mi sprawy organizacyjne, w tym staram się odciążyć Thomasa, czy Marca.

Chowasz się nieco za nimi? Bo to oni są twarzami tego sztabu, ich jest też najwięcej w mediach. Ty jesteś trochę bardziej w cieniu, jako część zespołu.

- Thomas z Markiem często są w oku kamery, razem stoją na wieży, dużo wypowiadają się w mediach, więc wiadomo, że będzie o nich trochę głośniej. Zarządzają tą grupą, to jasne. Ale w naszym zespole każdy jest ważny, nawet jeśli nie widać tego na zewnątrz. Nieistotne, czy jesteś serwismenem, czy fizjoterapeutą, czy odpowiadasz za treningi, wszystko składa się na końcowy wynik naszych zawodników. Wszystko ma na nie jakiś wpływ.

Ja najczęściej stoję na wieży sędziowskiej, albo jakiejś platformie przyszykowanej na danej skoczni tak, żeby można było podglądać warunki. Stoję "na wiatrach". Przekazuję Thomasowi, jakie są warunki i jak zmienia się siła, czy kierunek wiatru, ale też uwagi odnośnie tego, co zrobił zawodnik i co można zmienić moim okiem. Później po treningu, czy zawodach siadamy razem i analizujemy te skoki wspólnie. Słuchamy siebie nawzajem i wyciągamy wnioski.

Co byłeś w stanie podejrzeć u Thomasa lub Marca? Skupiałeś się na tym, co możesz później wykorzystać w swoim trenerskim warsztacie?

- Ich trening trochę różni się od tego, który stosujemy w Polsce, każdy trener ma swoją wizję. Stąd parę elementów - koordynacyjnych, czy aktywacyjnych - do własnego planu na trening na pewno bym przechwycił, one są ciekawe. Trening siłowy wiele się nie różni, w skokach pracujemy w tej kwestii bardzo podobnie w każdym kraju. Dla mnie bardzo ciekawe jest to, jak trener się zachowuje i jak mówi do zawodników. Wiem, jak było wcześniej i co na kogoś działało, a co nie. Gromadzę sobie coraz więcej obserwacji.

Porównujesz pod tym względem trenerów, z którymi pracowałeś?

- Nie, nie. Staram się tego nie robić, bo co trener, to trochę inne metody. Lepiej to obserwować i wyciągać detale, poszczególne elementy, które później samemu można wykorzystać w dobry sposób.

Trudno było się wdrożyć w neurocoaching? Kiedy nie zna się tego od środka, to pewnie może się wydawać trochę dziwne, chociaż te metody treningu często wracają do skoków.

- Jakbym sam chciał poprowadzić taki trening, to na początku na pewno bym nie umiał. Nie wiedziałbym, jak się za to odpowiednio zabrać. Teraz coraz więcej rozumiem i wiem, jak podejść do poszczególnych ćwiczeń, czy przyrządów, z których korzystamy. Szczególnie Marc, ale także Thomas, mają ogromne pojęcie o tym, jak to wpływa na skoczków i co najlepiej wybrać, w jaki dzień i dla kogo. To nowość, ćwiczenia wymagające bardzo dużego skupienia, zawodnikom przychodzi to łatwiej, albo trudniej. Zależy co i komu. Tu nie było wielkich problemów z tym, żeby się dostosować, ale każdy potrzebował czasu. Teraz o wiele lepiej to rozumiemy, nauczyliśmy się obcowania z tymi metodami.

Wyobrażenie na temat neurocoachingu – elektrod, badań, metod, w które trudno uwierzyć - to chyba co innego, niż to, co zobaczyliście na treningach u Marca i Thomasa, prawda?

- Zdecydowanie. Gdy usłyszałem o tym, że to się u nas pojawi i trochę na ten temat poczytałem, nie byłem przekonany. Miałem takie stereotypowe myślenie narzucone przez internet, jakby podczas tych treningów wierciło się skoczkowi w głowie. Że to nie wiadomo co. A to raczej ćwiczenia na koncentrację i pozwalające skoczkowi odpowiednio przygotować się do startu, np. w dniu zawodów.

Na pierwszym spotkaniu z mediami wiosną zeszłego roku Thomas zdradził, jak wyglądał jeden z waszych pierwszych wspólnych treningów. Przyszedł i powiedział ci: "Dziś trening poprowadzisz ty". To nie on zarządzał zajęciami, zrobił miejsce dla ciebie i stworzył ci wyzwanie. Jak zareagowałeś?

- Jak główny trener spojrzy w ten sposób po pierwszych dniach pracy w zespole, to wiadomo, że sztywniejesz, ha, ha. Teraz już nie. Wtedy się jeszcze za bardzo nie znaliśmy, teraz lepiej wiemy, czego się po sobie spodziewać. Dalej zdarza się tak, że Thomas daje poprowadzić jakiś ogólny trening z całą kadrą innym - poza mną także Wojtkowi Toporowi, czy Krzyśkowi Biegunowi, ale raczej ustalamy to już wcześniej, a my jesteśmy też z tym bardziej obyci. Czasem ktoś ze sztabu, ja też, sam zgłasza się, żeby pokazać coś ciekawego, swojego i Thomas jest na to w pełni otwarty.

A jakim szefem jest Thomas Thurnbichler?

- Potrafi krzyknąć, ale gdy trzeba. Nie robi tego ciągle, nadprogramowo. Jest otwarty, stara się jak najlepiej zrozumieć nas i zawodników.

W zeszłym sezonie byłeś bohaterem jednej anegdoty. Dziennikarze przyjechali do Zakopanego na spotkanie z kadrą, które zorganizowano w czwartek. Wy akurat skończyliście trening, ale szybko dostaliśmy informację, że wszystko się opóźni. Dlaczego? Bo Krzysztof Miętus siedział zamknięty na wieży sędziowskiej i trzeba było go uwolnić. Opowiedz, jak to się stało.

- Ta wieża na Wielkiej Krokwi nie jest stale otwarta i gdy kończy się trening, czy jest po zawodach, to obsługa obiektu przychodzi ją zamknąć. Po ostatniej rundzie skoków trening się skończył, więc ktoś przyszedł do wieży i nie wiedząc, że jestem na samej górze, zamknął drzwi. Trochę sobie tam posiedziałem, ale po tym, jak to zgłosiłem, ktoś mnie uwolnił. Stamtąd chwilę idzie się na dół, więc wszyscy musieli na mnie czekać. Wróciliśmy do hotelu, odłożyliśmy sprzęt i zawodnicy pojechali do was na spotkanie. Jakiejś wielkiej paniki nie było.

Pamiętam jeden komentarz kibica odnośnie tej sytuacji zamieszczony na naszej stronie. Pisał, że to zemsta na Miętusie, bo kiedyś zamknął w pokoju Dawida Kubackiego. To prawda?

- Tak, było, ha, ha. To z czasów kadry juniorskiej i trenera Adama Celeja, chyba jakiś FIS Cup, albo nawet większe zgrupowanie. Zamknąłem Dawida, a on się zaczął denerwować, walić w te drzwi i krzyczeć. Trener Celej wyszedł na korytarz i pyta się, co to za hałas. Gdy zrozumiał, co się stało, od razu uciął nam z Dawidem diety za ten wyjazd.

Czyli to było specjalnie?

- Myśmy tak sobie często docinali i jakieś głupie żarty robili.

Teraz jakbyś Dawida zamknął, to chyba na dietach by się nie skończyło.

- Teraz to mi już chyba nie wypada. Mógłbym to zrobić, może kiedyś sobie zasłuży, ale wtedy to były inne czasy i czasem tylko o takich numerach się myślało.

Omawialiście poprzedni sezon patrząc na to, jak wyglądał i kiedy przyszła forma? Najlepsza była raczej na początku, potem pojawiały się dołki, ale na mistrzostwa świata udało się przygotować dobrą dyspozycję i skończyć je z dwoma medalami. Teraz podobno podejście do budowania szczytu formy ma być inne, a celem szczyt formy od Turnieju Czterech Skoczni, przez PolSKI Turniej do końca mistrzostw świata w lotach na mamucie Kulm.

- Taki mamy plan, zresztą pewnie większość kadr po prostu położy nacisk na ten okres, może wybierze jedną z tych imprez jako najważniejszą. My też wtedy chcemy być mocni. W Polsce to już chyba jest taki mit, że forma rośnie naszym od Engelbergu. Rok temu było inaczej, Thomas często wspomina, że jako nowi trenerzy musieli od początku pokazać, że są odpowiednimi osobami w odpowiednim miejscu. Lato, później jesień i finisz przygotowań, a w końcu także pierwsze konkursy zimą były wyjątkowo udane. Później pojawiła się zadyszka, zmęczenie rosło przy długich podróżach i zmianach czasu. Wszyscy mieli tak samo, wiadomo, ale na nas odbiło się to nieco mocniej. Powiedzmy, że przyszedł kryzysik, taki wyraźny dołek. Fajnie wtedy zadziałała przerwa i spokojne treningi w Zakopanem przed mistrzostwami świata. Sporo wtedy udało się wypracować i przetestować sprzętowo. To dało nam sporo radości.

Choć pozostał pewien niedosyt po konkursie drużynowym, gdy manewr Thomasa z obniżeniem belki na ostatni skok nie przyniósł nam medalu, a Stefan Kraft wylądował tak blisko, że bez tego zabiegu wyrwalibyśmy Austriakom brąz. Gdyby to się udało, byłoby pięknie, ale nie przewidzisz wszystkiego, co może się wydarzyć. Zwłaszcza że w tamtym momencie to była jedyna słuszna decyzja. Chcieliśmy powalczyć i mogliśmy to zrobić tylko ryzykując. Pozostał żal, że niewiele zabrakło.

Co padło wtedy przez radio czy w szatni?

- Nie zacytuję, ha, ha. A tak naprawdę to nie było wielkich emocji. Trochę niedosytu, ale też zrozumienia. Zajęliśmy czwarte miejsce i patrząc na poziom tego konkursu, czy fakt, że wtedy w pełni sił nie był Piotrek Żyła, to nie powinniśmy się tego wstydzić. Tak samo jak tej decyzji z obniżeniem rozbiegu. To samo zrobili Niemcy, którym też nie udało się na tym skorzystać i zdobyć medalu. Gdybyśmy tylko wiedzieli, co zrobi Kraft... Ale nie ma co do tego wracać.

Czyli nie kończyliście sezonu z tym konkursem w głowach? Z wielkim żalem, że się nie udało?

- Nie. Wiadomo, że ten drużynowy medal jest trochę inny. Wtedy najbardziej czujesz się częścią tego zespołu, wiesz, że to też twój sukces. Dlatego szkoda, że się nie udało. Tuż po konkursie wszystkim było smutno, że nas na tym podium nie ma, ale nikt nie dramatyzował. Umieliśmy docenić medale Piotrka i Dawida Kubackiego po spadku formy z poprzednich tygodni.

Co wam mówi, że tej zimy będzie dobrze? Skąd bierzecie spokój i przekonanie, że ona będzie udana? Bo w waszych wypowiedziach nie widać żadnej nerwowości odnośnie nowego sezonu.

- Nie ma jej, to prawda. Jest za to założenie, że forma nie musiała być najwyższa od początku lata, nie musiała pokazywać się nawet jesienią, bo celujemy w zimę. Jako sztab wiemy, co się dzieje, analizujemy wszystko i widzimy, jeśli pojawia się jakiś problem. Im bliżej startu Pucharu Świata, tym więcej od siebie wymagamy. Najważniejsze to jednak kontrolować to, jak wygląda forma i w spokoju, wiedząc, jakie są nasze cele, czekać, gdy osiągnie najwyższy pułap.

Jako trener postawiłeś sobie jakiś cel na najbliższy sezon? Może chcesz się rozwinąć w jakimś konkretnym elemencie?

- Chcę kontynuować to, co robiłem wcześniej. Nie stawiam sobie konkretnego celu, ale wiem, jak chcę pracować i do czego dążymy jako zespół.

Zaczynałeś pracę w roli trenera w Eve-nemencie, klubie Kamila Stocha i jego żony, Ewy. Nietrudno stwierdzić, że podejście do szkolenia dzieci, a współpracy z najlepszymi skoczkami w kraju jest trochę inne, ale gdzie widzisz największe różnice?

- Miałem spory przeskok: od pracy z dziećmi od razu do kadry A. W klubie zobaczyłem skoki od podstaw, tam potrzeba sporej cierpliwości do pracy z najmłodszymi. Jest więcej zabawy, większość treningów musi być w takiej formie. Dziecku ciężko byłoby wytłumaczyć, że musi iść teraz na siłownię, w ogóle nie mamy takich treningów normalnych dla profesjonalnego sportowca. Ogranicza się też mówienie o błędach czy konkretne uwagi. Nie powiesz: zrób teraz takie i takie odbicie, bo często to nawet nie trafi do tak młodego skoczka, niczego nie zrozumie. Trzeba go z taką wiedzą oswajać stopniowo. Raczej chodzi o zadania na skoczni, może korekty ułożenia jakiejś części ciała, a poza nią np. tory przeszkód, czy trochę uprawiania innych sportów.

U dzieci o wiele szybciej widać postęp. U najlepszych zawodników można poprawiać szczegóły, bo oni są już na wysokim poziomie, u najmłodszych ten poziom rośnie i zdecydowanie bardziej widoczne są efekty pracy. W kadrach nigdy nie będzie aż takiego przeskoku. Ciągle mam gdzieś pozgrywane stare skoki niektórych zawodników, których teraz widzę po paru latach dalszego treningu i uświadamiam sobie, ile się u nich zmieniło. Pamiętam, jak zaczynali i jak ich skoki dopiero raczkowały. Teraz to inni zawodnicy - gdybym nie wiedział, że na tych starych filmikach to oni, w życiu bym ich nie poznał.

W kadrach mamy więcej dyscypliny, skupienia na szczegółach i dochodzi presja, czy inny rytm pracy, bo zimą praktycznie w ogóle nie ma nas w domu. Latem jest w porządku, wyjeżdżamy na kilkudniowe zgrupowania, ale później to już nie jest jak w klubie, gdy wyjazdy są oderwaniem od rzeczywistości i pracy w kraju. Sytuacja się odwróciła.

Wspomniałeś o szybkim przejściu z klubu aż do pracy z najlepszymi polskimi skoczkami. Bałeś się, że pewne rzeczy ci umkną, bo nie przeszedłeś przez kolejne szczeble - pracę z juniorami czy kadrą B?

- Nie. Miałem kontakt z juniorami, gdy istniały grupy tatrzańskie i beskidzkie stworzone z zawodników klubowych i jeździły z kadrą juniorską na treningi. Tam mogłem trochę podpatrzeć. Z drugiej strony, w kadrze A nie było mi ciężko, bo nie wchodziłem tam jako asystent, czy tym bardziej trener główny, tylko w roli kogoś pomagającego zespołowi. Dlatego wiedziałem, z czym to się je, ale nie byłem osobą decyzyjną. I tak na razie pozostało.

A chcesz to zmienić? Jakim trenerem chciałbyś być?

- Nie powiem już teraz, że mam sprecyzowane ambicje, żeby być trenerem głównym. Może w głowie jest, że kiedyś, jeśli będę się dobrze rozwijał, to dojdę do takiego momentu i pojawi się jakaś szansa, żeby dostać taką rolę. To nie jest jednak celem: nie mówię sobie, że chcę być trenerem polskiej kadry, czy zaplecza, albo juniorów. Na pewno nie zamykam się na powrót do pracy w klubie. Ta praca dawała mi sporo radości i nie miałbym problemu z tym, żeby tam się znów przenieść. Na razie pomagam jednak u szczytu piramidy i skupiam się na tym, co mnie tu czeka w obecnej roli.

Gdy jako skoczek zakończyłeś karierę, to nie nachodziły cię myśli w stylu "Co by było gdyby"?

- Teraz już o tym nie myślę, ale bezpośrednio po tym, jak ją skończyłem, to w głowie działo się sporo. Cieszę się, że miałem okazję być w kadrze A, skakać na najwyższym poziomie i pojechać na igrzyska olimpijskie w Vancouver, bo to przecież nie każdemu się udaje. Były też zawody Pucharu Świata, po których byłem bardzo zadowolony.

Ale niektóre sprawy mogły się potoczyć trochę inaczej. Do nikogo nie mam pretensji, bo byłem prowadzony przez świetnych trenerów i ludzi wokół. Tu chodzi tylko o mnie.

Miałeś do siebie żal?

- Nie, chodzi o sytuacje, gdy mogłem postąpić trochę inaczej. Nie będę ich teraz przywoływał i robił rachunku sumienia, ale mam świadomość, że mogłem osiągnąć więcej. To żadne kontrowersyjne sprawy, po prostu mogłem z pewnych momentów w karierze sporo wycisnąć, a to się nie udało.

Skończyłeś karierę wiosną 2018 roku. Rok po tym, jak Stefan Horngacher niespodziewanie przeniósł cię do kadry A, choć wcześniej nie miałeś najlepszych wyników. Dostałeś szansę, ale sobie nie poradziłeś. Uważasz, że to był "pocałunek śmierci"?

- Nie. Jasne, że nie spodziewałem się tego powołania, bo w poprzednim sezonie nie było dla mnie niczym miłym walczyć o miejsce w kadrze na Puchar Kontynentalny i zajmować tam odległe pozycje, bez punktów. Natomiast całe lato przepracowaliśmy ze Stefanem w dobrym stylu. I mogło to się udać, ale gdy przyszedł sezon zimowy chyba czegoś mi zabrakło. Gdy wyniki nie były takie, jakich oczekiwałem, to nie chcę powiedzieć, że się poddałem, ale nie miałem wystarczająco zimnej krwi, cierpliwości i motywacji, żeby to dalej pociągnąć.

Skakałeś po zakończeniu kariery?

- Trzy razy. Najpierw, gdy pojechaliśmy latem 2018 roku do Planicy z Eve-nementem. Wziąłem ze sobą narty i postanowiłem skoczyć. Dzieciaki mi kibicowały, obserwowały, więc u góry miałem stresa, jak nie wiem co. Kilka miesięcy później jesienią oddałem jeszcze treningowy skok w Szczyrku, a potem z Andrzejem Zapotocznym i Łukaszem Rutkowskim startowaliśmy tu jeszcze w mistrzostwach świata weteranów.

Czyli jesteś bez skoku od pięciu lat.

- Tak. Podejrzewam, że gdybym usiadł na belce z obecnym sprzętem, to bym pojechał i jakoś oddał skok. Na pewno nie na skoczni dużej, raczej na normalnej. Na pewno bym się jednak bardzo bał. Może nie chodzi o sam strach przed skakaniem, czy wysokością, bardziej o własne umiejętności. Nie byłbym pewny, czy potrafię zrobić wszystko na tyle poprawnie, żeby było bezpiecznie. Z jednej strony najazd i odbicie człowiek ćwiczył całe życie i robi to niejako automatycznie. Z drugiej trzeba byłoby uważać. Pewnie dałbym radę. Nie wiem, jak z poziomem, ale starałbym się po prostu spokojnie wylądować.

A w Planicy to bula była, czy doping młodych poniósł pod czerwone linie?

- Było ponad 95 metrów. Czyli nie tak źle.

Więcej o:
Copyright © Agora SA