Thurnbichler: "Miałem ciarki na plecach". Zobaczył w Polsce wyjątkowy widok

Jakub Balcerski, Piotr Majchrzak
- Wewnątrz związku podjęliśmy dobre decyzje, a praca każdej grupy wygląda na naprawdę skuteczną. Jest obiecująco - mówi Sport.pl trener Thomas Thurnbichler po zmianach z ostatnich miesięcy w polskich skokach.

Letni sezon skoków w tym roku zaczął się wyjątkowo wcześnie. Start w czerwcowych igrzyskach europejskich w Zakopanem był jednak dla skoczków dodatkowym wyzwaniem, a pierwsze sprawdziany to zawody Letniego Grand Prix. Od 4 do 6 sierpnia zawodnicy rywalizują w Szczyrku.

W rozmowie ze Sport.pl trener polskich skoczków, Thomas Thurnbichler opowiada o nowych technikach treningu wprowadzanych od początku przygotowań, zmianach wewnątrz Polskiego Związku Narciarskiego i kadr, a także kwestiach dotyczących sprzętu skoczków.

Zobacz wideo "W tej chwili moja technika mocno kuleje". Kamil Stoch po zajęciu 29. miejsca na Wielkiej Krokwi

Jakub Balcerski, Piotr Majchrzak: Czego udało się dowiedzieć po pierwszych zawodach tego lata - igrzyskach europejskich w Zakopanem?

Thomas Thurnbichler: Pokazaliśmy sobie, że jeśli pierwszy konkurs nie wyjdzie, to pozostając w skupieniu i kontynuując naszą pracę, będziemy w stanie poprawić dyspozycję na następny. Na Średniej Krokwi nasza forma nie była najlepsza, a kilka dni później na Wielkiej Krokwi weszliśmy o poziom wyżej. Taka postawa zespołu udowadnia mi, że idziemy w dobrym kierunku. Że proces rozwoju, który zaplanowaliśmy, jest właściwy.

Widok trybuny pełnej kibiców skoków w czerwcu był surrealistyczny?

- Oj tak. Na wieży trenerskiej miałem ciarki. To wyjątkowy widok: tylu Polaków oglądających skoki, taki hałas tam na dole. Już zimą mówiłem, jak bardzo chciałbym usłyszeć tu śpiewany przez nich polski hymn. Teraz się udało i było wspaniale.

Próbowałeś śpiewać?

- Znam już parę słów. Wiem, że to idzie "Marsz, marsz Dąbrowski", ha, ha.

U Kamila Stocha widać było, że stracił balans w pozycji najazdowej, a to powoduje problemy w pierwszej fazie lotu. Jaki jest plan na pracę z nim?

- To dość typowy problem dla Kamila, ma go od dłuższego czasu i on wraca. Już na pierwszym obozie treningowym pokazał kilka dobrych skoków. Podczas igrzysk do nich jednak nie nawiązał, to była dużo słabsza forma. Ale to był 1 lipca, a teraz mamy dopiero sierpień. Jest wiele czasu na pracę, nie ma powodu do obaw. Powinniśmy zachować spokój i pracować tak, jak to zaplanowaliśmy aż do zimy.

A ogółem jesteś zadowolony z obecnego poziomu zawodników? Pięciu z nich skakało w Zakopanem na poziomie czołowej "30", to raczej dobry wynik.

- Tak. A kadrę stanowią nie tylko oni. Od początku lata nawet skoczkowie trenujący w bazach w Zakopanem i Szczyrku spisują się dobrze. W kadrze B też są zawodnicy, na których patrzymy. Można powiedzieć, że skoczków jest w Polsce pod dostatkiem. Wewnątrz związku podjęliśmy dobre decyzje, a praca każdej grupy wygląda na naprawdę skuteczną. Jest obiecująco.

Chciałeś w Polsce jeszcze więcej szkoleniowców wykorzystujących neurocoaching? Wiemy, że David Jiroutek, nowy trener kadry B, ma podobne metody, co Marc Noelke, które przejął od swojego brata, Jakuba i wprowadził je także tu.

- To był jeden z elementów, które pomogły nam go wybrać. Jednak nie był kluczowy. Ma sporo pozytywnej energii, umie dobrze współpracować. Lubię go i od pierwszego momentu widać było po nim sporo motywacji do pracy.

Zyskaliście też jednego ciekawego współpracownika - Aloisa Hasibethera, który przyjeżdża do Polski głównie dla kadry kobiet, ale podobno też korzystacie na jego obecności.

- I bardzo nam to pasuje, tyle mogę powiedzieć. Na pewno pomaga nam ujednolicić system pracy w całym związku. To kolejna osoba, która mówi po niemiecku, co też pomaga nam usprawnić współpracę.

Alois pomógł Dawidowi Kubackiemu w Planicy, gdy miał problemy z plecami i mógł nawet nie wystartować w zawodach na normalnej skoczni. Już po tej sytuacji pomyśleliście, że dobrze byłoby mieć go w zespole, żeby przyjeżdżał do Polski?

- Wtedy bardzo pomógł w sytuacji z Dawidem. Na jednym z obozów pracował też trochę z Kamilem Stochem. Nie mieliśmy planów, żeby go tu ściągać, to on zaoferował nam swoje wsparcie. Poza tym to bliski przyjaciel Haralda Rodlauera i to on pracuje z nim już dłuższy czas. Dla niego naturalne było, żeby dołączył do jego zespołu w Polsce. A my jesteśmy zadowoleni, że trochę na tym korzystamy.

Macie sporo wsparcia na obozach: w zeszłym sezonie pracowaliście z trenerami z tuneli aerodynamicznych firmy Indoor Wingsuit, teraz na pierwsze tygodnie pracy ściągnęliście dwoje specjalistów od warsztatów technik ruchowych - Stefana Crainicia i Josephine Haas. To raczej nie tylko urozmaicenie treningów.

- W zeszłym roku plan zakładał sporo pracy nad mobilnością i znalezieniem odpowiedniego poziomu kontroli swojego ciała. A ćwiczenia, które wykonuje Stefan i to, w jaki sposób przekazuje swoje doświadczenie, jak wykonuje ruchy, to już znacznie wyższy poziom. Mój asystent, Marc Noelke, znalazł go na Instagramie. Skontaktował się z nim i przyjechali do nas z Josephine. Dla nas to była szansa doświadczenia czegoś nowego i pójścia o krok dalej w treningu.

 

Niektóre jego ruchy były szalone. Chyba trudno się go naśladuje, pewnie czasem i tobie się nie udawało.

- To prawda. Dla nas ważne jest wprowadzanie technik systematycznego ruchu, to podstawa naszej pracy na treningach. A on robi to w kreatywny, zupełnie inny sposób. Nie wszystkim łatwo się na to przestawić, dla skoczków to nowość. Ale to był bardzo dobry i potrzebny wkład w początek naszych przygotowań.

Masz dużo pomysłów na kolejne miesiące z podobnymi innowacjami i ciekawymi osobami na treningach, czy wracacie do własnej rutyny?

- Nie powiem wszystkiego, ale na razie na pewno pracowaliśmy nad podstawami, więc mieliśmy trochę więcej możliwości. Czerpiemy z tych okazji i sporo ćwiczeń przechwycimy do swoich sesji, pozostawiamy w codziennym treningu. Teraz skupiamy się już jednak na specyficznych elementach, ale jako zespół zawsze będziemy chętni na pomoc z zewnątrz.

Pierwsze tygodnie były bez pracy nad techniką i z bazowaniem na tym, co zawodnikom pozostało po zeszłym sezonie, prawda? Teraz to się zmieniło i przyspieszacie.

- Na początku w zasadzie się bawiliśmy. Gromadziliśmy techniki i doświadczenia oparte na ruchu. Gdy zbierzesz ich już wystarczająco, to potem zimą korzystasz z tego, jak z jakiejś bazy, magazynu. Zupełnie wiesz, czego potrzebujesz. Teraz było i będzie więcej pracy nad samym skakaniem, techniką i ogólną formą zawodników.

To, że zmienia się sprzęt i dostosowaliście go do nowych zasad, spowodowało jakieś problemy?

- Nie, już długo skaczemy w nowych wkładkach i butach. Dla nas to nie są wielkie zmiany. Mamy jednak wprowadzenie trójwymiarowych skanów dla kontroli sprzętu. To sprawia, że pewnie nieco zmieni się krok w kombinezonach, czy długość nart poszczególnych zawodników. Nie sądzę jednak, że będziemy mieć problem z tym, żeby się do tego przyzwyczaić.

Uważasz, że sprzęt po zmianach będzie mniej bezpieczny dla zawodników niż ten z zeszłego sezonu?

- Będzie mniej stabilny. My nie mamy problemów z tym, jak zmieniły się wkładki, czy kwestie dotyczące butów, więc skakanie w nich nie przyniesie nam problemów. Ale jest spore grono innych zawodników, którzy mogą potrzebować sporo czasu, żeby się do wszystkiego przyzwyczaić. Choćby w kontekście pracy nóg i położenia nart w powietrzu.

A my od początku skakaliśmy w nowym, dostosowanym sprzęcie. Nie chcieliśmy wracać do tego, co już mieli i jak to wyglądało wcześniej. Zmieniliśmy te detale i ruszyliśmy z przygotowaniami. W Zakopanem też skakaliśmy już w nowym sprzęcie, stare pozostały tylko kombinezony, bo na igrzyskach europejskich nie wprowadzono jeszcze nowego systemu ich kontroli.

Zawody Letniego Grand Prix pod względem sprzętowym są zatem dla was testem? Bo już w Courchevel korzystano z nowych metod kontroli skoczków.

- Tak. Będziemy też rozwijać i mocno testować różne sprzętowe rozwiązania latem. Nie boję się żadnych zmian, bo wiem, że dla nas nie będą znaczące.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.